Będziemy żyć dla siebie nawzajem Po śmierci mamy Eryk zaczął powoli wracać do siebie. Ostatnie tygodnie spędziła w szpitalu, gdzie odeszła. Wcześniej leżała w domu obok – Eryk i jego żona Weronika opiekowali się nią na zmianę. Choć wielokrotnie proponował, by zamieszkała z nimi, matka uparcie chciała zostać na swoim. – Synku, tu umarł twój ojciec, i ja chcę tu umrzeć. Tak mi będzie lżej – płakała, a Eryk nie potrafił jej odmówić. Im byłoby prościej, gdyby matka leżała u nich, ale ich córka Kasia miała wtedy trzynaście lat i nie chciał, by patrzyła na powolne odchodzenie babci. Eryk pracował na zmiany, Weronika jako nauczycielka w podstawówce. Matka była więc zawsze pod opieką, na zmianę nocowali u niej. – Mamo, babcia umrze? – dopytywała Kasia. – Szkoda jej, taka dobra była. – Nie wiem, córeczko. Ale przyjdzie taka chwila – takie jest życie – tłumaczyła Weronika. Po pogorszeniu stanu babci, zabrano ją do szpitala. Eryk miał młodszą o trzy lata siostrę, Ritę, matka często pomagała jej w opiece nad synkiem Antkiem. Rita i jej były mąż już dawno się rozeszli, a ona nie zamierzała opiekować się mamą, bo liczyła, iż Eryk z żoną to załatwią. Rita była zupełnym przeciwieństwem brata – ostra, zamknięta, bezwzględna. Trzy dni po przyjęciu do szpitala, matka Eryka i Rity zmarła. Po pogrzebie doszli do wniosku, iż dom powinien zostać sprzedany – bez opieki gwałtownie popadnie w ruinę. Matka dawno zapisała go na syna, bo z córką miała kiepskie stosunki, Rita o tym wiedziała i nie utrzymywała kontaktów. Po sprzedaży domu, Weronika przekonywała Eryka: – Jak dostaniesz pieniądze, podziel równo z Ritą. – Rita ma własne mieszkanie po mężu, jeszcze przepuści tę kasę. – Ale tak będzie uczciwie. Inaczej będzie nas oczerniać – tłumaczyła żona. Eryk ustąpił i oddał połowę pieniędzy siostrze, która tylko spytała: – I to już wszystko? Gdzie reszta? Czas płynął. Kiedy Kasia miała piętnaście lat, spotkało ich kolejne nieszczęście – Weronika ciężko zachorowała. Zawsze skarżyła się na złe samopoczucie, ale sądziła, iż to z przemęczenia. Zasłabła któregoś dnia na podwórku, a po badaniach zdiagnozowano najgorsze – i było już za późno. – Czy można pomóc żonie? – pytał załamany Eryk lekarza. Ale ten tylko smutno kręcił głową. niedługo Eryk przywiózł Weronikę do domu – była już przykuta do łóżka. Eryk sam robił zastrzyki, wziął urlop, by być przy niej. Po powrocie do pracy, Kasia musiała przejąć większość obowiązków, choć bardzo ją to wyczerpywało. Pewnego dnia przyszła Rita. – Eryk, pralka mi się zepsuła, możesz spojrzeć? – poprosiła. – Wpadnę, naprawię – obiecał i po pracy spełnił prośbę. Przy pożegnaniu poprosił: – Rita, wpadaj czasem do nas, żeby Kasia nie była z Weroniką sama. To tylko dziecko, a dźwiga ciężar ponad siły. – A co mnie to obchodzi? Pomagałam Werce z Antkiem, dostałam od niej złoty pierścionek, oddała mi go zaraz z powrotem, nie jej sprawa – burknęła i choćby nie podziękowała. Eryk tylko westchnął i od tamtej pory postanowił: – Nie licz już na mnie więcej. Jesteś bezduszna. Weronika gasła z dnia na dzień. Pewnego wieczoru Kasia wybiegła ojcu naprzeciw: – Tato, mamie bardzo źle, nie je, nic nie mówi. Próbowałam podać leki, wodę, ale… – Damy radę, córeczko, damy radę – przytulił ją. W nocy Weronika odeszła. Oboje płakali, zostali we dwoje. Eryk czuł ulgę, iż Weronika już nie cierpi, ale brakowało mu jej troski i obecności. Kasia próbowała go pocieszać: – Tato, zrobiliśmy wszystko, co można było. Musimy nauczyć się żyć tak, jak mama by tego chciała. Najważniejsze, iż mamy siebie. – Ale dojrzała mi z ciebie córka – dziwił się Eryk. Odtąd jeszcze mocniej troszczyli się o siebie. Kasia uczyła się gotować, wspólnie jedli obiady, opowiadając sobie nowości. Któregoś dnia po powrocie do domu, Kasia powiedziała: – Była ciocia Rita, weszła za mną do domu. Chciała zabrać maminy kożuch i trochę rzeczy, twierdziła, iż jej pozwoliłeś. – Nic jej nie pozwalałem, nie wpuszczaj jej do domu. Niedługo potem Eryka zabolało serce w pracy. Ledwo dowlókł się do kolegi, który wezwał karetkę – był to stan przedzawałowy. Od tego momentu wszystko spadło na Kasię – dom, szkoła, opieka nad ojcem. Starała się jak mogła, choćby przynosiła jedzenie do szpitala. Pewnego dnia przyszła też Rita z ciastem. – Kasiu, daj tacie kawałek, ja nie pójdę, bo mnie nie znosi. Tylko nie mów, iż ode mnie. – Dobrze, ciociu. Po chwili przyszedł Antek, syn Rity. – Możesz dać kawałek ciasta? – spytał, a Kasia pokroiła i poczęstowała. Razem poszli do szpitala. Przed wejściem Antek zbledł, zaczął się słaniać, upadł – dobrze, iż od razu trafił pod opiekę lekarzy. Okazało się, iż ciasto było zatrute. – Co on jadł? – pytał lekarz. – Ciasto od cioci Rity – odpowiedziała Kasia. Po badaniu, sprawa trafiła na policję – Rita przyznała się, iż dodała do ciasta truciznę, by pozbyć się brata i sprzedać jego dom. Nie przewidziała, iż jej syn zje kawałek. Eryk po wyjściu ze szpitala odwiedził Ritę we więzieniu z Kasią i Antkiem. Rita płakała i prosiła o wybaczenie. Eryk wycofał skargę, Rita wyszła, ale jej relacja z synem już nigdy nie wróciła do normy. Z czasem wszystko się ułożyło – Antek dostał się na studia, Kasia kończyła szkołę i planowała iść w ślady mamy. – Damy radę, córciu, będziemy żyć dla siebie nawzajem – powiedział Eryk. – Tak, jak bardzo tego chciała twoja mama.

newsempire24.com 1 miesiąc temu

Słuchaj, muszę Ci coś opowiedzieć.

Po śmierci mamy, Marek zaczął trochę dochodzić do siebie. Mama ostatnio leżała w szpitalu, tam też odeszła. Wcześniej była w domu, a Marek z żoną Małgosią opiekowali się nią na zmianę. Mieszkała zaraz obok nich, proponował jej, żeby przenieść się do nich, ale mama choćby nie chciała o tym słyszeć.

Synku, tutaj zmarł Twój ojciec, i ja też chcę tu umrzeć. Tak mi będzie lżej płakała, a Marek, choć serce mu się krajało, nie potrafił jej odmówić.

Małżonce i jemu byłoby przecież łatwiej, jakby mama leżała u nich, ale z drugiej strony ich córka, Basia, miała wtedy trzynaście lat. Nie chcieli, żeby dziewczynka patrzyła, jak babcia powoli gaśnie. Marek pracował na zmiany w fabryce, Małgosia była nauczycielką klas wczesnoszkolnych. Tak więc babcia praktycznie ciągle była pod opieką, choćby nocami na zmianę u niej czuwali.

Mamo, a babcia już niedługo umrze? pytała Basia. Szkoda mi jej, taka dobra z niej była babcia.

Nie wiem, córeczko, ale taka jest kolej rzeczy w życiu, każdy czasem odchodzi tłumaczyła Małgosia.

Gorzej się babci zrobiło, więc trafiła do szpitala. Marek miał młodszą o trzy lata siostrę, Jolę, miała syna Pawła, którym głównie opiekowała się babcia i Małgosia, bo Jola wiecznie była w delegacjach. Od dawna rozwiedziona, matką się za bardzo nie przejmowała, bo wiedziała, iż Marek z żoną ogarną wszystko. Charakter miała zupełnie inny niż brat twarda, ostra, i zawsze o wszystko kłótliwa.

Po trzech dniach mama Marka i Joli zmarła w szpitalu. Po pogrzebie zdecydowali się sprzedać jej dom, bo bez stałej opieki gwałtownie by się rozpadł. Mama dawno jeszcze przepisała dom na Marka, z Jolą nigdy nie miała dobrych kontaktów. Jola o tym wiedziała i z matką praktycznie nie rozmawiała.

Po sprzedaży domu Małgosia namawiała Marka:

Jak tylko dostaniesz pieniądze, podziel się na pół z Jolą.

Małgośka, Jola ma własne mieszkanie, jej były mąż zostawił jej całkiem fajne lokum, on sam odszedł bez grosza. I tak te pieniądze przehula.

No i co z tego, Marek? Przynajmniej będziemy mieli czyste sumienie, a ona nie będzie nas obgadywać po całej rodzinie.

Długo się opierał, ale w końcu oddał Jolce połowę. Ta zamiast podziękować, zaczęła narzekać:

I to wszystko? A reszta gdzie?

Czas leciał, Basia miała już piętnaście lat. I znowu nieszczęście Małgosia ciężko zachorowała i trafiła do łóżka. Już wcześniej bywała osłabiona, ale zwalała to na zmęczenie. Dopiero gdy straciła przytomność na podwórku, trafiła do szpitala. Po badaniach okazało się, iż to choroba nowotworowa, i to już bardzo późno rozpoznana.

Lekarzu, można mojej żonie pomóc? pytał zalamany Marek.

Robimy co możemy, ale przyszła za późno. Nie dało się wcześniej zauważyć, iż jest chora?

Zwracałem uwagę, ale Małgosia zawsze myśli o innych, a o sobie rozłożył ręce.

Wkrótce Małgosia wróciła do domu, nie wstawała już z łóżka. Marek i Basia opiekowali się nią jak mogli. Choroba postępowała, było coraz gorzej. Marek nauczył się robić zastrzyki, wziął urlop, żeby być przy żonie. Jak musiał wrócić do pracy, Basia po szkole karmiła mamę, myła ją, choć była tym wykończona.

Pewnego razu wpadła Jola.

Marek, pralka mi padła, zerknij, bo znasz się na tym.

Dobrze, wpadnę odpowiedział i rzeczywiście, następnego dnia po pracy naprawił pralkę.

Wychodząc, mówi do siostry:

Przynajmniej czasem zajrzyj do nas, żeby Basia nie musiała sama się z Małgosią męczyć. pozostało dzieckiem, nocami też zostaje. Ty chyba pamiętasz, iż Małgosia twojego Pawła praktycznie wychowała przez tyle lat, a mieszkania byś bez niej nie obroniła, jak twój były chciał je podzielić.

E tam, co było sto lat temu. Paweł ma już siedemnaście lat, wyszłam za mąż dużo wcześniej od ciebie. No pomogła mi Małgośka z synem, to jej złoty pierścionek dałam za to.

Dałaś, ale ona ci od razu oddała, a ty wzięłaś z powrotem.

Skoro nie chciała, to co, miał się zmarnować? A zresztą, co porównujesz opieka nad dzieckiem to nie to samo co siedzieć przy konającej. Nie, nie będę wpadać, nie licz na mnie rzuciła oschle, choćby nie podziękowała za naprawę.

Marek się nie obraził, tylko powiedział:

Już do mnie nie przychodź. Jesteś bezduszną i złą osobą.

Z siostrą przestał utrzymywać kontakt. Małgosia gasła szybko. Tego dnia Basia zobaczyła ojca przez okno wracającego z pracy i wybiegła mu na spotkanie.

Tato, mamie bardzo źle. Nie je, odwróciła się do ściany i nic nie mówi. Chciałam jej podać lekarstwo i wodę, ale…

Poradzimy sobie, córeczko, razem damy radę.

Ale tej samej nocy Małgosia zmarła. Oboje płakali, zostali już tylko we dwoje. Po śmierci Małgosi Marek poczuł dziwną ulgę nie musiał już patrzeć, jak jego żona cierpi, ani jak to przeżywa Basia. Oczywiście bardzo ją kochał, ale ta choroba nie tylko zabrała jego żonę, ale także wyssała z nich wszystkie siły.

Po pogrzebie długo było mu ciężko. Brakowało mu jej spojrzenia, śmiechu, troski, te wspomnienia wracały co wieczór. Tak bardzo jej potrzebował, a tu już nigdy nie wróci. Basia to przeżywała, ale choćby próbowała pocieszać ojca.

Tato, zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy. Skoro mama już nie cierpi, musimy się z tym pogodzić. Powoli się przyzwyczaimy, najważniejsze, iż mamy siebie.

Jaka ty jesteś już dorosła zdziwił się Marek. To wszystko sprawiło, iż wydoroślałaś w kilka miesięcy.

Basia bardzo troszczyła się o ojca, starała się być blisko. Marek po pracy gwałtownie wracał do domu. Wiedział, iż czeka na niego córka, iż gotuje już dla niego obiady, iż przy stole podzielą się swoimi opowieściami z dnia.

Pewnego popołudnia Basia mówi:

Tato, dziś po szkole przyszła ciotka Jola.

Po co tym razem? zirytował się Marek. Nie wpuszczaj jej więcej.

Ale weszła zaraz za mną, nie zdążyłam drzwi zamknąć. Powiedziała, iż chce zabrać mamusiną futro i jeszcze jakieś rzeczy. Mówiła, iż się z tobą umawiała.

Nic jej nie oddawaj, i od dzisiaj jak przyjdziesz do domu od razu zamykaj drzwi. Nie ma tu czego szukać.

Akurat Marek był na zmianie, gdy serce dało mu się we znaki. Nagle zrobiło mu się zimno, ciężko łapał oddech, czuł, jakby coś ściskało mu klatkę piersiową. Poszarzał na twarzy i stracił przytomność. Kolega z pracy wezwał karetkę, Marek trafił do szpitala. Basia z płaczem pobiegła do taty. Lekarz ją przekonał:

Spokojnie, twój tata jest przytomny, to było przedzawałowe, musi się podleczyć.

Wszystkie obowiązki spadły na Basię szkoła, dom, szpital. Nie było komu pomóc, więc kręciła się jak w ukropie. Gotowała coś ojcu do szpitala, po lekcjach biegła do niego.

Raz przyszła Jola z ciastem.

Basia, upiekłam ciasto dla twojego taty, zanieś mu do szpitala. Sama nie pójdę, wiesz przecież, jak on mnie nie trawi. Nie mów, iż to ode mnie.

Dobrze, ciociu Jolu, dzięki powiedziała Basia, a Jola gwałtownie wyszła.

Chwilę później wpadł Paweł, brat Basi.

Klucze w domu zostawiłem, to wpadłem przy okazji mówi. Ty to sama piekłaś ciasto?

Niee mama twoja przyniosła, mówiła, żeby zanieść tacie do szpitala. Poczęstuj się, i tak dla taty to za dużo.

Paweł zjadł kawałek, Basia zrobiła mu jeszcze herbatę. Potem razem postanowili odwiedzić Marka. Ale tu nagle Paweł zbledł, spocił się nagle, trzymał się barierki przy wejściu do szpitala, a potem upadł. Całe szczęście, iż byli już przy izbie przyjęć.

Wyszło, iż Paweł został uczulony jakimś środkiem.

Co on jadł? pytał lekarz Basię.

To ciasto. Przyniosła go mama Pawła dla mojego taty odpowiedziała.

Nie dawaj tego tacie. Zatrzymam na badania.

Jola została wezwana na komisariat. Wyszło na jaw, iż dodała do ciasta coś, co miało zaszkodzić Markowi. Planowała sprzedać dom brata, a Basia najwyżej trafiłaby do akademika po maturze… Jola nie przewidziała, iż to Paweł się poczęstuje.

Jak tylko Marka wypuścili ze szpitala, zabrał Basię i Pawła na widzenie do Joli.

Wybaczcie, błagam, wybacz mi, Marku, Pawle, wybacz i ty, Basiu… już zrozumiałam wszystko rozpłakała się Jola.

Marek wycofał sprawę, po jakimś czasie Jolę wypuszczono. Paweł nie mógł jej tego wybaczyć, odsunął się od niej, częściej bywał z Basią i Markiem.

Wujku Marku, nigdy nie przebaczę matce Nie potrafię, jak mogła coś takiego zrobić?

Pawle, rodziców się nie wybiera. Wiem, zachowała się strasznie, ale naprawdę żałuje. Każdy może popełnić błąd. Daj jej szansę, ona bardzo cierpi.

Z czasem wszystko zaczęło się układać. Paweł dostał się na studia, Basia kończyła liceum i planowała też studiować, ale nie chciała zostawiać taty samego.

Wszystko będzie dobrze, córeczko, dasz radę. Musisz się uczyć. A my będziemy żyć dla siebie nawzajem. W weekendy i na święta będziesz do mnie przyjeżdżać. Twoja mama tak bardzo chciała, żebyś poszła na pedagogikę

No, tak to wyglądało u nich.

Idź do oryginalnego materiału