Brzydka Jadzia

newsempire24.com 5 godzin temu

Brzydka Halinka

Boże, no czy to w ogóle facet?! Jakieś nieporozumienie! Czyżby Halina naprawdę nie widziała, za kogo chce wyjść za mąż?! Mały, cherlawy, brzydki jak noc listopadowa!

Oj, nie przesadzaj aż tak! Rzeczywiście, z niego chwat to żaden. Ale poza tym czy uroda w życiu najważniejsza? Halinka też miss piękności nigdy nie była.

No właśnie. Ale wyobraź sobie, jakie one będą mieć dzieci! Tragedia!

Młode mamy, które z nudów przesiadywały na ławce przed blokiem, poprawiły dziecięce kocyki w wózkach, patrząc z dumą na śpiące pociechy. Gdzie tam jakimś nieistniejącym jeszcze dzieciom Halinki do nich?!

Tymczasem Halinka, wyładowawszy z samochodu narzeczonego siaty z zakupami dla mamy, uśmiechnęła się do sąsiadek i zaczęła się krzątać:

Dima, kochanie, nie za ciężko ci? Daj, coś ci wezmę! Próbowała odebrać od Dariusza choć jedną siatkę, ale nie pozwolił.

Halinko, lepiej przytrzymaj drzwi! Ciężkie rzeczy nie są dla kobiet. Tobie nie wolno!

Sąsiadki na ławce spojrzały na siebie znacząco.

No proszę, jaki kawaler! Niby nie kobiece sprawy, widzicie? Nic, nic przed ślubem wszyscy tacy uczynni! Zobaczymy, jak Halina wyjdzie za mąż, to jeszcze się okaże, kto miał rację!

Halina z Dariuszem dawno znikli już w klatce, a sąsiadki dalej przerzucały się uwagami na temat wzrostu, wagi, rysów twarzy, modelu samochodu narzeczonego i sposobu, w jaki Halina chodzi. Dlaczego nie? Plotkować to żaden wielki wysiłek.

A Halina nie miała czasu w cudze gadanie. Pędziła do mamy, której nie widziała już dwa tygodnie. Najpierw delegacja, potem remont w nowym mieszkaniu, który z Dariuszem chcieli skończyć przed ślubem. Mama kazała jej dbać o siebie, nie przejmować się i nie przyjeżdżać bez potrzeby. Lodówka pełna, telefon działa, a do ślubu już tuż tuż. Kiedy to wszystko ogarnąć?

Ale Halina nie wytrzymała. Nigdy nie była tak długo i tak daleko od mamy. I radzić sobie z tęsknotą dopiero się uczyła.

Halinkę mama urodziła późno, w wieku trzydziestu pięciu lat. Nosata, niezgrabna i nieatrakcyjna Marysia, sprzedawczyni w małym sklepie spożywczym, wszyscy już dawno skreślili jako starą pannę. O dzieciach nie było mowy!

A Marysia zrobiła wszystkim psikusa! Pojechała na urlop nad Bałtyk i przywiozła sobie stamtąd narzeczonego. I to jakiego! Przystojniak, iż hej! Wysoki, barczysty, z niebieskimi oczami. Marysia przy nim wyglądała jak szara myszka przy wielkim, dostojnym kocie. Ewidentnie niepara.

Ale gdy w życiu Marysi pojawił się Aleksander, piękne futra nosiła już ona.

Mąż Marysi był zaradnym i pracowitym człowiekiem. Potrafił nie tylko zarobić, ale i odłożyć grosz. A dla ukochanej żony pieniędzy nigdy nie żałował. Marysia wypiękniała, ubrała się modne, zmieniła fryzurę i przestała wpuszczać do domu koleżanki.

Bliskich przyjaciółek nigdy nie miała. Tak wyszło. Chciała przyjaźni, ale ją omijano zbyt brzydka. Do towarzystwa i na tańce nikt jej nie brał. Po co sobie psuć humor takim widokiem?

Dlatego z tymi kilkoma koleżankami, które czasem wpadały na herbatę wyprosić przysługę czy upolować deficytowy towar, Marysia łatwo się rozstała.

Plotek bała się jak ognia. Wiedziała, iż są groźniejsze od pistoletu nigdy nie wiadomo, kiedy i jak zaszkodzą. Rozumiała doskonale, iż Aleksander dla wielu jest nieparą, więc nie brakowałoby takich, co doradzą mu żonę rzucić, a czasem i pogadają głupstwa, byle postawić na swoim. Dlatego zrobiła z domu twierdzę dostępną tylko dla rodziny. Nie chciała stracić swojego szczęścia.

Ale bała się na próżno. Aleksander nikogo oprócz Marysi znać nie chciał. Dobrze wiedział, iż ludowe porzekadło o tym, iż z urody się nie napijesz, nie jest puste. On, wychowany przez pijącą babcię bez rodziców, wiedział to najlepiej.

Rodzice zginęli wcześnie. Miał niespełna trzy lata, gdy ich zabrakło ojciec, lekko podpity, wracając z wesela przyjaciela, wypadł z drogi.

Aleksander został z babcią, która, straciwszy jedynego syna, nie umiała sobie z tym poradzić. Najpierw piła mniej, potem coraz więcej, aż w końcu ośmioletni Aleks musiał sam sobie gotować i prasować koszule, by nikt w szkole nie dopytywał, oraz starał się uczyć najlepiej, jak potrafił. Uroda tylko mu szkodziła każdy go zauważał, a od nachalnego zainteresowania dorosłych trudno się było opędzić.

Rósł uparty i zły. Skąd miał znać czułość? Babci butelka była milsza niż wnuk, a ludzie ograniczali się do westchnień i komentarzy na temat jego wyglądu, nikt nie spytał, jak mu się żyje.

Poza jedną kobietą sprzedawczynią w piekarni, do której codziennie chodził po chleb. Ta sama samotnie wychowywała dwóch synów i znała los dziecka bez matki. Sama była z domu dziecka, ale dała swoim dzieciom i troskę, i ciepło, i dom, w którym nie zawsze było dużo pieniędzy, ale zawsze znalazł się świeży chleb, smażone ziemniaki i herbata z miodem. Miód dawał sąsiad, który miał pasiekę.

Ojej, dziękuję! Ile jestem winna?

To z serca! Sama ludziom pomagasz, a sobie nie pozwalasz? Nie rań mnie!

Od tej kobiety Aleksander dostawał codziennie do chleba bułeczkę.

Do szkoły! mówiła surowo i gładziła po włosach.

Ta niezasłużona czułość rozpalała jego serce na cały dzień i pomagała przetrwać. Na początku odmawiał bułki, ale potem zrozumiał, iż sprawia jej przykrość. Zamiast protestować, zaczął dziękować za dobroć. Po lekcjach przychodził pomagać w piekarni. Z czasem uznał Walentynę bo tak miała na imię niemal za matkę.

Tak los ułożył się sam. Aleksander miał piętnaście lat, gdy zmarła babcia. Serce nie wytrzymało. I Walentyna bez wahania przejęła opiekę nad chłopcem.

Już dawno jesteś mi jak syn, tylko teraz to formalność.

Tak Aleksander dostał rodzinę mamę i braci. A złość znikła bez śladu, bo wreszcie miał kto ją przegonić.

Po technikum dostał pracę, wyremontował babcine mieszkanie, ale w życiu osobistym nie szło mu. Dziewczyny chętnie go poznawały, ale potem gwałtownie kończyły znajomość. Ta, którą naprawdę polubił, nie owijała w bawełnę:

Nie, Sasiek, nie chcę z tobą poważnie. Za ładny jesteś. Odejdziesz, zostawisz mnie. I dobrze, jak tylko mnie, a nie z dzieckiem! Takie przystojniaki jak ty rodziny nie potrzebują masz taki wybór wśród dziewczyn! Każda twoja! Wystarczy wybrać!

Dawno zapomniana złość znów zabolała, ale Aleks wiedział, gdzie szukać odpowiedzi.

Synku, to znaczy, iż to nie ta. Ta twoja gdzieś jeszcze czeka. Nie trać wiary! Bez wiary nic na świecie się nie uda! Po prostu poczekaj!

Walentyna zawsze umiała dobrać słowa, by synowi lżej się oddychało. Aleksander uznał, iż czekać potrafi, a reszta się sama ułoży.

Ale lata mijały, a ta jedyna się nie pojawiała. Aleks znów posmutniał. Walentyna musiała interweniować. Z jej namowy Aleksander po raz pierwszy w życiu pojechał nad Bałtyk.

O, Saszku! Musisz morze zobaczyć! Jest takie…

Jakie, mamo?

Wielkie! Czasem łagodne, czasem dzikie, zawsze inne! Sam zobaczysz, co ci będę opowiadać. Jedź, to szczęście.

Tam właśnie poznał Marysię. Dziewczyna, stojąca przy balustradzie i patrząca na wzburzone po burzy morze, nikogo nie interesowała. Ale Aleks był zaskoczony, bo tak bardzo przypominała mu jego przybraną matkę. Poznawszy ją bliżej, zrozumiał, iż los podarował mu największy prezent, zaraz po Walentynie. Była tak samo dobra i czuła jak ona. Aleks wiedział to ona! Czekał na to uczucie tyle lat!

I nie zamierzał już wypuścić swojej szansy.

Swoją córkę, Halinkę, Aleksander i Marysia kochali ponad życie.

Bylebyśmy jej nie rozpuścili, Saszku! martwiła się Marysia. Czy my jej nie psujemy?

Nie! całował w czubek córki. Mamy mądrą córę!

Tak w to wierzył, iż Halinka nie miała wyboru: przynosiła rodzicom samą euforia pilnością i łagodnością.

Poszła po mamie! głaskała wnuczkę Walentyna. Tak samo dobra jak Marysia! Szczęście w domu to właśnie taka miłość!

Z przybraną mamą i braćmi Aleks miał najcieplejsze relacje. Dlatego, gdy poczuł, iż coś jest nie tak, najpierw powiedział o tym braciom, a dopiero później żonie i matce.

Słusznie zrobiłeś, Saszko! Zaraz coś wymyślimy! bracia zawsze dotrzymywali słowa.

Po paru dniach znaleźli lekarza, a gdy poznali diagnozę, nie pozwolili mu się załamać.

Nie waż się! Masz córkę! Jesteśmy z tobą. Pomożemy! Medycyna idzie naprzód.

Walka trwała dziesięć lat. Aleks trzymał się dzielnie, zdumiewając lekarzy uporem i wolą życia.

Inny dawno by się poddał. Pan jest niezwykle silny!

Aleks kiwał głową, tłumiąc zawroty, ale myślał, iż to siła jego Marysi i Halinki, która po szkole pędziła do szpitala z paczką, by pilnować, czy zjadł.

Nie chcę, córeczko! wzbraniał się.

Jedz, tata! Zupa za słona, bo mama płakała, jak gotowała. Powiedziałam jej, iż niedługo wyzdrowiejesz i wrócisz do domu! Dobrze mówię?

Dobrze, Halinko Tak właśnie będzie

Za każdym razem Aleks wracał do domu, choć rokowania były coraz gorsze. Ale czekała na niego rodzina!

Odszedł cicho. W domu, na ramieniu Marysi. Zasnął, już się nie obudził. A ona siedziała do świtu, trzymając go w ramionach i układając sobie w głowie przeżyte wspólnie lata.

Sasieńku Nie mam na co narzekać. Tyle razem przeżyliśmy! Byłam z tobą taka szczęśliwa. Dziękuję ci, kochany

Halinka rano przyszła do sypialni rodziców i krzyknęła cichutko, jak ptaszek, którego ktoś ścisnął w pięści.

Ciii, maleńka! Tatusiowi już nie boli Teraz jest mu dobrze Rozumiesz? Nie płacz Marysia choćby nie próbowała już walczyć ze łzami. Jestem przy tobie

Marysia z Halinką nie zostały same. Czuwali nad nimi bracia Aleksa, odwiedzała ich Walentyna. Rodzina się zjednoczyła, bo tylko razem mogli przeżyć żałobę nikt sam nie udźwignąłby tego ciężaru.

Mijały lata. Halina rosła, ale coraz mniej lubiła patrzeć w lustro. Wiedziała, iż urody nie ma i nic na to nie poradzi.

Czy mogła skrócić sobie nos albo powiększyć oczy? choćby marchewki, które jadła bo gdzieś wyczytała, iż wtedy się rośnie nie pomagały.

W szkole wyśmiewano ją, a Marysia tuliła do siebie, ocierając łzy.

Zobaczymy jeszcze, moja dziewczyno, kto będzie szczęśliwszy! Poczekaj tylko!

Halina skończyła liceum, poszła na studia, ale i tam nikt nie docenił jej spokoju i dobroci. Wszyscy patrzyli na ładniejsze i pewniejsze siebie, a do Haliny biegali tylko po notatki przed sesją. Zawsze miała najlepiej napisane, bo na wykładach nie rozpraszała się, wiedząc, iż w grupie z przewagą dziewczyn nie ma czego szukać.

I co dalej, mamo? zapytała Marysię, gdy została specjalistką, zrobiła karierę, ale nie wiedziała, jak poukładać życie prywatne.

Co? Wyślemy ją nad morze! zaśmiała się Walentyna. Raz się udało, może i powtórka wyjdzie! Co na to?

Dobry pomysł! Ale Halinka sama nie pojedzie. Zaparcie się jak osioł!

Pojedziemy wszyscy razem. Braci z rodzinami zabierzemy. Całą familią, a potem Halka nam ucieknie! Pamiętasz, jak ostatnio zwiała do miasta z działki? roześmiała się Walentyna, wspominając wnuki. Nasze rozrabiaki każdego zdeptają! Jest ich cała zgraja, a ona jedna! Będzie musiała gdzieś się schować!

Pakujemy się! zdecydowała Marysia.

Ale los miał inne plany.

Nad morze Halina pojechała, ale stanowczo odmówiła chodzenia gdziekolwiek bez rodziny. Namawiali ją, przekonywali na nic.

Nie chcę sama nigdzie łazić!

Rodzina musiała spasować.

A los już szykował niespodziankę. Zaraz po powrocie do miasta Halina spotkała swoje przeznaczenie nie na bałtyckiej plaży, a tuż pod domem. Wracając z pracy, zaparkowała samochód i trafiła na ulewę. Ale to nie był zwykły deszcz, tylko prawdziwa ściana wody.

Żegnając nowe lakierki, kupione tydzień wcześniej, zdjęła buty i boso chlupała przez kałuże do domu, gdzie na pewno czekała zaniepokojona mama. A już przy bloku oblała ją po kostki brudna woda z kałuży spod kół przejeżdżającego auta.

No pięknie! mruknęła Halina.

Potem roześmiała się tak głośno, iż kierowca, który się zatrzymał, by przeprosić, zapatrzył się na nią jak zaczarowany.

Los się uśmiechnął, postawił kolejny ptaszek na liście wykonanych spraw i ruszył dalej, pewien, iż z Dariuszem Halina będzie szczęśliwa.

Tak się stało.

Po latach te same sąsiadki, siedząc przy bloku i pilnując już dorosłych dzieciaków, znowu zaczęły szeptać, gdy podjeżdżał samochód Dariusza:

Zobacz, jaka ta futro na tej Halinie! Ja się o takie latami proszę, a ona ma bez gadania!

Ty znowu swoje?

Ta czapa jej nie pasuje! W ogóle nie pasuje!

Ale jesteś jędza! Zazdrosne oczy i wredny jęzor! Czemu nie możesz jej szczęścia znieść? Ma męża, może niezbyt urodziwego, ale opiekuńczy! Kocha ją, dzieciaki też! Ty tylko zazdrościsz!

Zazdroszczę! Czemu na świecie tak jest, iż jedni mają wszystko, za nic, a inni nic? Popatrz na nich! Ani urody, ani figury! A dzieci prześliczne! Skąd to?

Geny! Moja mama mówiła, iż ojciec Haliny był przystojny jak aktor! Ot, genetyka, i już.

Tak? A czemu sama Halka taka pogodna? Co jej nie powiesz uśmiech! Co nie doradzisz podziękuje! Nigdy nikogo nie odprawi z kwitkiem! Co za osoba? Powinna cały świat nienawidzić, iż jej uroda nie dopisała!

Powinna, ale nie musi! Może byś mniej zazdrościła, to i ty byś wypiękniała!

Oj, daj spokój! Mówię ci o Janku, a ty swoje! Jak zrobić, by cię tak facet kochał? Na rękach nosił? Może zna na to sposób?

Zapytaj, może powie!

Tak, na pewno! Ja się od takiej uczyć nie będę!

No jak chcesz! Może zawiść cię zje szybciej!

A Halina nie przejmowała się już plotkami sąsiadek. Przy trójce własnych dzieci, goniących po podwórku, trudno myśleć o cudzym życiu. Mama wprawdzie starzała się powoli, ale jeszcze trzymała się dzielnie; Walentyna już szykowała się do przeprowadzki, by być bliżej nich i pomagać z prawnukami. Wujki zapraszali na domowe obiady. Darek obiecał braciom pomóc przy budowie. Nad dziećmi trzeba było mieć oko.

Saszka, Maryska, do domu! Babcia już wyciąga placek z pieca! Nieładnie ją czekać!

I przyjdzie jeszcze niejedny wieczór, gdzie znajdzie się czas na rozmowę, gitarę i bajkę na dobranoc, którą Marysia opowie wnukom.

I po prostu będzie życie©Kiedy wieczór nadchodził, dom Halinki wypełniał się zapachem drożdżowego ciasta, śmiechem dzieci i spokojem, który wyczarować potrafią tylko miłość i wdzięczność za zwykłe, dobre życie. Za oknem, jak co dnia, gasło powoli czerwcowe słońce. Halinka patrzyła na swoją rodzinę, i myślała o Marysi, która z czułością układała włosy wnuczce, o Dariuszu, który ścierał podłogę, żeby babcia się nie poślizgnęła, i o własnej córce pochylonej nad kredkami.

Nie szukała już odpowiedzi na pytania o urodę, szczęście i zazdrość. Nauczyła się, iż jej miejsce na świecie jest właśnie tutaj: wśród ludzi, których kocha i którzy kochają ją. Może i nie była najpiękniejsza z panien z bloku, ale to jej dzieci biegały najgłośniej, jej dom zawsze był pełen ciepła, a jej dłonie nie znały bezczynności.

Babcia Marysia, zasypiając na bujanym fotelu, szepnęła:

Dobrze, Halinko. Tak właśnie trzeba żyć.

A życie płynęło dalej, niespiesznie i nie zawsze lekko, ale z pewnością, iż choćby najbrzydszy dzień można rozświetlić uśmiechem i dobrym słowem.

I tego wieczora, gdy cisza zapanowała nad podwórkiem, Halinka, patrząc na śpiące dzieci, cichutko uśmiechnęła się do siebie bo wiedziała, iż chociaż inni mogą widzieć tylko zwyczajność albo niedostatki, ona dostała od losu wszystko, co najważniejsze.

A szczęście? Było ciche i codzienne jak domowy chleb, ciepła ręka mamy i dźwięk rodzinnego śmiechu. I kto raz je rozpozna, ten już zawsze będzie piękny.

Idź do oryginalnego materiału