Nazywam się Switłana, mam sześćdziesiąt jeden lat i pochodzę z Charkowa. Uczyłam tam chemii i biologii w liceum przez dwadzieścia trzy lata. Miałam mieszkanie, pracę, ogródek działkowy pod miastem, gdzie sadziłam pomidory — i ani przez chwilę nie myślałam, iż kiedykolwiek to wszystko zostawię.
Zmieniło się to jednego wieczoru w Antwerpii.
Pojechałam tam na tydzień z koleżanką z pracy, Ałłą, bo chciała zobaczyć katedrę i dzielnicę diamentów. Ostatniego dnia, w małej knajpce przy dworcu, Ałła przedstawiła mnie swojemu znajomemu z konferencji — Belgowi imieniem Willem. On z kolei przyprowadził kolegę z pracy, Holendra z Rotterdamu. Nazywał się Jeroen.
Rozmawialiśmy do zamknięcia lokalu. Po angielsku, łamanym, śmiesznym, ale rozmawialiśmy. Miesiąc później przyjechał do Charkowa. Pół roku później ja wsiadałam do autobusu z synem, walizką i teczką dokumentów — do Rotterdamu, do niego.
Miałam wtedy trzydzieści cztery lata. Syn, Ołeksij, miał siedem.
Pierwsze miesiące pamiętam jako ciąg drobnych szoków. W Charkowie, jeżeli chciałeś pojechać do koleżanki z liceum, która wyszła za mąż do Sofii, musiałeś załatwiać zaproszenie, stać w kolejce po wizę, tłumaczyć się urzędnikowi, dlaczego w ogóle chcesz jechać. A w Rotterdamie kupiłam bilet na prom do Anglii tak, jak u nas kupuje się bilet na tramwaj. Nikt nie pytał, po co jadę.
Pamiętam też rynek rybny przy Blaak, gdzie sprzedawca codziennie rano polewał chodnik przed swoim straganem wodą z mydłem, żeby błyszczał. U nas nikt by tego nie zrobił, bo po co, skoro zaraz znowu się zabrudzi. A tam robili to codziennie, z automatu, bez zastanowienia. Stałam kiedyś dziesięć minut i po prostu na to patrzyłam.
Języka nie znałam wcale. Ołeksij nauczył się niderlandzkiego szybciej ode mnie — po pół roku poprawiał mój akcent. Ja chodziłam na kurs przy gminie, dwa razy w tygodniu, i przez pierwszy rok czułam się jak uczennica, która nagle wróciła do pierwszej klasy w wieku trzydziestu czterech lat.
Z Jeroenem nigdy nie było tej ściany, o której opowiadały mi inne kobiety z naszej społeczności — iż mąż z Zachodu patrzy na ciebie jak na kogoś gorszego, bo przyjechałaś zza wschodniej granicy. On miał poczucie humoru, którym rozbrajał każdą moją niepewność. Kiedy płakałam nad słownikiem, bo nie umiałam wytłumaczyć urzędniczce w gminie, o co mi chodzi, on brał ten słownik, siadał obok i mówił: „No to poszukajmy razem, ja też nie znam tego słowa".
Byliśmy razem dwadzieścia dwa lata. Zmarł dziewięć lat temu, na raka trzustki, w cztery miesiące od diagnozy. W salonie mam jego duży portret z Ołeksijem na weselu — zrobiony rok przed diagnozą. Czasem, wieczorem, kiedy zapalam pod nim lampkę, mam wrażenie, iż on wciąż komentuje to, co oglądam w telewizji.
Cztery lata temu Ołeksij, już wtedy trzydziestoletni, powiedział mi wprost, siedząc przy moim stole kuchennym z filiżanką herbaty: „Mamo, on by nie chciał, żebyś tak siedziała sama co wieczór. Trzeba iść dalej".
Miał rację. Nie od razu to przyjęłam, ale miał rację.
To, co naprawdę odmieniło moje dni, wydarzyło się dwa lata temu, gdy urodził się mój pierwszy wnuk — Tymek. Pilnuję go trzy razy w tygodniu, kiedy jego rodzice są w pracy. I teraz, kiedy zaczyna składać pierwsze zdania, uczę go paru słów po ukraińsku i rosyjsku — tych, których sama używałam jako dziecko z moją babcią.
Wczoraj staliśmy razem na balkonie, patrzyliśmy na samolot lecący nad Maasem w stronę lotniska Rotterdam The Hague, a on nagle krzyknął: „Oma, samolot!" — nie po niderlandzku, tylko po naszemu, tak jak go nauczyłam.
Stałam tam z kubkiem w ręce, które już ostygło, i nie ruszałam się przez chwilę, żeby nic nie zepsuć.








