Za oknem mżyło, jak to bywa w Łodzi we wrześniu. Na parapecie stał kubek z resztką wystygłej kawy z wczoraj — nikt go nie umył, bo sprzątaczka Pani Hania brała urlop. Marta tego nie zauważyła. Otworzyła system księgowy, żeby sprawdzić stan konta firmowego przed przelewem do ZUS-u, i zobaczyła coś, co sprawiło, iż palce zamarły jej nad klawiaturą.
Konto firmowe było puste. Nie "prawie puste" — puste. Sto dwanaście tysięcy złotych, które leżały tam jeszcze w piątek, zniknęło.
Przewinęła historię operacji. Przelew wykonano w sobotę, o godzinie 23:47, z konta, do którego dostęp miały tylko trzy osoby: ona, prezes Andrzej Kowalik i — od pół roku — jej zięć Kuba Nowicki, któremu sama załatwiła stanowisko dyrektora finansowego, bo był mężem jej córki Oli i bo ufała mu jak własnemu synowi.
Odbiorca przelewu: spółka "Bis-Trade Sp. z o.o." Marta wpisała nazwę w wyszukiwarkę KRS. Firma zarejestrowana trzy tygodnie wcześniej. Jeden udziałowiec. Kuba Nowicki.
Nie zadzwoniła od razu. Usiadła, wypiła zimną kawę z tego samego brudnego kubka, którego wcześniej choćby nie zauważyła, i przez chwilę wpatrywała się w ekran, jakby liczby miały się same poprawić.
Potem zadzwoniła do córki.
— Mamo, coś się stało? — głos Oli, w tle płacz małego Antosia, siedemnastomiesięcznego wnuka Marty.
— Gdzie jest Kuba?
— Wyjechał w niedzielę. Powiedział, iż jedzie w delegację, do Wrocławia, coś z nowym kontrahentem. Mamo, ty pytasz jakoś dziwnie.
Marta zwlekała z odpowiedzią. Za oknem przejechał tramwaj linii 4, ten sam, którym dwadzieścia lat temu jeździła codziennie do pracy, kiedy jeszcze nie było jej stać na samochód. Teraz miała forda, kupionego zresztą za radą Kuby — "dobra rata, mamo, sam to załatwię".
— Nie ma żadnej delegacji, Olu. Firma nie ma umowy z żadnym kontrahentem we Wrocławiu.
W słuchawce nikt się nie odzywał przez długą chwilę. Antoś przestał płakać.
Tego samego dnia, po południu, do biura Marty przyszedł Andrzej Kowalik, prezes, mężczyzna po sześćdziesiątce, który firmę prowadził od dwudziestu ośmiu lat i traktował ją jak własne dziecko. Położył na biurku wydruk z banku.
— Wiesz, iż będę musiał zgłosić to na policję. Niezależnie od tego, iż to twój zięć.
— Wiem — powiedziała Marta. — Zrobię to sama. Dziś.
To nie było wahanie w jej głosie. Andrzej nie ukrywał zdziwienia — spodziewał się łez, próśb o czas, może choćby chęci ukrycia sprawy dla dobra rodziny. Zamiast tego dostał kobietę, która już wyciągała z szuflady segregator z umowami i wydrukowanym upoważnieniem, jakie sama przygotowała pół roku wcześniej, dając Kubie dostęp do konta.
— Andrzej, chcę żebyś wiedział jedno. To ja go tu wprowadziłam. Ja poręczyłam za niego przed zarządem. Ja mu dałam dostęp, którego według procedury nie powinien mieć bez drugiego podpisu. Więc to ja to naprawię.
Kuba odezwał się sam, dwa dni później. Zadzwonił do Marty z numeru, który wcześniej ukrywał, w środę wieczorem, tuż przed dziewiątą.
— Mamo Marto, posłuchaj, ja to oddam, tylko potrzebuję czasu, to nie jest tak, jak myślisz, ja miałem plan, chciałem zainwestować w…
— Nie jestem twoją mamą, Kuba. Jestem matką twojej żony, której nie powiedziałeś, gdzie jesteś od trzech dni.
— Ola wie, że…
— Ola nie wie nic. I dowiedziała się ode mnie, iż nie masz żadnej delegacji.
W tle rozmowy słychać było dźwięk lotniska — zapowiedzi startów, jakiś numer bramki. Marta zrobiła coś, czego wcześniej nigdy by nie pomyślała, iż zrobi: nagrała rozmowę na dyktafon w telefonie.
— Posłuchaj mnie uważnie — powiedziała, zanim się rozłączył. — Masz czas do piątku. Albo pieniądze wracają na konto firmy, albo w piątek po południu składam zawiadomienie z pełną dokumentacją, z twoim nazwiskiem, z numerem spółki i z nagraniem tej rozmowy.
Piątek minął. Pieniądze nie wróciły.
Marta zadzwoniła do notariusza, u którego szesnaście lat wcześniej podpisywała akt założycielski swojego mieszkania przy ulicy Piotrkowskiej — tego samego mieszkania, w którym mieszkała teraz sama córka z wnukiem, bo Kuba, jak się okazało, przelał pieniądze na spółkę zarejestrowaną pod adresem wynajętego mieszkania w innym mieście, gdzie faktycznie planował się przeprowadzić — bez żony i syna.
W poniedziałek Marta pojechała na komisariat przy ulicy Sienkiewicza z teczką pełną wydruków, umów, zrzutów ekranu z systemu KRS i nagraniem rozmowy przegranym na płytę. Funkcjonariusz, który przyjmował zgłoszenie, spytał tylko:
— To pani zięć?
— Tak.
— Może pani chce się zastanowić, może to się jakoś ureguluje w rodzinie…
— Sto dwanaście tysięcy złotych to nie jest sprawa rodzinna. To jest przestępstwo popełnione przez pracownika firmy, w której odpowiadam za każdą złotówkę. Proszę przyjąć zgłoszenie.
Sprawa ruszyła szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał — spółka "Bis-Trade" miała dopiero jedno konto bankowe, świeżo otwarte, i prokuratura zdążyła zablokować na nim sześćdziesiąt cztery tysiące złotych, zanim Kuba zdążył je przelać dalej. Resztę odzyskano miesiąc później, kiedy sąd zabezpieczył jego wynagrodzenie z nowej pracy, którą zdążył znaleźć we Wrocławiu — w innej firmie transportowej, gdzie nikt jeszcze nie wiedział o zarzutach.
Kuba wrócił do Łodzi raz, dwa tygodnie później. Przyszedł pod dawne mieszkanie, zadzwonił domofonem. Otworzyła mu Marta — Ola z synem byli akurat u lekarza.
— Chcę porozmawiać z Olą.
— Ola nie chce rozmawiać z tobą. A jeżeli chodzi o pieniądze — Marta wyjęła z torebki złożoną kartkę, wydruk postanowienia sądu o zajęciu wynagrodzenia — to już nie jest twoja decyzja. Sąd zdecydował za ciebie. Piętnaście procent pensji miesięcznie, dopóki dług nie zostanie spłacony. Osiem lat, jeżeli nic się nie zmieni.
Kuba stał na klatce schodowej, wpatrując się w kartkę, której nie chciał wziąć do ręki. Za drzwiami sąsiadka, Pani Grażyna, uchyliła je i natychmiast zamknęła, słysząc podniesiony głos.
— A rozwód? — spytał w końcu.
— To już rozmowa nie ze mną.
Trzy miesiące później Ola złożyła pozew rozwodowy. Marta nie namawiała jej do tego ani razu — po prostu, kiedy córka zapytała, gdzie znaleźć dobrego prawnika rodzinnego, dała jej numer telefonu tej samej kancelarii, z którą sama współpracowała od lat przy sprawach firmowych.
Mieszkanie na Piotrkowskiej zostało przepisane wyłącznie na Olę, notarialnie, w obecności Marty, która tego dnia zapłaciła taksówkarzowi trzydzieści osiem złotych za kurs pod kancelarię i wróciła do domu piechotą — dwadzieścia minut, przez park, żeby uspokoić myśli.
Antoś skończył dwa lata w listopadzie. Na urodzinach, przy stole w mieszkaniu na Piotrkowskiej, Marta postawiła przed wnukiem tort z jedną świeczką w kształcie cyfry dwa, kupiony w cukierni na rogu, tej samej, w której zawsze kupowała drożdżówki po drodze do pracy. Sześćdziesiąt cztery tysiące wróciły na konto firmy jeszcze przed świętami — reszta spłacała się powoli, przelew za przelewem, z pensji człowieka, którego Marta kiedyś sama zaprosiła na rodzinny obiad i przedstawiła zarządowi jako "swojego zaufanego".
Ola zdmuchnęła razem z synem świeczkę, chuchając mu prosto w piąstki, bo sam jeszcze nie umiał. Telefon leżał obok talerzyków, ekranem w dół, i nikt po niego nie sięgnął, dopóki tort nie został pokrojony.












