Apartament w Zakopanem, cztery doby, 2140 złotych i lista obowiązków na kartce przy lodówce

twojacena.pl 4 dni temu

Dobrze, muszę to komuś opowiedzieć, bo sama już nie wiem, czy się śmiać, czy pisać skargę do konsumenta.

Nazywam się Kinga, mam trzydzieści cztery lata, pracuję jako grafik komputerowy w Katowicach i raz na jakiś czas pozwalam sobie na wyjazd, żeby odespać cały kwartał. W tym roku wybrałam Zakopane — apartament w drewnianym domku, dziesięć minut od Krupówek, zdjęcia jak z folderu. Cena na stronie: 289 złotych za dobę. Wyglądało rozsądnie, więc kliknęłam „zarezerwuj”.

I wtedy zaczęła się ta magiczna sztuczka, którą pewnie zna każdy, kto rezerwował cokolwiek przez internet. Do 289 złotych doszła opłata za sprzątanie — 175 złotych. Potem opłata serwisowa. Potem jakiś podatek lokalny, o którym nikt wcześniej nie wspomniał. Na koniec, przy samym „potwierdź płatność”, wyskoczyła jeszcze jedna pozycja nazwana po prostu „opłata dodatkowa”, bez żadnego wyjaśnienia, co to adekwatnie jest. Cztery doby. Suma końcowa: 2140 złotych.

Dobra, pomyślałam, płacę, w końcu to góry, sezon, trudno.

Przyjeżdżam. Zameldowanie od piętnastej, wymeldowanie do dziesiątej rano. Czyli w praktyce, jeżeli chcę spać w miarę normalnie, a nie łapać drzemkę na dywanie, zostaje mi jakieś siedemnaście godzin w tym mieszkaniu, za które zapłaciłam jak za mały samochód używany.

Ale to jeszcze nic. Najlepsze było przy wyjeździe.

Na lodówce, przyklejona magnesem w kształcie krowy góralskiej, wisiała kartka. Instrukcja wymeldowania. Czytam: zdjąć pościel z łóżek, wrzucić do pralki i włączyć program, umyć naczynia i poukładać w szafce, wynieść śmieci do kontenera przy garażu, przetrzeć blaty w kuchni, poskładać koce leżące na kanapie, ustawić termostat na osiemnaście stopni, zamknąć wszystkie okna na klamkę, sprawdzić, czy telewizor jest wyłączony z kontaktu.

Stałam tam z kubkiem kawy w ręce i czytałam to jeszcze raz, bo byłam pewna, iż coś źle zrozumiałam. Nie zrozumiałam źle. Naprawdę mieli mnie za pokojówkę na koniec zmiany.

Zadzwoniłam do koleżanki, Doroty, z którą jeżdżę czasem na wyjazdy, i mówię jej: słuchaj, ja już nie wiem, czy jestem gościem, czy przyjęłam się tu na czarno do sprzątania. A ona się śmieje i mówi, iż u niej w Gdańsku było dokładnie to samo, tylko dodatkowo mieli jeszcze wynieść szkło do osobnego pojemnika, bo gospodarz segreguje.

I teraz to, co mnie naprawdę wkurzyło. Sprawdziłam rachunek jeszcze raz, bo coś mi nie dawało spokoju. Sto siedemdziesiąt pięć złotych opłaty za sprzątanie było wliczone od samego początku, osobną pozycją, jasno napisane: „cleaning fee”. Czyli zapłaciłam komuś za to, żeby posprzątał po mnie. A potem ten sam gospodarz zostawił mi listę, żebym posprzątała sama, zanim ten opłacony ktoś w ogóle się pojawi.

Spytałam się w duchu: to dla kogo ja adekwatnie robię ten porządek? Skoro sto siedemdziesiąt pięć złotych już poszło na sprzątaczkę, to niech ona wrzuci moją pościel do pralki. Ja jadę do domu.

Nie zrobiłam wszystkiego z listy. Pościeliłam łóżko z powrotem, żeby nie wyglądało jak pobojowisko, umyłam dwa kubki po kawie, bo tyle mi wystarczyło przyzwoitości, i wyszłam. Śmieci zostawiłam w koszu, pralkę zostawiła wyłączoną, termostat tam, gdzie był.

Po dwóch godzinach, już w busie do Katowic, dostałam wiadomość od gospodarza. Napisał, iż „standard wymeldowania nie został dotrzymany” i iż „w razie powtórki będzie musiał doliczyć dodatkową opłatę porządkową przy kolejnej rezerwacji”. Przeczytałam to trzy razy, żeby się upewnić, iż dobrze rozumiem — on mi grozi dopłatą za to, iż nie posprzątałam za darmo w miejscu, za które już zapłaciłam sprzątaczkę.

Odpisałam mu spokojnie, bez awantury: iż zapłaciłam sto siedemdziesiąt pięć złotych opłaty za sprzątanie, iż ta opłata figuruje na potwierdzeniu rezerwacji, i iż jeżeli oczekiwał ode mnie dodatkowej pracy fizycznej, to powinien był to napisać przy cenie, a nie na lodówce po fakcie. Dodałam, iż zostawiam ocenę zgodną z prawdą — nie złośliwą, po prostu opisującą, ile godzin dostałam za te pieniądze i co miałam zrobić w zamian.

I zrobiłam coś jeszcze. Otworzyłam aplikację banku, sprawdziłam potwierdzenie płatności — ta sama kwota, te same 175 złotych, czarno na białym — i dołączyłam zrzut ekranu do recenzji, żeby każdy następny gość widział dokładnie to, co ja: cenę, opłatę za sprzątanie i listę obowiązków obok siebie, bez żadnej interpretacji z mojej strony. Niech ludzie sami policzą.

Trzy dni później zarezerwowałam hotel w Karpaczu na kolejny wyjazd. Sto dziewięćdziesiąt złotych za dobę, śniadanie wliczone, ręczniki wymieniane codziennie. Przy wymeldowaniu recepcjonistka powiedziała tylko: „Dziękujemy, iż Pani u nas była, do zobaczenia”. Żadnej kartki na lodówce. Żadnego termostatu do ustawienia. Wzięłam walizkę i wyszłam, a klucz zostawiłam na ladzie — i tyle.

Idź do oryginalnego materiału