Awantura o karmienie piersią w cukierni na Mokotowie

twojacena.pl 1 tydzień temu

Nazywam się Bartosz, mam trzydzieści dziewięć lat i od jedenastu prowadzę cukiernię przy ulicy Puławskiej. Tamtego wtorku, drugiego września, było gorąco jak w lipcu, klimatyzacja ledwo dawała radę, a ja stałem za ladą i liczyłem utarg z rana, bo księgowa miała przyjść po południu po dokumenty.

Moja szwagierka, Ewelina, wpadła koło jedenastej z małą Zosią, ma cztery miesiące. Usiadła przy oknie, zamówiła szarlotkę i kawę, i po chwili zaczęła karmić dziecko, tak zwyczajnie, bez żadnej owijki, tylko koszulka podciągnięta. Nikogo to nie ruszało, powiem szczerze — ja też się nie zająknąłem, bo u nas w rodzinie to normalka, moja żona karmiła naszego syna wszędzie, gdzie akurat byliśmy.

Problem zaczął się od stolika obok. Siedziała tam starsza pani, może po siedemdziesiątce, z torebką od Wittchena i takim spojrzeniem, jakby przyszła na kontrolę sanepidu. Wstała, podeszła do lady i powiedziała, żebym coś z tym zrobił, bo to nieprzyzwoite przy ludziach jedzących ciasto. Powiedziałem jej, iż to zwyczajne karmienie dziecka i iż w Polsce jest to prawnie dozwolone wszędzie, gdzie się przebywa legalnie — akurat czytałem o tym artykuł, bo sam mam dwoje dzieci i temat mnie interesował.

Ona na to, iż owszem, prawo prawem, ale kultura osobista to co innego, i iż za jej czasów matki chodziły do toalety albo do samochodu. Zaczęła mówić coraz głośniej, inni klienci odkładali widelce i patrzyli to na nią, to na mój bufet z ciastami, jakby to miało im podpowiedzieć, co robić. Ewelina spięła się, zasłoniła Zosię becikiem, ale nie przestała karmić — po prostu spuściła głowę i wpatrywała się w obrus.

Powiedziałem starszej pani, iż mogę zaproponować jej inny stolik, dalej od okna, jeżeli jej to przeszkadza, ale iż nie poproszę mojej szwagierki, żeby przestała karmić głodne dziecko w moim lokalu. Ona na to, iż nie ruszy się ani o centymetr, bo to ona tu pierwsza usiadła, i zażądała rozmowy z kierownikiem — a kierownikiem, no cóż, byłem ja.

Wtedy z boku odezwał się mężczyzna, chyba student, bo miał laptopa i słuchawki na szyi, i powiedział, iż ma dosyć tego przedstawienia, bo próbuje się uczyć do sesji. Zapytał, czy nie moglibyśmy tego załatwić ciszej. Starsza pani odwróciła się do niego i warknęła, iż młodzi dzisiaj nie mają szacunku dla starszych, a on wzruszył ramionami i wrócił do laptopa.

Zrobiło się naprawdę nieprzyjemnie. Ewelina zaczęła zbierać rzeczy do torby, jakby chciała wyjść w połowie karmienia, a to akurat nie jest dobre dla dziecka, bo Zosia zaczęła kwękać. Postanowiłem, iż nie pozwolę, żeby moja rodzina uciekała z własnej cukierni.

Podszedłem do stolika starszej pani, zabrałem jej filiżankę i talerzyk z resztką ciasta, i powiedziałem spokojnym tonem, iż rachunek jest na koszt firmy, ale iż dzisiaj poproszę ją o dokończenie kawy gdzie indziej, bo nie będę tolerował, żeby ktokolwiek robił scenę mojej gościni karmiącej dziecko. Zaczerwieniła się, powiedziała, iż to skandal i iż nigdy więcej tu nie przyjdzie, i wyszła, trzaskając drzwiami tak, iż dzwoneczek nad wejściem omal nie spadł.

Student uśmiechnął się do mnie znad ekranu i powiedział "dobra robota", po czym wrócił do notatek. Ewelina wypuściła powietrze, jakby przez ostatnie dziesięć minut w ogóle nie oddychała, i dokończyła karmić córkę w spokoju, popijając już zimną kawę.

Tego samego wieczoru napisałem na tablicy przy wejściu, kredą, jednym zdaniem: "U nas karmisz dziecko, kiedy i gdzie chcesz — reszta niech dopije kawę w domu." Zdjęcie tej tablicy ktoś wrzucił do internetu i przez tydzień telefon w cukierni nie przestawał dzwonić, głównie od młodych matek pytających o godziny otwarcia.

Idź do oryginalnego materiału