Będziemy żyć dla siebie nawzajem Po śmierci mamy, Eryk powoli dochodził do siebie. Mama ostatnio le…

newsempire24.com 6 dni temu

Słuchaj, wiesz po śmierci mamy trochę się pozbierałem. W ostatnich tygodniach leżała w szpitalu, tam też odeszła. Wcześniej była jednak w domu, więc z Martą moją żoną doglądaliśmy jej na zmianę. Nasze domy stoją tuż obok siebie, często ją namawiałem, żeby przenieść się do nas, ale nigdy nie chciała.

Synku, twój tata tutaj odszedł, i ja tu zostanę do końca. Tak mi lżej płakała, a ja wiesz, nie mogłem jej tego odmówić.

Nam z Martą, powiem ci szczerze, byłoby o wiele wygodniej, gdyby mama była u nas, ale z drugiej strony Nasza córka, Zosia, miała wtedy trzynaście lat. Nie chciałem, żeby oglądała, jak babcia gaśnie. Ja pracowałem wtedy na zmiany, Marta uczyła w podstawówce była nauczycielką klas pierwszych. Ale tak czy siak mama cały czas była pod opieką, nierzadko ktoś z nas nocował u niej.

Mamo, czy babcia niedługo umrze? pytała Zosia. Szkoda mi jej, taka dobra

Nie wiem, kochanie, kiedyś ten moment przyjdzie, takie jest życie mówiła Marta.

Kiedy babci się pogorszyło i zabrało ją pogotowie, my dalej robiliśmy, co mogliśmy. Mam też siostrę Lidkę, trzy lata młodszą. Ma syna, Pawła, którym najczęściej zajmowała się nasza mama i czasami Marta, bo Lidka była ciągle w delegacjach. Z byłym mężem od dawna nie mieszkała, a do opieki nad naszą mamą się nie kwapiła, wiedząc, iż my z Martą dajemy radę. Zawsze była moim przeciwieństwem pyskata, nieczuła, skłonna do awantur.

Minęły trzy dni, mama zmarła w szpitalu. Po pogrzebie doszliśmy z Martą do wniosku, iż dom trzeba sprzedać, bo kto będzie o niego dbał? Mama już dawno przepisała go na mnie notarialnie, z Lidką nie miała kontaktu od lat i ona o tym wiedziała.

Jak tylko dostaliśmy pieniądze ze sprzedaży, Marta mnie przekonywała:

Słuchaj, podziel równo te pieniądze z Lidką.

Martuś, ona dostała mieszkanie po swoim byłym, i tak wszystko roztrwoni przekonywałem.

Nieważne, Edek, ważne, żebyśmy mieli czyste sumienie. Inaczej będzie cię na każdym kroku szkalować, mnie też.

No to się zgodziłem, przekazałem połowę kasy, a Lidka tylko na to:

I to wszystko? A reszta gdzie?

Zosia miała już wtedy piętnaście lat, gdy uderzyło w nas kolejne nieszczęście Marta zachorowała i przestała wstawać z łóżka. Już wcześniej narzekała na zdrowie, mówiła, iż to przez pracę w szkole, ale kiedy zemdlała na podwórku, od razu trafiła do szpitala. Po badaniach okazało się, iż to poważna choroba, za późno na leczenie

A nie da się już nic pomóc mojej żonie? pytałem zdezorientowany lekarza.

Robimy co możemy, ale trafiła do nas zdecydowanie za późno. Pan nie widział, iż coś się dzieje?

Jak nie widziałem… Prosiłem ją, żeby poszła do lekarza. Ale wiesz, jaka ona zawsze dla innych, a o sobie zapominała

Wróciła gwałtownie do domu, była już wtedy bardzo słaba. Z Zosią opiekowałyśmy się nią razem, ale choroba postępowała błyskawicznie. Sam robiłem Martcie zastrzyki, wziąłem urlop, żeby być przy niej, ale w końcu musiałem wrócić do pracy. Zosia chodziła do szkoły, po lekcjach karmiła mamę, czasem ją myła. Widocznie się tym wszystkim męczyła.

Pewnego razu przyszła Lidka:

Edek, pralka mi się popsuła. Zajrzyj, bo się na tym znasz.

Wieczorem po pracy naprawiłem jej tę pralkę, a na odchodnym mówię:

Mogłabyś czasem wpaść do nas, Zosia zostaje z Martą sama, a to przecież tylko dziecko. choćby dorosłemu ciężko patrzeć, a ona przecież nie powinna być z chorą matką zupełnie sama. Wiesz przecież, ile twojemu Pawłowi Marta pomogła do dziesiątego roku życia go praktycznie wychowała, załatwiła ci choćby to mieszkanie, kiedy twój były chciał się sądownie podzielić.

No i co z tego, przypominać będziesz, co było sto lat temu? Paweł już siedemnaście lat ma, a Marta mi pomagała, kiedy była potrzeba. Dałam jej za to choćby złoty pierścionek!

No dałaś, tylko Marta ci go od razu oddała, a ty byłaś cała szczęśliwa.

Jak nie chciała, to jej wina. A poza tym co innego pomagać przy zdrowym dziecku, a co innego siedzieć przy umierającej. Sorry, ale nie chcę tego brać na siebie odburknęła i wyszła, choćby za pralkę nie podziękowała.

Po tej rozmowie już do niej nie zagadywałem powiedziałem tylko:

Więcej nie licz na moją pomoc. Jesteś bezduszną osobą, Lidka.

Ona dla mnie przestała istnieć.

Z każdym dniem Marta gasła Pamiętam, jak któregoś popołudnia Zosia wypatrzyła mnie przez okno, jak wracałem z pracy, i wybiegła na podwórko.

Tato, mamie bardzo źle, nic nie je, odwróciła się do ściany i nie mówi. Chciałam jej podać lekarstwo i wodę, ale

Damy radę, Zosiu. Poradzimy sobie, kochanie.

Niestety, tej nocy Marta umarła. Oboje płakaliśmy, zostaliśmy tylko we dwoje. Po śmierci żony poczułem pewnego rodzaju ulgę, bo wiem, iż już nie cierpi, a i Zosia nie musi już na to wszystko patrzeć. Kochałem Martę nad życie, ale ta choroba wyssała z nas wszystkich siły.

Pogrzeb minął Było mi potwornie ciężko. Brakowało mi jej śmiechu, spojrzenia, troski wciąż wracam do tych wspomnień. Tak mi jej brakuje Zosia też przeżywała, choć starała się być dzielna i mnie pocieszać.

Tato, robiliśmy wszystko, co mogliśmy. Musimy się pogodzić z tym, iż mamy już z nami nie ma. Teraz jest jej lżej, już nie cierpi, a my jakoś się przyzwyczaimy. Najważniejsze, iż mamy siebie.

Jaka ty jesteś dorosła, Zosia Ta cała sytuacja sprawiła, iż wydoroślałaś szybciej niż inni byłem pod wrażeniem.

A ona bardzo o mnie dbała, wracałem z pracy zawsze czekała, ugotowała coś, opowiadała, co się wydarzyło w szkole. Tak się trzymaliśmy razem.

Pewnego dnia po powrocie z pracy mówi do mnie:

Tato, jak wróciłam po szkole, zjawiła się ciocia Lidka.

Po co tu przyszła? od razu się wkurzyłem. Nie wpuszczaj jej więcej.

Sama weszła, choćby nie zdążyłam zamknąć drzwi. Powiedziała, iż bierze maminy kożuch i jakieś rzeczy, bo rzekomo się z tobą dogadała.

Nic jej nie oddawaj. Następnym razem zamykaj drzwi od razu, nie ma tu czego szukać.

Niedługo potem, będąc w pracy, nagle mnie coś złapało przy sercu Ogromny ból, nie mogłem złapać tchu, zemdlałem. Dzięki Bogu kolega dzwonił po karetkę i trafiłem do szpitala. Zosia przyszła zalana łzami, ale lekarz ją uspokoił:

Twój tata żyje, jest przytomny, miał stan przedzawałowy, musi być leczony.

Wszystko teraz spadło na Zosię dom, szkoła, odwiedziny u mnie. Dawała radę, choć nie było łatwo. Przyniosła mi choćby w szpitalu domowe jedzenie.

A któregoś dnia przyszła Lidka, przynosząc szarlotkę:

To dla twojego taty, Zosiu. Ja tam się do niego nie wybieram, wiesz, iż mnie nie lubi. Weź, przekaż i nie mów, od kogo.

Dziękuję, ciociu Lidko odpowiedziała, a tamta wyszła.

Po kwadransie przyszedł Paweł kuzyn Zosi. Często jej pomagał, mieli dobry kontakt. Skończył szkołę, szykował się na studia.

Zostawiłem klucze w domu, to wpadłem mówi. O, ciasto własnej roboty?

To od twojej mamy, przyniosła dla taty do szpitala. Odkroję ci kawałek, bo jesteś po szkole, a tacie i tak dużo.

Paweł zjadł, napił się jeszcze herbaty z Zosią. Potem poszli razem do szpitala, ale przed wejściem Paweł pobladł, zaczął się słaniać, potem po prostu się przewrócił. Całe szczęście, iż byli pod szpitalem.

Wyszło, iż w krwi Pawła wykryto truciznę.

Co on jadł? spytał lekarz.

To ciasto, przyniosła je jego mama, miało być dla mojego taty.

Absolutnie nie dawaj tego ojcu, biorę to ciasto na badania.

Kiedy powiadomili o wszystkim Lidię, wpadła do szpitala, roztrzęsiona.

Boże, synku, co ci się stało? Czym się mogłeś tak zatruć?

Mamo, jadłem ciasto, które dla wujka upiekłaś powiedział jej Paweł, a ta pobladła jak ściana.

Parę godzin później policja zabrała Lidkę na komisariat przyznała się, iż dosypała coś do ciasta, by podtruć mnie, planowała sprzedać mój dom po mojej śmierci. Zosia miała przecież pójść na studia, mieszkać w akademiku Lidka wszystko sobie obmyśliła, nie przewidziała tylko, iż jej własny syn to zje.

Jak mnie wypuścili ze szpitala, pojechaliśmy z Zosią i Pawłem na widzenie.

Wybaczcie mi, Edziu, Pawle, Zosiu, ja nie wiem, co we mnie wstąpiło, przepraszam, przepraszam płakała Lidka.

Wycofałem zgłoszenie i po czasie Lidkę wypuszczono. Paweł nie mógł matki zrozumieć, stracił do niej zaufanie, więcej przesiadywał u nas z Zosią.

Wuju, nie wybaczę matce, nienawidzę jej za to, co zrobiła.

Paweł, rodziców się nie wybiera. Wiem, iż bardzo źle postąpiła, ale żałuje szczerze, każdy może popełnić błąd. Wybacz jej, ona cierpi i żałuje.

Powoli wszystko się zaczęło układać. Paweł dostał się na uczelnię, Zosia kończyła liceum, szykowała się do szkoły wyższej, choć nie bardzo chciała zostawiać mnie samego.

Nic się nie martw, córciu. Poradzę sobie, a tobie trzeba się uczyć. Będziemy żyć dla siebie nawzajem, będziesz wpadała na weekendy i święta. Mama bardzo by chciała, żebyś poszła na pedagogikęW końcu nadszedł ten dzień, kiedy Zosia ruszała na studia. Pokoik w akademiku, wypchany plecak, niepewność w oczach. Długo siedzieliśmy razem nad śniadaniem, cisza między nami była cięższa niż kiedykolwiek.

Tato, będę dzwonić codziennie. Wiesz, iż daleko nie ucieknę.

Uśmiechnąłem się może pierwszy raz od wielu miesięcy naprawdę szczerze.

Wiem, kochanie. Będziesz szczęśliwa, zobaczysz.

Pomachałem jej pod uczelnią, patrzyłem, jak idzie przez szkolne dziedzińce, i jakąś dziwną ulgę poczułem. Bo przecież wychodzi na świat silna, mądra, przez to wszystko dojrzalsza niż jej rówieśnicy.

Sam w domu przyzwyczajałem się do spokoju. Ogród znowu wypielęgnowany, regularne spacery, kawa z sąsiadem w niedzielę. Paweł czasem wpadł, raz choćby przyprowadził dziewczynę śmiali się razem, jakby tej rodziny nigdy nie podzieliły żadne żale. A ja odkryłem, iż można się cieszyć choćby samotnością, jeżeli człowiek wie, kim jest.

Zapach świeżego prania, promienie słońca na podłodze w kuchni, krzątanie się po domu to były proste rzeczy, do których wróciło życie. Tęsknota do Marty nie zniknęła, ale przestała palić. Czasem łapię się na myśli, iż może właśnie o to chodziło żeby po tylu stratach nauczyć się nowych początków.

Jednego popołudnia dostałem wiadomość od Zosi:

Tato, dostałam piątkę z egzaminu! Kocham cię. Jesteś najlepszym tatą na świecie.

Odpisałem szybko, choć wzruszenie ścisnęło gardło:

I ja cię kocham, Zosiu. Duma mnie rozpiera, jesteś moim światem.

W ten sposób trwaliśmy trochę na odległość, ale zawsze razem. Z czasem Paweł na nowo odnalazł relację z matką, choć innego już rodzaju. A ja nauczyłem się, iż choćby po największej burzy wychodzi słońce i, choć blizny zostają, to można jeszcze wierzyć w dobro. W końcu wszystko wraca nie zawsze tak samo, nie zawsze tam, gdzie byśmy chcieli, ale wraca. I najważniejsze, iż mamy jeszcze siebie oraz miłość, którą zostawili ci, których już nie ma. To ona daje siłę na każdy kolejny dzień.

Idź do oryginalnego materiału