Miałam wyniki od czwartku i wiedziałam, iż mama się dowie w piątek, iż je odebrałam. Wiedziałam też, iż będzie źle. Ale gdybym miała cofnąć czas, zrobiłabym to samo, tylko może wcześniej zadzwoniła.
Nazywam się Marta, mam trzydzieści osiem lat, uczę angielskiego w liceum na Łazarzu w Poznaniu. Mama – Bożena – ma sześćdziesiąt dwa lata, mieszka na Piątkowie, piętnaście minut tramwajem od mnie. Od śmierci taty, sześć lat temu, jeżdżę do niej regularnie: w soboty na pewno, czasem w środy, kiedy wychodzę wcześniej ze szkoły. Zawsze z siatką z Biedronki. Jogurt naturalny, bo lubi. Ciastka owsiane, chociaż wiem, iż ich nie znosi – kupuję je, bo sama je jem, kiedy u niej siedzę, a nie chce mi się dźwigać dwóch siatek na raz.
W czwartek po południu, kiedy odbierałam wyniki w przychodni przy Bydgoskiej, nie czułam się jak ktoś, kto robi coś złego. Czułam się jak ktoś, kto wreszcie coś robi. Bo od trzech miesięcy patrzyłam, jak mama chodzi wokół tej sprawy, jakby dało się ją obejść. USG, mammografia, biopsja – i za każdym razem to samo zdanie: "jeszcze nie wiem, poczekamy". A ja siedziałam u siebie w Winogradach, sprawdzałam klasówki, i myślałam o tym, iż jeżeli coś się stanie w środku nocy, to ja będę tą osobą, która musi wiedzieć, co robić. Nie ona. Ja.
Wzięłam jej dowód w sobotę, kiedy była pod prysznicem. Nie planowałam tego wcześniej – po prostu leżał na komodzie w przedpokoju, w tym swoim przegródkowym portfelu, gdzie ma osobno dowód, osobno kartę NFZ, jakby prowadziła dla nich księgowość. Zresztą prowadziła – całe życie w księgowości, u niej wszystko ma swoją szufladkę. Wypisałam upoważnienie, wydrukowałam w szkolnym sekretariacie w poniedziałek, między dwiema lekcjami, bo tylko tam mam dostęp do drukarki. Pamiętam, iż pani Halina z sekretariatu spytała, czy to "coś ważnego", a ja powiedziałam, iż tak, rodzinne, i zaczerwieniłam się jak uczennica przyłapana na ściądze.
W czwartek stałam w kolejce w przychodni czterdzieści minut. Przede mną starszy mężczyzna kłócił się z pielęgniarką o termin do kardiologa. Za mną kobieta z małym dzieckiem, które płakało, bo bolało je ucho. Pamiętam zapach – środek dezynfekujący zmieszany z kawą z automatu, tą podłą, za dwa złote pięćdziesiąt, którą i tak wszyscy piją, bo nic innego nie ma. Kiedy w końcu podałam dowód i upoważnienie, pani w rejestracji choćby na mnie długo nie patrzyła. Sprawdziła dane, wydrukowała kopertę, podała.
Trzymałam tę kopertę w torebce przez całą drogę do domu. Nie otworzyłam jej. To akurat prawda, którą mama by mi pewnie nie uwierzyła, ale nie otworzyłam. Bałam się bardziej niż ona, tylko inaczej – bałam się, iż jeżeli otworzę i będzie źle, to będę musiała jej to powiedzieć twarzą w twarz, a nie umiem. Nigdy nie umiałam. Odkąd tata umarł, to on był tym, kto potrafił z nią rozmawiać o trudnych rzeczach. Ja i mama rozmawiamy o pogodzie, o Kubie, o tym, iż znowu podrożały bilety MPK. O raku – nie umiemy.
W piątek rano, kiedy zadzwoniła, siedziałam w pokoju nauczycielskim między lekcjami, z kubkiem herbaty, który wystygł już z dziesięć minut wcześniej.
– Marta. Wzięłaś moje wyniki – powiedziała. Nie spytała. Powiedziała.
– Mamo, ja…
– Jak mogłaś wziąć mój dowód. Bez pytania.
– Bo bym cię pytała, a ty byś powiedziała nie – odpowiedziałam, i to była prawda, i wiedziałam, iż to zabrzmi jak oskarżenie, chociaż nie chciałam, żeby tak zabrzmiało.
Cisza w słuchawce trwała chyba z dziesięć sekund. Słyszałam, jak u niej w kuchni tyka ten stary zegar z kukułką, który tata przywiózł z jakiegoś wyjazdu do Karpacza, ze trzydzieści lat temu. Zawsze tyka za głośno, kiedy nikt nie mówi.
– To są moje wyniki, Marto. Moje ciało. Czekałam trzy miesiące, żeby to otworzyć sama.
– I co, otworzyłabyś sama i co dalej? Siedziałabyś z tym trzy dni, zanim byś mi powiedziała? Tak jak z terminem biopsji, o którym się dowiedziałam przypadkiem, bo zapomniałaś skasować powiadomienie z przychodni w telefonie?
To ją zatkało. Bo miałam rację, i obie to wiedziałyśmy.
– To nie znaczy, iż możesz decydować za mnie – powiedziała w końcu, ciszej.
Nie odpowiedziałam od razu. Patrzyłam przez okno pokoju nauczycielskiego na parking, gdzie woźny akurat odśnieżał – to było w marcu, ale w Poznaniu tej wiosny śnieg spadł jeszcze raz, głupi, mokry, topniejący, zanim zdążył się na dobre nałożyć.
– Wyniki są dobre, mamo – powiedziałam wreszcie. – Zmiana łagodna. Doktor Wysocka chce cię tylko na kontrolę za pół roku.
Znowu cisza. Tym razem inna.
– Skąd wiesz, iż dobre. Otworzyłaś kopertę.
– Otworzyłam. W czwartek wieczorem. Siedziałam z tym godzinę, zanim zadzwoniłam do Kuby po odbiór, bo nie mogłam prowadzić. Chciałam ci powiedzieć od razu, przysięgam, iż chciałam, ale bałam się, iż jeżeli usłyszysz to przez telefon, będziesz sama w mieszkaniu i nie będzie przy tobie nikogo.
– Więc wolałaś, żebym się dowiedziała, iż mnie okradłaś z dowodu, w rejestracji, publicznie, od obcej kobiety za szybą.
Miała rację. Tego nie dało się obronić.
Przyjechałam do niej tego samego dnia po południu, bez zapowiedzi, z kluczami, których od dwóch lat prawie nie używam, bo zawsze dzwonię domofonem. Otworzyła drzwi w fartuchu, z tymi swoimi okularami do czytania zsuniętymi na czubek nosa, i przez chwilę myślałam, iż mnie nie wpuści. Wpuściła.
Koperta z wynikami leżała na stole kuchennym, obok cukiernicy i talerzyka z ciastkami owsianymi, których nikt nie ruszył. Usiadłam naprzeciwko niej. Nie zaczęłam od przeprosin, bo wiedziałam, iż zabrzmią pusto, jeżeli powiem je od razu.
– Chcę, żebyś oddała mi dowód od razu, jak go dostaniesz z powrotem od pani w rejestracji, bo powiedziała, iż muszę go zwrócić osobiście – powiedziałam. – I chcę ci coś dać.
Wyjęłam z torby złożoną kartkę. To było upoważnienie, które sama sporządziłam wcześniej tego dnia, w domu, na komputerze – nie do odbioru wyników, tylko coś innego: pełnomocnictwo, które mama miała podpisać dla mnie, ale odwrotnie niż wcześniej. Napisałam, iż zobowiązuję się nie odbierać w jej imieniu żadnych dokumentów medycznych bez jej wyraźnej, osobnej zgody na piśmie – każdorazowo, nie ogólnie. Że jeżeli będzie chciała mojej pomocy, to ma zadzwonić i powiedzieć wprost, a ja przyjadę, ale nie będę już nigdy decydować za nią, kiedy ona ma się dowiedzieć czegoś o sobie.
Patrzyła na tę kartkę długo, obracała ją w palcach.
– To zabawne – powiedziała w końcu. – Całe życie robiłam ludziom rozliczenia i umowy, a nikt nigdy nie napisał umowy ze mną.
– To nie jest umowa prawnie ważna, mamo. To jest obietnica na papierze, bo słowa mi ostatnio nie wystarczają, żebyś mi uwierzyła.
Wzięła długopis, ten sam, którym zawsze podpisuje czeki na poczcie, i podpisała się w rogu kartki, bez komentarza. Potem wstała, podeszła do kredensu, wyjęła z niego swój portfel z przegródkami i wsunęła moje "pełnomocnictwo" do tej samej przegródki, gdzie trzyma kartę NFZ.
– Za pół roku kontrola u profesor Wysockiej – powiedziała. – Sama się zapiszę. Sama pojadę. Ty możesz przyjechać po, jeżeli chcesz wiedzieć, jak poszło.
– Przyjadę – powiedziałam. – Zadzwoń tylko wcześniej.
Zjadłyśmy razem po jednym ciastku owsianym, oboje udając, iż nam smakuje.












