Halina od jedenastu lat nie opuszcza ani jednego dnia. O szesnastej trzydzieści podchodzi do okna w dużym pokoju, opiera dłonie o parapet wyłożony ceratą w koguty i patrzy. Autobus linii 142 zatrzymuje się na przystanku przy sklepie spożywczym. Drzwi otwierają się z sykiem. Wysiada siedmioletnia Zosia z plecakiem w sówki, a za nią jej mama, Joanna.
Dopiero wtedy Halina pije herbatę, która dawno wystygła.
Jest wtorek. Deszcz pada od rana. Halina widzi, jak Zosia przeskakuje przez kałużę przed bramą. Jak podnosi z chodnika kasztan i chowa go do kieszeni kurtki. Jak odwraca się i macha w stronę okna, chociaż nie może wiedzieć, czy babcia tam stoi. Halina macha w odpowiedzi, choć wie, iż z ulicy trudno cokolwiek zobaczyć przez firankę.
Siedem lat. Krótko, jak mrugnięcie. Halina pamięta dzień, kiedy Joanna oznajmiła przy niedzielnym obiedzie, iż nie wróci już do pracy w Łodzi, iż zmienia wszystko, iż podjęła decyzję. „Przeprowadzamy się do Gdańska” — powiedziała, krojąc pomidora tak spokojnie, jakby mówiła o zakupie nowego dywanu. „Za miesiąc”.
Halina wtedy odstawiła szklankę i przez dłuższą chwilę wpatrywała się w serwetkę z wyszytym kogutem. Zosia miała wtedy trzy lata. Dopiero nauczyła się składać ręce do pacierza. Halina uczyła ją słów „Aniele Boży, Stróżu mój” w kuchni przy stole, pod kalendarzem z papieżem, a Zosia powtarzała z powagą, która u trzylatków wygląda jak teatr.
Teraz Zosia ma siedem lat i mówi przez telefon: „Babciu, a wiesz, iż w szkole mamy akwarium z rybkami?”. Halina wie tylko to, co da się opowiedzieć w trzy minuty. Trzy minuty — bo więcej nie daje Joanna. „Mamo, Zosia ma jeszcze do czytania lekturę”. „Mamo, zaraz wychodzimy”. „Mamo, oddzwońmy później”. Później to najczęściej nigdy nie dzwonią.
Ale Halina nie narzeka. Nie prosi o więcej. Wie, iż jeżeli coś powie, Joanna odbierze to jako pretensję, a pretensja to pierwszy krok do tego, żeby telefon dzwonił jeszcze rzadziej. Więc Halina milczy. Milczy, bo kocha Zosię bardziej, niż boi się samotności.
Tego nie mówi się na głos. Modlitwa odmówiona nad głową małego dziecka. Przewinięty szalik. Zapięty guzik płaszcza. Kanapka z samym serem, bo innej nie chciała.
W środę Halina idzie na pobliskie targowisko. Kupuje u pani Marioli jabłka, bo pani Mariola pyta o wnuczkę, a to jest jedyna osoba, która pyta. „Urosła?”, pyta Mariola i podaje reklamówkę. Halina kiwa głową i nie mówi, iż widzi wnuczkę głównie przez szybę autobusu. Bierze kilogram papierówek. Zosia je uwielbia. Halina zawsze trzyma dla niej pół kilograma w chłodnej spiżarni, choć Zosia nie była u Haliny od listopada.
Wieczorem przychodzi wiadomość od Joanny. Krótka, jak paragon: „Czy mogłabyś odebrać Zosię w piątek ze szkoły? Mamy zebranie z zarządem wspólnoty i nie wiem, czy zdążę”.
Halina czyta to trzy razy. Serce robi coś dziwnego, jakby przeskoczyło jedno uderzenie. „Oczywiście”, odpowiada. I od razu zaczyna myśleć o piątku. O tym, iż pójdzie pod szkołę. O tym, iż Zosia wybiegnie w tłumie dzieci, a Halina będzie jedyną babcią, która stoi pod samiutkim płotem z reklamówką, w której są papierówki.
W piątek Halina jest przed szkołą o czternastej dziesięć. Lekcje kończą się o piętnastej. Stoi pod płotem, choć wieje wiatr, a z nieba pada drobny deszcz, taki, który przemoczy wszystko zanim człowiek zdąży otworzyć parasol. Halina parasola nie wzięła. Wzięła za to reklamówkę z jabłkami.
Dzieci wybiegają. Halina rozpoznaje Zosię po kurtce — zielona, za duża, kupiona na wyrost, po starszej kuzynce z Poznania. Zosia rozgląda się, szuka mamy. Halina macha. I Zosia biegnie. Biegnie naprawdę, jakby nie widziały się rok, a przecież Halina obserwuje ją codziennie, tylko Zosia o tym nie wie.
„Babciu, dostałam szóstkę z przyrody!”, krzyczy Zosia już z odległości kilku metrów. Halina schyla się, poprawia Zosi szalik, wsuwa jabłko w małą dłoń.
„Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje”, modli się Halina w duchu, ściskając ciepłą rączkę. Dziękuję, iż dajesz mi jeszcze czas. Dziękuję za ten piątek. Za tę jedną godzinę, zanim przyjdzie Joanna.
Prowadzi Zosię okrężną drogą, żeby nadłożyć kilka minut. Zosia opowiada o rybkach w akwarium, o tym, iż jeden skalar buja się w kółko, jakby zapomniał, gdzie ma płetwy. Halina słucha. Zapamiętuje każde słowo, jakby jutro miała zdać z tego egzamin.
Na rogu, przy piekarni, kupuje dwie drożdżówki z serem. Wie, iż Joanna nie pozwala słodyczy przed obiadem. Ale Joanna się nie dowie. Halina bierze od sprzedawczyni papierową torebkę i podaje Zosi, a Zosia od razu odgryza kawałek i uśmiecha się tak, iż Halina musiałaby być z kamienia, żeby nie poczuć, jak cały tydzień samotności robi się w niej miękki.
Potem jest budka z goframi. Halina mija ją i Zosia zwalnia kroku, patrzy w bok wystawy, ale nic nie mówi. Halina widzi ten głód, który nie jest głodem. Bez planu wyciąga portfel. „Masz ochotę?”, pyta. Zosia kiwa głową, a Halina czuje, iż Joanna by tego nie pochwaliła, ale Joanna nie widzi, jak Zosia trzyma gofra, jakby to była najcenniejsza rzecz na świecie.
„Babciu, a jak ty miałaś wnuczkę, to co z nią robiłaś?”, pyta Zosia z pełnymi ustami.
Halina nie poprawia jej. Nie mówi, iż babcia nie może mieć wnuczki, bo wnuczka to już jest. Zamiast tego mówi: „Moja babcia, jak byłam mała, to na wsi trzymała dla mnie kury czekoladowe”.
„Kury czekoladowe?”, śmieje się Zosia. „Co to za kury?”
„Takie z czekolady, co je miała w szafie i od święta dawała po jednej”.
Zosia śmieje się, iż to głupie, ale potem pyta, czy Halina miała taką małą kozę, bo czytała w jakiejś książce, iż na wsi są kozy.
„Miałam kota, i to wystarczy”, odpowiada Halina.
Przy bramie Halina czuje, iż czas się kończy. Zosia dojada gofra, a z daleka, od ulicy, nadchodzi Joanna. Kroczy szybkim krokiem, z torebką na ramieniu, ze zmarszczonym czołem. Halina wie, iż nic nie powie o gofrach. O drożdżówkach. Wie, iż Zosia też nie powie. To zostanie między nimi, jak sekret.
„Mamo, późno już”, mówi Joanna, choć wcale nie powiedziała, żeby Zosia wróciła o którejś. Bierze Zosię za rękę. Halina patrzy, jak małe palce wysuwają się z jej dłoni.
„Było miło”, mówi Halina, choć wie, iż to brzmi jak pożegnanie, jak coś, co się mówi gościom.
Joanna kiwa głową. „Muszę Zosię wykąpać. Miała dziś wuef i śmierdzi jak stodoła”.
Zosia śmieje się, iż nie jak stodoła, tylko jak chomik po deszczu, i obie znikają w klatce schodowej. Halina stoi chwilę z reklamówką, w której zostało jedno jabłko. Wiatr rozwiewa jej siwe włosy. Deszcz ustał gdzieś pomiędzy goframi a bramą.
Podnosi wzrok na okna trzeciego piętra — okna mieszkania Joanny. Widzi, jak w kuchni zapala się światło. I ogarnia ją przeraźliwa myśl: ile razy jeszcze zapali się to światło, a jej już tam nie będzie?
Wraca do domu. Zdejmuje płaszcz. Wiesza go na krześle przy kaloryferze. Siada do stołu. I robi to, co zawsze — wyciąga z szuflady notes w linie. Od trzydziestu lat zapisuje w nim daty, kiedy dzwoniła Joanna.
Dziś wpisuje: piątek, 14 marca. Gofry z Zosią.
Potem dzwoni telefon. Halina wstaje tak gwałtownie, iż strąca kubek z ciepłą herbatą. Herbata leje się po ceracie, wsiąka w notatnik. Halina patrzy, jak atrament rozmywa się w niebieską plamę, a daty z ostatnich lat znikają.
Nie patrzy na wyświetlacz. Przykłada słuchawkę do ucha. Po drugiej stronie cisza, a potem głos Zosi, cichy, jakby mówiła pod kołdrą:
„Babciu, a dasz mi jutro znowu gofra? Tylko nie mów mamie”.
Halina siada na kuchennym stołku. Za oknem mruga uliczna latarnia.
„Dam ci dwa”, mówi.
Wyjmuje z szuflady starą fotografię — Zosia, trzy lata, siedzi na jej kolanach na tym samym kuchennym stołku. Halina przykłada zdjęcie do piersi, tak jak robiła to jej matka, gdy ojciec wychodził na wielogodzinną szychtę.
Telefon kończy się. Halina patrzy na rozmyty notatnik. Na kałużę herbaty, która zdążyła już wsiąknąć w ceratę. Wstaje, bierze ścierkę, wyciera stół. Wyrzuca jabłko, o którym nikt nie myślał. A potem dzwoni do Joanny.
„Joasiu, w niedzielę robię obiad. Przyjdźcie obie. Kupię karpia, bo wiem, iż lubisz”.
Joanna milczy. Halina słyszy w tle telewizor, ktoś się śmieje z serialu.
„Mamo, ja…”, zaczyna Joanna.
„Wiem, iż masz dużo spraw. Ale obiad to obiad. I chciałabym ci coś dać”.
„Co?”
Halina sięga do górnej półki kredensu. Stoi tam słoik po majonezie, a w nim — to, co zbierała od dnia, w którym dowiedziała się o przeprowadzce do Gdańska. Składała po pięćdziesiąt, sto złotych. Jedenaście lat. Każda wizyta, każde święto, każdy paragon, który dało się obejść. Słoik jest ciężki, pękaty, a gumka uszczelka pożółkła.
„Dam ci to, co odłożyłam dla Zosi. Na studia. Albo na te jej skalary, jak będą je karmić dalej”.
W niedzielę Joanna i Zosia przychodzą. Halina otwiera drzwi, widzi Zosię w granatowym płaszczyku, z przemoczoną kokardą. Pachnie chłodem, mokrym kasztanem i ciastem. Halina podaje im słoik.
Joanna waży go w dłoni. Patrzy na matkę, a w jej oczach jest coś, czego Halina nie potrafi nazwać. Może lęk. Może wstyd. Joanna otwiera usta, ale Halina mówi pierwsza:
„Nie dziękuj. Zasłużyłam”.
Potem podaje Zosi drożdżówkę z serem, którą kupiła w piątek i schowała przed sobą samą. Zosia bierze ją i od razu odgryza, a Halina patrzy, jak małe zęby zatapiają się w cieście. Joanna siedzi sztywna, potem wyciąga rękę i przykrywa dłoń Haliny swoją. To trwa sekundę. Może krócej. Ale Halina czuje, iż to jest ten obiad, o którym modliła się od roku.
Kiedy wychodzą, Halina podchodzi do okna. Patrzy, jak Zosia ciągnie matkę za rękaw i pokazuje na przystanek, jakby tam stał słoń. A Joanna odwraca się, podnosi głowę i macha w stronę okna, w którym stoi Halina.
Halina macha długo, dopóki obie nie znikają za rogiem ulicy.
Po ich wyjściu bierze notes, ten z rozmytymi datami, i siada do stołu. Bierze długopis, który od lat leży w szufladzie nieużywany, i na czystej stronie pisze: „Niedziela, 16 marca. Obiad z Joasią i Zosią. Karp”.
Wkłada notes na dno szuflady i nastawia czajnik.
Za oknem ciemnieje, pada deszcz, a woda w czajniku zaczyna szumieć.












