BEZDOMNY
Nie miałem gdzie pójść. Naprawdę nigdzie… Przez kilka nocy mogę schować się na dworcu. A potem? powtarzałem w myślach, czując zrezygnowanie i lęk. I nagle jakby olśnienie: Działka! Jak mogłem o niej zapomnieć? Chociaż… działka to za dużo powiedziane. Tam ledwo stoi stara altana. Ale lepiej pojechać tam, niż tułać się po dworcu postanowiłem.
Wsiadłem w pociąg podmiejski, opierając się o zimne okno, zamknąłem oczy. Myśli same wracały do ostatnich trudnych miesięcy. Dwa lata temu straciłem rodziców zostałem zupełnie sam, bez wsparcia. Za studia nie było czym płacić, więc musiałem rzucić naukę na uniwersytecie i zacząć pracować na targowisku.
Po tych wszystkich życiowych klęskach los w końcu się do mnie uśmiechnął poznałem dziewczynę moją miłość. Zofia okazała się ciepłą, porządną osobą. Po dwóch miesiącach wzięliśmy skromny ślub.
Wyglądało na to, iż życie zaczyna się układać… Ale gwałtownie pojawiły się kolejne kłopoty. Zofia zaproponowała, żebyśmy sprzedali moje mieszkanie po rodzicach w centrum Krakowa i za te pieniądze otworzyli własny interes.
Tak pięknie to przedstawiła, iż nie miałem wątpliwości, iż wszystko robimy adekwatnie w końcu wyjdziemy z finansowego dołka. Jak tylko staniemy na nogi, pomyślimy o dziecku. Bardzo chciałbym być ojcem! marzyłem naiwnie.
Z interesu nic nie wyszło. Przez ciągłe kłótnie o stracone pieniądze gwałtownie popsuliśmy sobie relacje. W końcu Zofia przyprowadziła do domu innego faceta i kazała mi się wyprowadzić.
Początkowo chciałem iść na policję, ale gwałtownie zrozumiałem, iż nie mam do czego się przyczepić sam sprzedałem mieszkanie i oddałem wszystkie pieniądze żonie…
***
Wysiadłem na stacji pod Krakowem i poszedłem pustym peronem w stronę ogródków działkowych. Była wczesna wiosna, sezon działkowy jeszcze się nie rozpoczął. Przez te trzy lata działka zarosła, wszystko wyglądało na opuszczone. Nic nie szkodzi, ogarnę trochę i będzie jak dawniej próbowałem się pocieszać, choć w sercu wiedziałem, iż jak dawniej już nie będzie.
Bez problemu znalazłem klucz pod schodkiem, ale drzwi, ledwo wiszące na zawiasach, nie chciały się otworzyć. Szarpałem się z nimi długi czas, aż w końcu przysiadłem bezsilnie na stopniu i łzy same popłynęły mi po policzkach.
Nagle na sąsiedniej działce zauważyłem dymek i usłyszałem czyjeś rozmowy ucieszyłem się, iż ktoś tam jednak mieszka. Ruszyłem od razu.
Pani Kaziu, jest pani? zawołałem, nie przypuszczając, iż ktoś obcy może być na działce obok.
Zamarłem, widząc nieznanego starszego mężczyznę siedzącego przy ognisku i gotującego wodę w zardzewiałym garnku.
Kim pan jest? Gdzie jest pani Kazia? zapytałem niepewnie.
Nie bój się, synku. I proszę nie dzwoń na policję. Nic złego tu nie robię. Do domu nie wchodzę, śpię na dworze, tu na działce…
Mimo zniszczonego ubrania, głos miał ciepły, wykształcony, barwny tak mówi ktoś, kto dużo w życiu przeżył.
Jest pan bezdomny? zapytałem, chociaż było to nietaktowne.
Tak, zgadza się powiedział cicho, odwracając wzrok. A ty mieszkasz tutaj niedaleko? Nie martw się, nie będę przeszkadzał.
Jak pan ma na imię?
Jan.
A nazwisko?
Nowak odpowiedział z lekkim uśmiechem.
Przyjrzałem mu się uważniej ubranie miał, choć znoszone, względnie czyste, a i sam starszy pan był schludniejszy niż można by się spodziewać.
Sam już nie wiem, gdzie szukać pomocy… westchnąłem ciężko.
Co się stało? zapytał współczująco.
Drzwi się zablokowały, nie mogę ich otworzyć.
jeżeli chcesz, mogę zerknąć zaproponował Jan.
Bardzo proszę! odpowiedziałem zrozpaczony.
Kiedy majstrował przy drzwiach, siedziałem na ławce i myślałem: Kim ja jestem, żeby go oceniać? Przecież sam w tej chwili jestem równie bezdomny…
Proszę, gotowe! Jan Nowak uśmiechnął się i lekko popchnął drzwi. Poczekaj, chcesz tu nocować?
Tak, a gdzie indziej? zdziwiłem się.
Jest tu jakieś ogrzewanie?
Piec, chyba… zacząłem się motać, bo nie znałem się na tym kompletnie.
A drewno masz?
Nie wiem westchnąłem bezradnie.
Nic nie szkodzi. Zajrzyj do środka, coś wymyślę powiedział stanowczo i ruszył poza działkę.
Ja przez godzinę sprzątałem wnętrze altanki. Było zimno, wilgotno i strasznie nieprzytulnie. Zmartwiłem się, jak mam tu w ogóle przetrwać. Po chwili wrócił Jan Nowak z naręczem drewna. Ucieszyłem się, iż przynajmniej nie jestem tu zupełnie sam.
Starszy pan oczyścił piec i rozpalił ogień. Po godzinie w altanie zrobiło się ciepło.
No, już! Trzeba tylko dokładać drewna, a na noc wygasić. Do rana ciepło się utrzyma tłumaczył.
A pan dokąd? Do sąsiadów? zapytałem.
Tak. Pobiegnę na sąsiednią działkę. Nie chcę do miasta wracać Szkoda drążyć wspomnień.
Panie Janie, poczeka pan powiedziałem nagle. Chodźmy, zjemy coś razem i wypijemy herbatę. Potem pan pójdzie.
Nie protestował. Zdjął kurtkę i przysiadł przy piecu.
Mam nadzieję, iż to nie mój nietakt… zacząłem nieśmiało. Ale nie wyglądasz na typowego bezdomnego. Dlaczego żyjesz na ulicy? Gdzie pan ma rodzinę, dom?
Opowiedział, iż całe życie wykładał na uczelni. Pracował ciężko, pasjonował się nauką. Zanim się obejrzał został zupełnie sam na starość i nie miał już siły nic zmienić.
Rok temu zaczęła go odwiedzać bratanica. Lenka ciepło przekonywała, iż pomoże mu na starość, jeżeli przekaże jej w spadku mieszkanie. Cieszył się i zgodził.
Lenka wzbudziła jego zaufanie. Przekonała go, by sprzedać mieszkanie w dusznej dzielnicy i kupić dom na przedmieściach z ogrodem i altanką. Miała już wyjątkową okazję w okolicach Wieliczki, i to za niewielkie pieniądze.
Jan zawsze marzył o świeżym powietrzu, więc zgodził się bez wahania. Po sprzedaży mieszkania Lenka namówiła go, by dla bezpieczeństwa włożyć gotówkę na konto.
Wujku Janku, usiądź na ławce, ja wejdę załatwić formalności. Zostawię ci tylko dowód i klucze, a torbę z pieniędzmi wezmę różnie bywa powiedziała przed wejściem do banku.
Lenka weszła i już nie wróciła. Jan czekał godzinę, dwie, trzy… Wszedł do banku nikogo tam już nie było, tylko z boku był drugi wyjście.
Do dziś nie może uwierzyć, iż ktoś z rodziny mógł go tak okrutnie oszukać. Długo jeszcze siedział na ławce, czekając na nią. Następnego dnia poszedł do jej mieszkania. Drzwi otworzyła jakaś kobieta Lenka już tu nie mieszkała, sprzedała mieszkanie dwa lata temu…
To wszystko bardzo smutne… westchnął Jan. Od tej pory mieszkam na ulicy. przez cały czas nie wierzę, iż zostałem bez domu.
No tak… Myślałem, iż moje życie rozwaliło się tylko mnie. Ale widzę, iż wcale nie jestem jedynym… przyznałem się i opowiedziałem mu swoją historię.
Ciężko jest. Ja swoje życie już przeżyłem Ale ty młody jesteś, wszystko jeszcze przed tobą. Nie trać ducha, każdą przeszkodę można pokonać próbował mnie pocieszać.
Dobra, dosyć o przykrych sprawach. Chodźmy zjeść wspólnie kolację! uśmiechnąłem się.
Obserwowałem, jak zjadł z apetytem makaron z parówkami. Serce mi się ścisnęło widać było, iż to samotny człowiek w potrzebie.
Straszna to myśl, zostać zupełnie samemu, nikomu niepotrzebnym, na ulicy pomyślałem.
Wiesz, mogę ci pomóc z powrotem na uczelnię. Znam tam jeszcze wielu porządnych ludzi. Załatwię ci budżetowe miejsce powiedział niespodziewanie Jan. Sam nie pojadę, nie chcę się pokazywać w tym stanie, ale napiszę list do rektora Konstanty, stary znajomy, na pewno ci pomoże.
Serio? Byłbym naprawdę wdzięczny! ucieszyłem się.
Dzięki ci za kolację i za to, iż mnie wysłuchałeś. Pójdę już, czas na mnie powiedział, wstając.
Zostań. Przecież są tu trzy pokoje. Możesz zająć ten, który ci się spodoba. Szczerze mówiąc, sam boję się spać tu samemu. Nie znam się na piecu, a ty z pewnością mi pomożesz?
Nie zostawię cię odpowiedział stanowczo.
***
Minęły dwa lata… Zdałem wszystkie egzaminy i wracałem na działkę podczas wakacji. Zamieszkałem w akademiku, a na działkę jeździłem tylko na weekendy i letnie miesiące.
Cześć! krzyknąłem radośnie, ściskając pana Jana.
Grzesiu! Mój chłopaku! Czemu nie zadzwoniłeś? Odebrałbym cię ze stacji! I jak ci poszło?
Świetnie, niemal same piątki! pochwaliłem się. W drodze kupiłem sernik. Stawiaj czajnik, świętujemy!
Siedzieliśmy przy herbacie, opowiadając sobie o wszystkim.
Posadziłem winogrona. Tam postawię pergolę, będzie wygodnie mówił Jan.
Super! Zresztą, teraz to twój dom, rób tu jak ci się podoba! Ja tylko wpadam i znikam… zaśmiałem się.
Jan zupełnie wypiął się na dawne troski. Już nie był samotny. Miał dom, rodzinę dla mnie był jak dziadek, a ja dla niego jak wnuk. Też wróciłem do życia. Jestem wdzięczny losowi za to, iż zesłał mi w trudnej chwili takiego przyjaciela.
Dziś wiem, iż warto ufać ludziom i dawać szansę, bo każdy potrzebuje drugiego człowieka zwłaszcza wtedy, kiedy wszystko wydaje się stracone.













