Trzynastkę wypłacili mi dwudziestego marca, jeszcze przed świętami. Zobaczyłam to na wyciągu z konta wieczorem, a telefon zadzwonił następnego dnia rano, kiedy stałam przy zlewie i płukałam dwa kubki po kawie. Na wyświetlaczu – „Marcin". Odłożyłam kubek na suszarkę tak, żeby nie stuknął, bo nie chciałam, żeby usłyszał, iż ręka mi drgnęła.
Mam na imię Bożena, mieszkam na Ursynowie od trzydziestu jeden lat, w tym samym bloku, w którym urodził się mój syn. Przepracowałam trzydzieści osiem lat jako księgowa w spółdzielni – najpierw na Bielanach, potem tutaj, na miejscu. Liczby to mój język. Kiedy ktoś mówi mi „to zbieg okoliczności", ja otwieram w głowie kolumnę i sprawdzam salda.
Odebrałam po trzecim sygnale.
– Cześć, mamo. Jak zdrowie, jak kolano?
– W porządku, synku. A ty, jak tam Wrocław?
– Dobrze, dobrze. Słuchaj, miałem do ciebie sprawę…
I wiedziałam. Nie dlatego, iż jestem złośliwa czy podejrzliwa z natury – tylko dlatego, iż trzydzieści dwa lata liczyłam jego gorączki, jego oceny, jego telefony. Teraz liczyłam kwiecień, marzec, trzynastkę.
Mąż, Zenon, zmarł pięć lat temu, w listopadzie, na raka trzustki. Palił od dwudziestego roku życia, więc lekarze mówili, iż to była kwestia czasu, ale człowiek zawsze jest zaskoczony, kiedy „kwestia czasu" nagle ma datę. Marcin przyleciał wtedy na dziewięć dni, siedział przy łóżku w szpitalu na Banacha, trzymał ojca za rękę i płakał w toalecie, myśląc, iż nie słyszę przez cienkie drzwi. Słyszałam. Na pogrzebie, na Powązkach Południowych, trzymał nade mną parasol, bo lało, i powiedział: „Mamo, teraz ja się tobą zajmę". Pamiętam zapach mokrej ziemi i czarnych płaszczy tak dokładnie, jakby to było wczoraj, a nie prawie pięć lat temu.
Przez pierwsze miesiące dzwonił co tydzień. Potem raz w miesiącu. Potem zaczęłam zauważać wzór, którego wcale nie szukałam – po prostu pewnego wieczoru, oglądając w telewizji jakiś program kulinarny, sprawdziłam w telefonie historię połączeń i zobaczyłam ciąg dat. Kwiecień, kwiecień, kwiecień. Zawsze wtedy, gdy na konto wpadała trzynastka.
Rok temu spróbowałam to sprawdzić wprost. Zapytałam: „Marcin, potrzebujesz czegoś?". Cisza trwała chwilę dłużej, niż powinna.
– Mamo, no co ty, po prostu tęsknię – powiedział, a potem, jakby mimochodem, iż Karolina jest w ciąży, iż wózki teraz kosztują jak używany samochód, iż raty za mieszkanie…
Tego samego wieczoru przelałam mu trzy tysiące osiemset złotych. Nie dlatego, iż poprosił – on nigdy wprost nie prosi. On opowiada tło, a ja maluję przelew.
Kiedy wspomniałam o tym Halinie, sąsiadce z piętra niżej, z którą co czwartek piję kawę przy jej stole kuchennym z ceratą w kwiatki, pokręciła głową i powiedziała, iż karmię go tą trzynastką jak gołębia na balkonie – przyleci, weźmie, odleci. Zdenerwowałam się wtedy nie na nią, tylko na siebie, iż jej to powiedziałam.
A potem przyszedł ten marzec.
Trzynastkę wypłacono wcześniej niż zwykle, bo spółdzielnia zmieniła termin rozliczeń. Marcin zadzwonił dzień po tym, jak pieniądze wpadły na konto. Rozmawialiśmy jak zawsze – pogoda, praca, kolano – a potem powiedział, iż mieszkanie, które wynajmują z Karoliną, jest za małe na trójkę, bo Zosia rośnie, a drugie dziecko już w drodze, i iż deweloper ma promocję do końca miesiąca, i iż gdyby udało się zebrać dwadzieścia tysięcy na wkład własny…
Coś we mnie się zamknęło. Nie trzasnęło – po prostu zamknęło, jak szuflada, którą się dociska powoli, żeby nie hałasować.
– Marcin – powiedziałam – zanim odpowiem, powiedz mi jedną rzecz. Kiedy ostatni raz dzwoniłeś do mnie w lipcu?
Milczał.
– A w październiku? W lutym, kiedy miałam grypę i leżałam trzy dni sama, bo Halina była u córki w Radomiu?
– Mamo, o co ci chodzi, ja mam pracę, dzieci, to nie jest tak, że…
– Wiem, jak to jest. Sprawdziłam. Osiem telefonów w ciągu roku, sześć z nich w marcu albo kwietniu. Ja też umiem liczyć, synku, robiłam to przez trzydzieści osiem lat zawodowo.
Odłożył. To znaczy – rozmowa się urwała, powiedział coś o tym, iż musi kończyć, bo Zosia płacze, i się rozłączył. Siedziałam w kuchni z telefonem w ręku, patrząc na zaparowane okno, za którym marcowy deszcz walił w parapet, a w radiu leciała jakaś stara piosenka Krawczyka, której nie umiałam wyłączyć, bo ręce mi ciążyły.
Następnego dnia pojechałam do notariusza na Puławskiej, do pana Wróblewskiego, u którego robiłam kiedyś sprawy spadkowe po Zenonie. Miałam odłożone na koncie w PKO trochę oszczędności – nie fortuna, sto dwadzieścia tysięcy złotych, które zbierałam przez lata z myślą, iż kiedyś pomogę wnukom w studiach albo zostawię coś w testamencie. Nie zabrałam tych pieniędzy, nie zamknęłam konta ze złości. Zrobiłam coś innego: założyłam lokatę terminową na trzy lata, nietykalną wcześniej bez utraty odsetek, z dyspozycją na wypadek śmierci wprost na konto Zosi, mojej wnuczki, którą widziałam w życiu dwa razy. Nie na Marcina. Na dziecko.
Kiedy wróciłam do domu, zadzwonił jeszcze raz, wieczorem. Powiedział, iż przeprosił, iż nie chciał, żeby to tak zabrzmiało, iż po prostu jest w trudnej sytuacji.
– Marcinku – powiedziałam spokojnie, trzymając w drugiej ręce kubek z wystygłą już herbatą, bo znowu zapomniałam ją wypić – nie będzie pieniędzy na wkład własny. Ale mogę cię prosić o coś innego. Zadzwoń we wrześniu. Po prostu zadzwoń, bez żadnej trzynastki w tle. Zobaczymy, co się wtedy stanie.
Nie krzyczałam, nie płakałam do słuchawki. Odłożyłam telefon na stół, obok papierów z lokaty, które leżały tam jeszcze przez tydzień, zanim schowałam je do segregatora w szafce, tam gdzie trzymam wszystkie ważne dokumenty od śmierci Zenona.
Minęło od tamtej rozmowy pół roku. Dziś jest wrzesień. Telefon nie zadzwonił jeszcze ani razu – ale nie czekam już przy nim z herbatą stygnącą na stole. Piję ją, dopóki jest gorąca.












