Krew Bizancjum
Konstantynopol, rok 987. Anna Porfirogenetka stała przy oknie swojej komnaty w Wielkim Pałacu i patrzyła na Złoty Róg, gdzie zakotwiczone statki kołysały się na wieczornej fali. Miała dwadzieścia sześć lat i od dziecka wiedziała jedną rzecz na pewno: porfirogenetka, urodzona w purpurowej komnacie cesarskiego pałacu, nigdy nie zostanie wydana za barbarzyńcę. Tak mówiło prawo, tak mówiła tradycja, tak mówił jej własny brat, cesarz Bazyli II.
— Nie oddam cię temu Rusinowi — powiedział wtedy, ściskając w dłoni list od kniazia Włodzimierza. — Prędzej umrzesz w tym pałacu jako stara panna, niż pojedziesz do Kijowa.
Anna nic nie odpowiedziała. Wzięła od niego pergamin, przeczytała go dwa razy i odłożyła na stół z takim spokojem, jakby czytała spis podatków z Peloponezu. Ale tej nocy nie spała. Siedziała przy świecy i liczyła, ile dni upłynęło, odkąd Bazyli ostatni raz spał spokojnie, nie bojąc się buntu wojskowych dowódców, którzy właśnie oblegali miasto od zachodu.
Bo prawda była prostsza i brudniejsza niż duma rodu Macedońskiego. Cesarstwo płonęło. Generałowie Bardas Fokas i Bardas Skleros podnieśli bunt, a wojska buntowników stały pod murami stolicy. Bazyli potrzebował sześciu tysięcy wareskich wojowników, których mógł mu dać tylko jeden człowiek na świecie — kniaź Rusi Kijowskiej, Włodzimierz Światosławowicz. A Włodzimierz postawił cenę jasno: chce w żony bizantyjską księżniczkę purpurową. Nic mniej.
Przez trzy dni bracia się nie odzywali. Anna jadła w swojej komnacie, haftowała złotą nicią na płótnie, którego nikt nigdy nie zobaczy, i słuchała przez ścianę, jak posłańcy biegają korytarzami pałacu z wiadomościami o kolejnych miastach, które przechodzą na stronę buntowników. Czwartego dnia Bazyli sam przyszedł do jej komnaty. Usiadł na krześle, które było dla niego za małe, i milczał długo, zanim powiedział to, czego oboje się bali.
— jeżeli nie pojedziesz, stracę tron. Może i głowę.
— A jeżeli pojadę? — spytała Anna, nie przerywając haftu.
— To może stracisz życie w innym sensie. Ten kraj to dzicz. Ten człowiek ma pięć żon i osiemset nałożnic, jeżeli wierzyć temu, co piszą kupcy. Poganin, który mordował własnego brata o władzę.
Anna odłożyła igłę.
— Więc wybierasz między moim życiem a swoją koroną.
Bazyli nie odpowiedział. Nie musiał. Cesarz nigdy nie odpowiada na pytania, na które odpowiedź jest oczywista.
Anna przyjęła warunek sama, zanim brat zdążył wydać rozkaz. Postawiła jednak własny warunek, twardszy niż wszystko, co dyktowała bizantyjska dyplomacja: Włodzimierz musi przyjąć chrzest. Nie jako gest polityczny, nie na pokaz — ale naprawdę, publicznie, przed swoim ludem, zanim ona postawi stopę na ruskiej ziemi. Nie jechała poślubić poganina. Jechała nawrócić władcę i, wraz z nim, cały kraj.
Wiosną 988 roku ruskie wojska pod wodzą Włodzimierza pomogły Bazylemu rozgromić bunt Bardasa Fokasa pod Chryzopolis. Cesarz odetchnął. Ale gdy przyszło dotrzymać obietnicy i wysłać siostrę do Kijowa, zwlekał — miesiąc, potem drugi. Anna widziała to za każdym razem, gdy mijali się w korytarzu: wstyd i ulgę jednocześnie, bo może uda się to jakoś odwlec, może kniaź zapomni, może wojna go pochłonie.
Włodzimierz nie zapomniał. Latem tego samego roku ruskie wojska oblegały Chersonez, bizantyjskie miasto na Krymie, i zdobyły je w ciągu kilku miesięcy. Wiadomość, którą kniaź wysłał do Konstantynopola, była krótka: albo Anna przypływa do Chersonezu, albo następne oblężone miasto będzie leżało bliżej stolicy.
Tej nocy, gdy list dotarł do pałacu, Anna po raz pierwszy w życiu płakała otwarcie, nie chowając twarzy. Nie z rozpaczy nad sobą — z wściekłości na brata, który zwlekał, aż zrobiło się gorzej. Rankiem kazała przygotować okręt.
— Jedziesz jak na własny pogrzeb — powiedziała jej matka chrzestna, stara Teodora, pakując do skrzyni ikony i relikwie.
— Jadę jak na wojnę — odparła Anna. — Różnica jest tylko taka, iż wracam z niej żywa albo wcale.
Podróż przez Morze Czarne trwała dwa tygodnie. Anna spędziła je na pokładzie, ucząc się od greckiego kupca, który wcześniej handlował z Rusią, kilkunastu słów w języku, którego nikt w jej rodzinie nigdy nie wymówił: chleb, woda, dom, mąż. Kiedy okręt wpłynął do portu w Chersonezie, na nabrzeżu stał mężczyzna wysoki, barczysty, o twarzy pooranej bliznami po latach wojen — i, jak mówiono później, w tamtym momencie już ślepy albo bliski ślepoty, dotknięty chorobą oczu, która miała go dręczyć od dni poprzedzających jej przybycie.
Włodzimierz nie widział jej twarzy wyraźnie. Widział tylko sylwetkę schodzącą po trapie w bizantyjskich szatach barwy purpury cesarskiej.
Chrzest odbył się następnego dnia w katedrze Chersonezu. Anna stała obok chrzcielnicy, patrząc, jak biskup polewa wodą głowę mężczyzny, który jeszcze rok wcześniej składał ofiary Perunowi. Kiedy woda spłynęła po jego twarzy, Włodzimierz zamrugał gwałtownie, jakby coś w nim pękło — i po chwili powiedział cicho, iż widzi. Że pierwszy raz od tygodni widzi światło świec, twarze wokół, kobietę w purpurze stojącą przy ołtarzu.
Czy to był cud, czy zbieg okoliczności medycznych, czy po prostu dobrze skomponowana opowieść przekazywana przez wieki — Anna nigdy się nie dowiedziała na pewno. Ale patrząc, jak ten wielki, groźny człowiek klęka mokry przed ołtarzem i płacze jak dziecko, poczuła ciepło w piersi i mimowolnie zrobiła krok bliżej ołtarza, jakby chciała go osłonić. Jeszcze nie miłość. Ale już nie chłód, z jakim wsiadała na okręt.
Ślub odbył się tydzień później, w tej samej katedrze. Anna miała na sobie tę samą purpurową szatę. Włodzimierz, ochrzczony jako Wasyl, stał obok niej w prostym białym stroju katechumena, bez korony, bez oznak władzy — pierwszy raz w życiu ubrany nie jak wojownik, tylko jak człowiek stający przed Bogiem.
Podróż do Kijowa trwała miesiąc. Rzekami, wśród lasów, których Anna nigdy nie widziała w Bizancjum — gęstych, dzikich, bez końca. Razem z nią płynęli greccy kapłani, budowniczowie, malarze ikon, muzycy chóralni. Cały mały świat bizantyjskiej cywilizacji, spakowany na barki, płynący w głąb kontynentu, którego mapy w Konstantynopolu kończyły się plamą niewiedzy.
Kijów, gdy w końcu go ujrzała, nie był miastem z jej wyobrażeń o dziczy. Było to grodzisko na wysokim brzegu Dniepru, z drewnianymi wałami, targiem pełnym kupców z całego świata, świątyniami pogańskimi, które lada dzień miały zniknąć z rozkazu jej męża. Włodzimierz, wracając do stolicy jako chrześcijanin, kazał zrzucić posąg Peruna do rzeki i spędzić cały lud kijowski nad Dniepr do wspólnego chrztu.
Anna stała na wysokim brzegu, patrząc, jak tysiące ludzi wchodzi do rzeki na rozkaz jednego człowieka — jej męża. Nie wiedziała, ile z nich robi to z wiary, a ile ze strachu. Ale wiedziała jedno: to, co się teraz dzieje w wodach Dniepru, zmieni ten kraj na tysiąc lat, i ona, córka cesarzy, która nigdy nie miała wybrać własnego losu, stała się jego bezpośrednią przyczyną.
W drewnianej izbie na dworze, którą kazała sobie urządzić na wzór bizantyjskich komnat — z jedwabną zasłoną w drzwiach i piecem kaflowym sprowadzonym aż z Chersonezu — Anna uczyła się prowadzić dwór inaczej, niż uczono ją w Konstantynopolu. Tam władza mieszkała w spojrzeniu i geście przy uczcie. Tu trzeba było usiąść z żoną bojara przy krosnach i słuchać, kto komu winien futra z bobrów, zanim cokolwiek się zrozumiało.
Sprowadziła z Chersonezu mistrza, który układał mozaiki ze szkła koloru miodu i wina — pierwsze takie kamienie, jakie w Kijowie widziano. Kazała posadzić przed swoją izbą jabłoń, bo tęskniła za sadami pod Konstantynopolem, choć klimat nad Dnieprem był dla niej za surowy i drzewko marzło co roku.
Pewnej nocy, trzeci rok po ślubie, Włodzimierz wszedł do jej komnaty, gdy siedziała przy łuczywie z pergaminem, na którym greckimi literami zapisywała słowa, jakich nauczyła się od służących: "chleb" już umiała, ale wciąż myliła "miód" z "miedzią". Usiadł naprzeciw niej na ławie, cuchnący dymem po naradzie z drużyną, i długo patrzył, jak porusza piórem.
— Piszesz do brata? — spytał.
— Uczę się pisać wasz język tak, żeby dzieci w tym kraju czytały Ewangelię, nie tylko ją słyszały po grecku od popa, który się myli w połowie słów.
Włodzimierz milczał chwilę, potem wyjął zza pazuchy mały krzyżyk z brązu, jaki nosili jego wojownicy po chrzcie, i położył go obok jej pergaminu.
— Kowal zrobił dwadzieścia takich na próbę. Ten się nie udał, krzywy. Chciałem, żebyś go miała, zanim przetopi resztę.
Anna wzięła krzyżyk do ręki, obróciła go, poczuła nierówną krawędź pod palcem.
— Krzywy mi się podoba bardziej niż prosty. Prosty by mnie okłamywał.
Zbudowała przy dworze szkołę, gdzie dwunastu synów bojarskich, wyrywanych matkom z płaczem, jak zapisano, uczyło się liter cyrylickich pod okiem greckiego mnicha. Sama przychodziła tam czasem po południu, siadała z tyłu izby i poprawiała chłopcom wymowę greckich imion świętych, których mieli teraz nosić zamiast imion po dziadkach.
Zima roku 1011 była ostra, Dniepr zamarzł tak, iż po lodzie przejeżdżały sanie z drewnem. Anna chorowała od Bożego Narodzenia, kaszel nie ustępował, a znachorka, którą sprowadzono z targu, przykładała jej do piersi rozgrzane płótno nasączone miodem i octem. Włodzimierz kazał przynieść do jej izby ikonę Matki Boskiej, którą przywiozła z Chersonezu, i postawił ją tak, żeby Anna widziała ją z łóżka bez podnoszenia głowy.
Zmarła w połowie lutego. Pochowano ją w Cerkwi Dziesięcinnej, którą sama kazała budować z kamienia sprowadzanego łodziami z daleka, pierwszej murowanej świątyni na Rusi. Kijowianie, jak zapisał później kronikarz, szli za trumną ulicami, którymi dwadzieścia trzy lata wcześniej szli nad Dniepr do chrztu — tą samą drogą, tylko teraz w drugą stronę, od rzeki ku kamiennym murom, które ona kazała wznieść.
Włodzimierz przeżył ją o cztery lata. Nie wziął już żadnej żony z taką powagą jak ją. W dniu jej pogrzebu, mówią, stał przy grobie długo po tym, jak wszyscy inni odeszli, i trzymał w dłoni krzywy krzyżyk z brązu, ten sam, który dał jej przy łuczywie, gdy uczyła się pisać słowo "miód".











