
Jakub Kapica, świdnicki malarz hiperrealista, absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, pracujący przez ponad 30 lat w Paryżu, wrócił na stare śmieci i zbudował dom na przedmieściach Świdnika. Jest autorem dwóch plakatów reklamujących świdnickie pokazy lotnicze. Daty ich powstania dzieli ponad trzydzieści lat.
– Jakie są historie tych plakatów?
– Ten z 1993 roku powstał po telefonie Janusza Kasperka, wówczas już mistrza świata w akrobacji samolotowej. Organizacja tamtej imprezy była pełną partyzantką, przygotowywało ją kilka osób, ale autorytet Janusza i jego znajomości w świecie lotniczym otwierały wszystkie drzwi. Tylko dzięki temu pokazy mogły dojść do skutku. Tym razem przyjechała ekipa z Miejskiego Ośrodka Kultury, przydusili mnie do ściany i obiecałem, iż plakat zrobię.
– Która z prac jest lepsza?
– Nie potrafię powiedzieć, to kwestia oceny odbiorcy.
– Przypomniałem sobie, iż pierwszy raz miałem okazję robić z Tobą wywiad do Głosu Świdnika prawie czterdzieści lat temu. I tak pomyślałem, iż jesteśmy pokoleniem dziwnych czasów. Komuna już trochę odpuszczała, ale jeszcze trzymała…
– … Ale było wesoło.
– Na czym polegała ta wesołość? Może i teraz wesoło jest?
– Myślę, iż nie. Teraz praca zabija wszystko. Od świtu do nocy, korespondencyjnie, na wszelkie możliwe sposoby. Nasze dzieci nie mają czasu przyjechać na święta. Wtedy były mocne więzi koleżeńskie. W Świdniku dużo się działo, również prywatnie. Balangi, imprezy, najpierw w baraku, potem w Iskrze. Były spontaniczne przebieranki. Sam spędziłem kupę czasu, na projektowaniu strojów, żebyśmy poszli na imprezę i żeby wszyscy się świetnie bawili.
– A czy nie było też tak, iż wiedzieliśmy, iż nigdy się nie dorobimy, to przynajmniej się pobawimy?
– Wtedy wielkim szczęściem było, jeżeli miało się mieszkanie.
– Hiperrealizm to zboczenie czy też normalny, pełnoprawny nurt malarski, jak renesans, barok impresjonizm albo ekspresjonizm? Obiekty na Twoich obrazach są bardziej prawdziwe niż w rzeczywistości. Czy to w ogóle technika malarska, czy grafika?
– To malarstwo, bo jak widać na obrazie przy ścianie, wszystko jest malowane. Hiperrealizm polega na uwypuklaniu detali. Tworzy się coś nierealnego, a jednak realnego. Ten styl w malarstwie zaczął się na przełomie lat 60. i 70., kiedy projektanci aut nie robili zdjęć, tylko malowali.

– Zastanawia mnie przedrostek hiper, bo oznacza coś więcej niż realnego.
– Nie lubię go, bo nazwałbym ten trend fotorealizmem. Trzymam się fotografii, która i tak wszystkiego nie oddaje. Fotografuję duży obiekt, potem go pomniejszam do detali, które później wykorzystuję, wyostrzam aż do zagubienia realizmu. W moich pracach rządzą drobiazgi. Kompozycja powstaje jak plakat na tegoroczny Świdnik Air Festival. Z fotografii wybieram fragmenty, drukuję, robię collage, który jest podstawą do powstania plakatu. Inny przykład. Mam tu teraz na tapecie ikonę, czyli przedmiot kultu. Z tym, iż ja ikon nie piszę, a maluję, bo i przedmiot kultu jest inny. Jest obiektem kultu miłośników motoryzacji. Przedstawia samochód Ferrari 250GTO, czyli Graala wśród samochodów. Każda ikona miała z zewnątrz koszulkę srebrną lub złotą. Ta będzie miała koszulkę ozdobioną fragmentem silnika Ferrari, który rodził się w kilku etapach. Najpierw był model z płyty MDF, potem odlew z żywicy zmieszanej z pyłkiem aluminiowym. Z tego powstaje negatyw z elastomeru zalewany żywicą. Ikona będzie otwierana i jak przy każdym obiekcie kultu może stać dyskretnie zamknięta, uchylona lub otwarta, by podziwiać ją w pełni.
– Co robi się potem z takimi ikonami?
– Żyłem z nich od czasu galerii w Paryżu. A pojechałem do Francji, w bodajże 1986 roku, na winobranie z Małgosią i Wackiem Stroińskim. Zresztą jak wielu młodych Polaków. Przy okazji wziąłem ze sobą dwa obrazki. Potem przenieśliśmy się do Paryża, w którym mieszkała ich siostra. Miałem już upatrzone miejsca, gdzie obrazki mogłem umieścić. Otwierała się wtedy galeria Vitesse poświęcona w całości samochodom, samolotom, łodziom i związanymi z nimi sportami. Moje obrazki przyjęto z chęcią, a na aukcję w domu aukcyjnym Hotel Druot dodałem jeszcze kolejne. Współpracowałem z moim marchandem, Herve Poulain, który równocześnie był kierowcą wyścigowym i rajdowym, a teraz wydaje albumy o sztuce. W Vitesse dwa obrazki sprzedałem praktycznie na pniu. Od tamtej pory zacząłem stałą współpracę z galerią, zrobiłem też kilka wystaw indywidualnych. stale sprzedawałem swoje prace, które malowałem również na zamówienie. Galeria była o tyle ciekawa, iż przychodziło tam towarzystwo zainteresowane tą tematyką. Zresztą niedaleko, przy placu Concorde, mieściły się biura Międzynarodowej Federacji Samochodowej, skąd przychodzili goście. Zaglądali także mechanicy samochodowi… generalnie dało się z tego żyć.

– Co, tak naprawdę, jest fajnego w hiperrealizmie?
– Dla mnie przedmiot tego, co maluję. Mam szajbę na punkcie samochodów. Sama atmosfera wyścigów. Miałem dwie wystawy na Le Mans. Przy okazji zrobiłem sporo zdjęć do malowania. Wchodzi się do boksów, masz bezpośredni kontakt z kierowcami, mechanikami…
– Nie miałeś wrażenia, iż widzisz w tych kierowcach żywe trupy?
– Oczywiście, iż nie. Dwa lata temu byłem na Le Mans Classic, gdzie startowały stare samochody z pierwszych wyścigów i dzisiejsze. Wspaniały przekrój maszyn, hektary samochodów, raj dla fanów. Dwieście pięćdziesiąt tysięcy zwiedzających i niesamowita atmosfera. To właśnie ciągnie mnie do malowania.
– Mówisz o uwielbieniu dla samochodów, a plakat na Air Festival poświęcony jest lotnictwu…
– Pochodzę z miasta żyjącego lotnictwem, więc uszanowanie tej tradycji jest dla mnie w pewnym sensie obowiązkiem.
– Co przerwało Twoją francuską przygodę?
– Po pierwsze jestem już stary…
– W Paryżu nie wolno być starym?
– Głowa jeszcze dwudziestoletnia, ale tak naprawdę zaczęło się od pandemii Covid. Galerie zostały zamknięte, zaczęło dziać się źle, więc wycofałem część obrazów. Ciągle mogę coś wysłać, ale najpierw muszę coś zrobić. A tu od dłuższego czasu mam sporo rzeczy pozaczynanych, ale nic skończonego. Ten tu obraz stoi na sztaludze już ze dwa lata.
– Robiłeś coś poza malowaniem?
– W Paryżu poznałem pewnego Amerykanina, który zaangażował mnie do kilku projektów. Przy ich realizacji próbowałem, między innymi, rzeźbić w granicie, co jest trudną techniką. Zaproponował mi też dekorację wnętrza swojego domu na Majorce. Robiłem tam mozaiki, chociaż nie miałem w tym wcześniej żadnego doświadczenia, ścienne malarstwo, oświetlenie, typy wystrój wnętrza.
– Na czym polega zaprojektowanie niepowtarzalnego wnętrza?
– Zaczyna się od otoczenia, do którego dopasowuje się całą resztę. Dom na Majorce robiłem dwa razy. Morze Śródziemne jest tyglem wielu kultur: rzymskiej, greckiej, arabskiej, afrykańskiej. Najpierw zaprojektowałem ściany wnętrz w stylu pompejańskim, ale żona właściciela stwierdziła, iż woli wszystko na biało. Kiedy się rozwiódł, wyszedł miszmasz. Na górze malarstwo japońskie z epoki Edo, dół pomieszany, głównie afrykanizmy, w sumie bardzo dekoracyjny. Na temat wnętrz tego domu powstał choćby artykuł opublikowany w prestiżowym czasopiśmie House and Garden.
– Z tego co mówisz wynika, iż artysta musi znać się na wszystkim i potrafić wszystko? Czy to talent uniwersalny?
– Niekoniecznie. Są ludzie ukierunkowani na grafikę, malarstwo. Robi się też tak zwane chałtury, czyli wszystko, co wpadnie w ręce.
– Czy dom, w którym mieszkacie z żoną, dość niezwykły aranżacyjnie, jest wynikiem głębszych przemyśleń?
– Fascynuje mnie architektura japońska. Kontrastowa czerwień tarasu, drugi taras – resztki starej piaskowcowej nawierzchni placu „Bolka i Lolka”. Woda oczywiście musi być, chociaż bez złotych rybek. Są za to żaby, bo same przyłażą. No i roślinność, o której kształty trzeba ciągle dbać.
– A zagadkowy fundament pod powierzchnią wody?
– Tam jest strefa kąpielowa. Trzeba uzupełniać wodę, filtrować ją, trochę mnie to przerasta, bo zbiornik jest duży. Ale będzie jeszcze coś w rodzaju rozwalającej się łódki z żaglem stanowiącym jednocześnie parasol. Jako nawierzchnię ścieżek wykorzystałem płyty granitowe pokryte wzorami w kształcie fal z barwionej żywicy. Te fale są wzorowane na deptaku w Alicante.
– Jak się ma duszę artysty to nie można mieszkać w normalnym domu i normalnym otoczeniu…
– Kiedyś, w bloku przy ulicy Skłodowskiej-Curie tak mieszkaliśmy, chociaż czy można było nazwać to normalnością? No to zajrzyjmy do wnętrza domu, gdzie jest nasze miejsce do życia. Ten kominek robiłem własnoręcznie. Niestety, z powodu modernizacji budynku z wykorzystaniem dotacji jego użytkowanie jest już niemożliwe. Zrobiłem też rustykalną podłogę. Wyjście z pracowni i gabinetu – rozsuwane drzwi w stylu japońskim.
– Jak płynie teraz życie przy Drewnianej?
– Paluszki lizać. Niby miasto, ale miejsce oderwane od kamiennej rzeczywistości. Blisko nowy sklep, klinika i najważniejsze, iż jeszcze mam siłę coś robić.
– Jakie wobec tego masz plany artystyczne?
– Męczą mnie, żeby zrobić wystawę. Mam jeszcze parę obrazów, połączyłbym je ze slajdami, filmem z wystawy w Paryżu, może trochę mozaiki, którą robiłem. Czyli, jak mówią, interdyscyplinarnie.







