Nazywam się Bożena Kwiatek, mam sześćdziesiąt jeden lat i od dwudziestu trzech pracuję jako pielęgniarka w hospicjum przy ulicy Kwiatowej we Wrocławiu. Widziałam już niejedno pożegnanie, niejedną rodzinę rozpadającą się nad łóżkiem chorego. Ale historii Marty Sowińskiej nie zapomnę, chociaż od tamtych wydarzeń minęło już siedem lat.
Poznałam Martę, kiedy przywieziono do nas jej narzeczonego, Kubę. Miał wtedy dwadzieścia sześć lat, pracował na budowie farmy wiatrowej pod Koszalinem, spadł z wysokości trzydziestu metrów. Nie dowiózł go pogotowie żywego do szpitala – w karcie było napisane, iż zgon nastąpił jeszcze w drodze. Ale to Marta akurat do naszego hospicjum trafiła później, bo to jej przyszła teściowa, pani Halina, dostała po tej tragedii ciężkiej depresji z objawami somatycznymi, a potem raka trzustki – i to ją, panią Halinę, przywieźli do nas na ostatnie miesiące.
Zmiana kończyła mi się o dziewiątej wieczorem, a ja i tak zostawałam czasem do dziesiątej, bo pani Halina bała się ciemności bardziej niż bólu. To wtedy poznałam Martę bliżej – siedziała przy łóżku teściowej całymi wieczorami, przynosiła jej rosół w termosie, chociaż stołówka miała własny.
Marta miała dwadzieścia trzy lata, studiowała pedagogikę na Uniwersytecie Wrocławskim, kiedy poznała Kubę na weselu kuzynki w Oleśnicy. On był starszy o cztery lata, po służbie w wojsku, przystojny, pewny siebie – takich chłopaków to na dyskotece widać z daleka, bo wszystkie dziewczyny na nich patrzą. Zatańczyli, potem odprowadził ją do domu, a za pół roku już mówili o ślubie. Kupił jej choćby pierścionek zaręczynowy, mały, z cyrkonią, bo na prawdziwy brylant chciał zarobić na kontrakcie przy wiatrakach.
To właśnie z tego kontraktu nie wrócił.
Pamiętam, jak Marta opowiadała mi to wszystko, siedząc na korytarzu hospicjum, w tym szarym linoleum, które pachniało środkiem dezynfekującym i kawą z automatu za dwa złote pięćdziesiąt. Mówiła cicho, żeby pani Halina przez uchylone drzwi nie usłyszała.
– Ja się bałam wysokości, wie pani – powiedziała mi kiedyś, ściskając w rękach papierowy kubek, aż się zgniótł po jednej stronie. – A on latał po tych słupach jak ptak. Mówił, iż zarobi na wesele i na mieszkanie. Miał wrócić po czterech miesiącach.
Nie wrócił. Runął z trzydziestu metrów, montując turbinę, a karetka nie zdążyła dowieźć go żywego. Miał dwadzieścia sześć lat i sto osiemdziesiąt złotych w portfelu na drobne wydatki.
Po pogrzebie Marta praktycznie zamieszkała u Sowińskich. Codziennie odwiedzała Halinę, jeździły razem na cmentarz w Sobótce, gdzie pochowano Kubę obok dziadka. Ja to widziałam z boku – jak matka trzyma się dziewczyny zmarłego syna niczym ostatniej deski ratunku, a dziewczyna, zamiast żyć dalej, tonie razem z nią.
Kiedy Halinie zdiagnozowano raka, a rodzina zdecydowała się na wyjazd do sanatorium nad morze, do Kołobrzegu, zanim trafiła do nas na stałe – Marta pojechała z nimi. Nie rozumiała po co, mówiła mi to później, ale matka Kuby prosiła, a odmówić nie potrafiła.
Na tym wyjeździe, na plaży w Kołobrzegu, w połowie października, kiedy sezon się już skończył i plaża była pusta, poznała Grzegorza.
– Piękna i taka smutna – powiedział, siadając obok niej na piasku, chociaż go o to nie prosiła.
Odburknęła coś niemiłego, ale coś w jego głosie, może w sposobie, w jaki przekrzywił głowę, przypomniało jej Kubę. Rozmawiali może dziesięć minut. Okazało się, iż mieszka we Wrocławiu, skończył prawo na tym samym uniwersytecie, pracuje w urzędzie miejskim na Sukiennicach, przyjechał nad morze, żeby ochłonąć po rozstaniu ze swoją dziewczyną.
Dwa dni później, kiedy Halina spała po popołudniowym zastrzyku przeciwbólowym, Marta wyszła do sklepu spożywczego przy promenadzie po chleb i wodę mineralną. Przy wyjściu znowu wpadła na Grzegorza.
– Ma pani chwilę? – zapytał, wskazując na kawiarnię z widokiem na molo, gdzie kawa kosztowała jedenaście złotych, a on i tak zamówił dwie, nie pytając ją, jaką lubi.
Opowiedziała mu o Kubie, o Halinie, o tym, jak od roku żyje cudzym żalem zamiast swoim życiem. Grzegorz słuchał, kręcąc łyżeczką w filiżance, a potem zapytał wprost:
– A dlaczego ona pani nie puszcza? Normalnie to rodzice z czasem odsuwają się, dają przestrzeń. A ona panią trzyma coraz mocniej.
Wymienili numery telefonów. Kiedy Marta wróciła do pokoju, Halina już nie spała i mierzyła ją wzrokiem od progu do łóżka, jakby wyczuła zapach obcej kawiarni na jej swetrze.
– Myślałam, iż jesteś w ciąży – powiedziała bez żadnego wstępu, składając i rozkładając róg kołdry. – A skoro nie jesteś… Mam przecież jeszcze Maksa. Może wy z Maksem…
Maksymilian, młodszy brat Kuby, miał wtedy dziewiętnaście lat i pryszcze na policzkach.
Marta wybiegła z pokoju i płakała w łazience hotelowej, pierwszy raz od pogrzebu tak, żeby ktoś to usłyszał przez cienką ścianę.
To była ta chwila, o której mi później opowiadała jako o punkcie zwrotnym. Nie krzyk, nie awantura – tylko to jedno zdanie o Maksie, które pokazało jej, kim naprawdę jest dla tej rodziny: nie córką, nie żałobniczką, tylko zasobem, który nie powinien się zmarnować.
Halina trafiła do naszego hospicjum jesienią następnego roku, kiedy rak dał przerzuty do wątroby. Marta odwiedzała ją jeszcze przez pierwsze dwa miesiące – już rzadziej, już z innym mężczyzną czekającym na nią w samochodzie na parkingu. Widziałam ją przez okno gabinetu zabiegowego, jak stoi przy srebrnym volkswagenie golfie, całuje Grzegorza na pożegnanie i wraca na oddział z twarzą już ułożoną, przygotowaną na kolejną godzinę przy łóżku umierającej kobiety.
Pewnego dnia, było to chyba w listopadzie, zastałam ją na korytarzu z teczką dokumentów. Okazało się, iż jeszcze za życia Kuby była współwłaścicielką mieszkania przy ulicy Legnickiej, które kupili razem na kredyt, wpłacając po połowie zadatku. Po jego śmierci prawnik doradził jej spisać wszystko formalnie, żeby uniknąć sporu spadkowego z Haliną i Maksymilianem o resztę majątku.
Halinę wywieziono na wózku z sali zabiegowej właśnie wtedy, kiedy Marta siedziała przy stoliku w poczekalni z długopisem pożyczonym od recepcjonistki. Zatrzymały się na chwilę naprzeciw siebie – Halina w kocu podpiętym pod brodę, Marta z piórem zawieszonym nad linią podpisu. Żadna z nich się nie odezwała. Maksymilian, który pchał wózek, spojrzał na dokumenty, potem na Martę, i tylko zacisnął palce na uchwycie mocniej, aż zbielały mu kostki. Marta podpisała – mieszkanie na Legnickiej dla niej, w zamian za zrzeczenie się roszczeń do reszty spadku po Kubie, trzydziestu ośmiu tysięcy złotych oszczędności, które zostały na jego koncie. Halina odwróciła twarz do okna i kazała się wieźć dalej, do swojej sali, bez słowa.
Zmarła w styczniu, w środę, o czwartej nad ranem, kiedy akurat miałam dyżur. Marta przyjechała na pogrzeb, postała przy grobie obok Maksymiliana, który już nie patrzył na nią jak na przyszłą bratową, tylko jak na obcą osobę w czarnym płaszczu. Nie zamieniła z nim ani słowa więcej niż wymagała tego uprzejmość.
Rok później wzięła ślub z Grzegorzem w urzędzie stanu cywilnego przy placu Nowy Targ. Ja się o tym dowiedziałam przypadkiem, bo spotkałam ją w galerii handlowej Wroclavia z wózkiem, w którym spał chłopczyk, może półroczny. Zatrzymała się, poznała mnie od razu, mimo iż minęło już parę lat.
– To mieszkanie na Legnickiej sprzedałam – powiedziała, jakby czuła, iż musi mi to wyjaśnić, jakby zawdzięczała mi rozliczenie się z tego wszystkiego, co widziałam na korytarzu hospicjum. – Kupiliśmy z Grzegorzem dom w Kiełczowie, pod miastem. Tamto mieszkanie… nie mogłam tam mieszkać. Ale pieniądze się przydały na wkład własny.
Popatrzyłam na śpiącego chłopca, na obrączkę na jej palcu, na sposób, w jaki poprawiła kocyk, dokładnie tak, jak kiedyś prostowała róg koca Halinie.
– Dobrze pani wygląda – powiedziałam tylko, bo naprawdę tak myślałam.
Uśmiechnęła się, chwyciła mocniej rączkę wózka i poszła w stronę wyjścia, gdzie parkował już srebrny volkswagen, ten sam czy inny, nie wiem. Zostałam z torbą zakupów przy fontannie i patrzyłam, jak automatyczne drzwi galerii otwierają się przed nią, przepuszczają wózek, i zamykają się z cichym syknięciem, odcinając ją od korytarza, gdzie kiedyś podpisywała papiery pod wzrokiem konającej kobiety.










