# Bluzka z motywem lampartów

newsempire24.com 1 dzień temu

W sobotę rano obudził mnie zapach kawy od sąsiadki. Pani Krystyna z trójki zawsze robi tę samą, z odrobiną kardamonu. Przez cienkie ściany w naszym bloku na Ochocie słychać wszystko — jak sąsiadka z góry przesuwa krzesło, jak u administratora telewizor wrzeszczy na cały regulator. Kiedyś doprowadzało mnie to do szału. Teraz? Teraz to moja codzienna muzyka.

Mam siedemdziesiąt trzy lata i jedenastoletniego kota imieniem Bazyli. Kot jest gruby, leniwy i patrzy na mnie z pobłażaniem, kiedy tańczę po kuchni. A ja tańczę. Codziennie. Do czegokolwiek gra radio. Bo mogę. Bo nikt nie wchodzi, żeby spytać, czy obiad gotowy, nikt nie wzdycha, iż znowu „wymyślam".

Córka mówi, iż nie jestem sobą. Że babcia powinna siedzieć w domu, robić na drutach i czekać, aż ktoś zadzwoni. A ja w zeszłym tygodniu kupiłam sobie czerwoną szminkę w perfumerii przy Grójeckiej i maluję się nią codziennie, choćby kiedy idę tylko na bazar po dwa pomidory. Wiecie, kiedyś chowałam szminkę w torebce, zanim weszłam do domu. Żeby mąż się nie skrzywił. „Znowu się wymalowałaś? Dla kogo?" Dla kogo. Co za ironia. Dla siebie, oczywiście. Ale wtedy nie umiałam tego powiedzieć na głos.

Mąż zmarł osiem lat temu. Córka — ta, co mieszka na Mokotowie, w nowym bloku z windą — przez pierwszy miesiąc dzwoniła dwa razy dziennie i pytała, czy nie chcę się do niej przeprowadzić. „Mamo, sama w tym starym mieszkaniu? Nie dasz rady." Rzeczywiście nie dawałam rady tylko na początku, kiedy jeszcze czułam w przedpokoju zapach jego wody kolońskiej. Buteleczka stała tam, odkręcona, w połowie pusta. Wylewałam ją miesiącami. Potem kupiłam nowe firanki, przestawiłam meble i pierwszy raz od trzydziestu lat postawiłam na środku pokoju wazon, bo tak chcę.

Dziś na dworze było szaro, mżyło. I wpadłam na szaloną myśl. Włożyłam czarne spodnie, jedwabną bluzkę z motywem lampartów, którą trzymałam w szafie od wiosny, i te wielkie okulary przeciwsłoneczne. Od córki, „bo mamo, w twoim wieku trzeba chronić oczy". Chronię. choćby bez słońca. Wyszłam na Grójecką i poczułam, iż ludzie patrzą. Młoda para minęła mnie, dziewczyna się odwróciła, szturchnęła chłopaka łokciem. Nie wiem, co pomyśleli. Nie obchodzi mnie to. Szłam jak po wybiegu, chociaż bolało mnie biodro. Niech boli. Ból jest dowodem, iż żyję.

Weszłam do kawiarni koło Placu Narutowicza, zamówiłam latte z syropem orzechowym i pączka z serem — kosztowało dwadzieścia dwa złote, ale smakowało jak luksus. Usiadłam przy oknie, założyłam nogę na nogę i patrzyłam na studentów biegnących po chodniku z torbami z ciuchlandu. Kiedyś ciągałam córkę po takich samych sklepach z używanymi rzeczami. Teraz mogę tylko patrzeć. Nie muszę niczego kupować.

Przy sąsiednim stoliku usiadła para. On, może po czterdziestce, z miną, jakby życie go pobiło. Ona — zmęczona, z cieniami pod oczami, z torbą taką do pracy, nie na pokaz. Zamówili dwie czarne kawy, bez żadnego ciastka. Siedzieli cicho, każde ze swoim telefonem. Patrzyłam na nich i myślałam: Boże, jak dobrze mi samej. Nie dlatego, iż oni są nieszczęśliwi — tego nie wiem. Po prostu wiem, co to znaczy siedzieć tak naprzeciwko kogoś i nie mieć mu nic do powiedzenia. Tak wyglądał u nas każdy dzień. Wieczorem kolacja, on czytał gazetę, ja mieszałam herbatę. Stukanie łyżeczki o szklankę — to była nasza rozmowa.

Wracałam do domu i po drodze kupiłam bukiet żółtych frezji. Nikt mi ich nie daje, no i co? Sama sobie dam. Postawiłam je w wazonie na środku pokoju, tam gdzie kiedyś stał stół, przy którym jedliśmy razem. Kot uchylił jedno oko, ziewnął. Usiadłam w fotelu, zzułam buty, popatrzyłam na stopy. Odciski od nowych butów, bo skóra jeszcze się nie rozchodziła. Piękne odciski. Sprawdziłam telefon — córka napisała: „Mamo, daj znać, iż żyjesz." Odpisałam: „Wszystko dobrze. Kupiłam sobie kwiaty." Długa cisza. Potem: „Po co ci kwiaty? Niby cię nie stać na takie fanaberie."

I zaczęło się od nowa. Robi ze mnie staruszkę, która nie rozumie, co to budżet. A ja mam swoją emeryturę, dwa tysiące sześćset złotych, i własne konto. Prowadzę je sama od dnia pogrzebu. Zawsze bałam się, iż sobie nie poradzę, bo przecież wszystko w domu załatwiał mąż — opłaty za prąd, za gaz, te wszystkie papiery. I proszę, radzę sobie lepiej, niż jemu kiedykolwiek wychodziło.

Wieczorem napisała znowu. „Mamo, potrzebuję, żebyś mi pożyczyła trochę pieniędzy. Marek stracił pracę, rata za samochód, wiesz, jak jest." Marek to jej mąż. Drugi, jeżeli dobrze liczę. Wzięli kredyt na nowego Dustera, bo stara Skoda się rozsypała. I teraz siedzą i się martwią. Ja miałam być pogotowiem ratunkowym, tak? Mieszka w tym nowym mieszkaniu z windą, którego się tak bała, i pisze mi, iż pewnie „nie rozumiem."

Napiszę jej coś, co zrozumie. Odkąd wyprowadziła się z domu, co miesiąc dawałam jej trzysta złotych na wnuki, na doładowania, na buty. Więcej nie dam. Nie dlatego, iż kocham mniej ją albo dzieci. Tylko dlatego, iż przestała widzieć we mnie matkę, a zaczęła widzieć portfel. Właśnie przelałam te trzysta złotych na konto schroniska dla kotów na Woli. Zanim zdążyła zapytać, zanim ja sama zdążyłam się zawahać. Siedzę teraz w fotelu, kot mruczy mi na kolanach, a telefon wibruje wściekle na stole.

Wiem, iż się zdziwi. Wiem, iż się obrazi. I wiem, iż jutro rano obudzę się wcześniej niż zwykle, zrobię kawę z kardamonem, jak pani Krystyna, umaluję usta na czerwono i wyjdę po świeże bułki. Sama. Wolna. Z torebką, w której leży skierowanie na prześwietlenie biodra, bo muszę zadbać też o siebie — tylko o siebie.

Nie jestem połówką. Jestem całością. Kot Bazyli unosi łeb, patrzy na mnie. adekwatnie ma rację. Dość wielkich słów. Czas umyć kubek.

Idź do oryginalnego materiału