Anna od kilku dni leżała w łóżku, nie mając siły wstać – nic ją nie bolało, ale kręciło jej się w głowie, czuła się wyczerpana i zupełnie nie miała ochoty wychodzić spod kołdry.

newsempire24.com 4 godzin temu

Hania leżała od kilku dni na skrzypiącym łóżku w swoim pokoju w starym domu na przedmieściach Lublina. Nic ją nie bolało, ale była zupełnie bez sił jak gdyby ciało zamieniało się stopniowo w mgłę. Nie miała ochoty ani się podnieść, ani choćby myśl rzucić na to codzienne zamieszanie świata.

Po co? przelatywała przez jej głowę myśl, tak delikatna, iż ulatywała razem z oddechem. Wszystko już zrobiłam: dzieci wychowałam, rodziców pochowałam tak, iż choćby ścieżka do grobu już się zatraciła w trawie. Teraz jestem, jakby mnie nie było. Lata przemykały, nie zostawiając śladu cisza, kurz i pająki.

Z półprzymkniętymi oczami spoglądała leniwie na świat, w którym już i pajęczyna spływała po suficie jak srebrne nici z baśni. Za oknem ogród zarastał pokrzywami, łopucha królował na zwycięskiej grządce. Poranek podchodził niepostrzeżenie, Hania zamknęła oczy i zapadła w sen.

W tym dziwacznym śnie, pełnym mlecznej mgły, zobaczyła swoją Mamę. Zdziwiła się, bo Mama śniła się jej tylko raz tuż po pogrzebie, trzy lata temu. Tym razem Mama stała tuż obok, w jasnej chuście i z łagodnym uśmiechem. Próbowała objąć córkę, jak kiedyś, ale niewidzialna ściana oddzielała je jakby byli po przeciwnych stronach szyby tramwaju pędzącego przez śnieżną noc.

Moja Haniu, kochana powiedziała Mama szeptem, który niósł się echem trąby powietrznej jutro twój ostatni dzień…

Coś niespodziewanie wyrwało Hanię ze snu. Zerwała się, a ciarki przebiegły jej po ciele.

Ostatni? Już wszystko? Tak wcześnie? krzyknęła, choć nikt tego nie słyszał niebo zafalowało i ściany pokoju zaczęły pływać.

W głowie pojawił się obraz: ona na tym właśnie łóżku, bez ruchu, zimna i krucha jak poranna rosa. Dzieci, sąsiedzi, krewni snują się po domu, w którym bałagan, pajęczyny i pustka na stole. Ogród pełen plugastwa. Hania zaczęła krążyć po domu, zagubiona przez tę wizję jak ćma wokół brudnej żarówki. Zatrzymała się na kuchni i rzuciła do miski mąkę.

Do wieczora podejdzie, upiekę kilka drożdżówek… Ale czy zdążę, bo to przecież ostatni dzień powiedziała do rosołu.

Nalała wody do miednicy, zgarnęła szmatę i sprzątnęła kurz z każdego kąta. Przetarła podłogę. Poprawiła kapcie, żeby nie szurały złymi duchami.

Teraz przynajmniej jest porządek! oddychała głośno.

Biegiem wybiegła do ogrodu. Wyrywała łopuchy, paląc resztki sił. W głowie tylko dźwięczyło: Ostatni dzień! Ostatni dzień! Kiedy ostatni chwast zgiął kark, Hania poczuła, iż nogi jej drżą jak struny basów.

Odpocznę później, jeszcze nie teraz.

Wpadła do kuchni ciasto wyrosło i pracowało w misce jak bałwanek z dzieciństwa. Zrobiła drożdżówki, upiekła je i patrzyła, jak puchną w cieple pieca.

Przyjadą jutro dzieci, napiją się herbaty z drożdżówkami. Pomówią o swojej mamie… głos jej zadrżał, ale uszczypnęła się w policzek. Spróbuję… Och! Delikatne jak sen.

Przysiadła pod oknem i myślała:

Jakże miło jednak żyć na tym świecie, między pajęczynami snów i okruchami drożdżówek.

Było już zrobione wszystko. Zaczęła szykować rzeczy do ostatniego spaceru. Wyjęła nową sukienkę, której dotąd nigdzie nie założyła. Uczesała włosy, zrobiła delikatny makijaż. Przymierzyła się przed lustrem jej blada twarz rozmarzyła się w szybie.

No tak, taki strój! Tu nie chowają, tu kobietę za mąż wydają zaśmiała się do swojego odbicia, które rozpłynęło się jak kryształ w deszczu.

Położyła się jednak, żeby umrzeć. Ale nie zdążyła, bo usłyszała dziwny stukot. Za oknem zatrzymał się samochód. Ktoś zadzwonił dzwonkiem, potem jeszcze raz.

Do sąsiadów pewnie pomyślała Hania. Do nich często kto przyjeżdżał. Jednak po chwili ktoś zapukał do jej drzwi.

Podniosła się, zawoalowana jeszcze senną mgłą, i podeszła do okna. Nie znała tego samochodu. Ale furka! Kto to, zabłądził, czy co?

Otworzyła drzwi. Przed progiem stanął mężczyzna, ładny, zadbany, w garniturze jakby szedł na wesele.

Pani Hania? zapytał nieznajomy.

Tak…

Przepraszam, iż tak nagle. Trochę się spóźniłem… zabłądziłem…

Czego pan chce? nie rozumiała Hania.

Sam nie wiem bąknął i szurał butem.

Chyba się pan pomylił.

Nie, to do pani. Proszę wybaczyć ten wyjazd znikąd.

Trochę późno na wizyty. Ale mówię: słucham.

Wiem, późno… Przepraszam, przyjechałem z daleka, naprawdę łatwo się tu zagubić.

W oczach Hani zaszły cienie, więc przybysz odezwał się śmielej:

Nazywam się Przemek. Chciałem panią poznać…

Ja dziś miałam zupełnie inne plany pomyślała Hania.

Skąd pan mnie znalazł?

Pisałem do pani kiedyś na Gadu-Gadu, ale pani rzadko tam bywa, więc dowiedziałem się, jak pani dom wygląda… Potem po prostu przyjechałem. Nie pytajcie jak, bo to sen…

No i co ja z tobą zrobię? przemykało przez jej głowę.

Panie Przemku, ja już nikogo nie chcę poznawać, niczego nie chcę w życiu zmieniać. Może lepiej wrócić do domu…

Chyba ma pani rację… powinienem był zadzwonić. Do widzenia, Haniu.

Przemek już odchodził, po czym wrócił i wyciągnął ozdobną bombonierę.

Przepraszam mnie raz jeszcze.

Ruszył do samochodu. Hania poczuła nieokreślony żal i wstyd. Był cały dzień w drodze, pewno głodny…

Panie Przemku, chwileczkę! Wejdź pan. Przynajmniej herbaty się pan napije.

Rozjaśnił się, wbiegł ponownie pod światło kuchni.

Z wielką radością, Haniu.

Usiedli przy stole, umyli ręce, Hania postawiła herbatę i drożdżówki. Pociągnęło ją do rozmowy.

Może pan głodny? spytała.

jeżeli mogę, bardzo chętnie.

Proszę brać, ile dusza zapragnie.

I sama poczuła wilczy głód. Wyjęła, co miała. Zjedli w ciszy, popijając herbatę, jakby byli razem od zawsze.

Po raz pierwszy od lat, Hania jadła z radością. Przemek opowiadał jej dziwne historie, a czas płynął sennie, cicho dzwoniąc łyżeczkami.

Haniu, jak zdrowie komuś coś potrzeba, ja pomogę.

Spojrzała na jego garnitur. Uśmiechnęła się.

Potrzeba? Pewnie, przydałoby się. Obora przekrzywiła się, płot się wali…

Przemek chwilę się zasępił.

Pomogę, wszystko naprawię.

Zaczął zbierać się do odejścia.

Dziękuję pani… to znaczy tobie. Szkoda prosić o nocleg, rozumiem… Do widzenia, Haniu.

Szczęśliwej drogi, Przemku.

Hania posprzątała stół i poszła do swojego łóżka, choć równie dobrze mogłaby spać na obłokach. Zmęczenie było takie, iż sen przyszedł w kilka sekund.

W śnie Mama już czekała na nią w kuchni, otulając ją światłem.

Haniu, dlaczego wczoraj uciekłaś, nie dosłuchałaś? To był twój ostatni dzień w samotności. Widzimy, jak ci ciężko. Posłaliśmy ci na pomoc anioła dbaj o niego, nie przeganiaj go, kochanie.

Ależ on już uciekł… Zestresował się pracą, Mamusiu…

Mama uniosła rękę, wyszeptała błogosławieństwo i zniknęła w jasności.

Ranek zbudził Hanię dźwiękiem silnika. Przez okno zobaczyła ciężarówkę wypakowaną po brzegi deskami, papą i cementem. Wysiadali mężczyźni, Przemek pokazywał palcem, gdzie zrzucać materiały.

O co chodzi? Przecież niczego nie zamawiałam!

Wybiegła w kapciach, krzycząc, żeby zabierali, gdy zobaczyła Przemka z młotkiem w ręce który był już częścią tego snu.

Przez kilka dni budowali nowy płot, szopę, wymieniali podłogę i kafle na piecu. Ale Hania nie ufała, w innych snach mężczyźni zawodzili, a ona zawsze radziła sobie sama.

Czego on chce? Może trzeba mu zapłacić?

Zebrała ile miała kilka starych złotówek, reszta w drobnych.

Dam, co mogę. Resztę kiedyś odpracuję.

Kiedy Przemek przyszedł, Hania wręczyła mu zmięty rulonik.

Dziękuję, Przemku, naprawdę nie wiem, dlaczego to wszystko robisz…

Nie żartuj, Haniu. Przecież nie za pieniądze.

To, co mogę, za robotę trzeba płacić powiedziała i wepchnęła mu pieniądze do dłoni.

Przemek wyszedł, po chwili odjechała jego furgonetka. Nie wrócił ani nazajutrz, ani za kilka dni. Dookoła ogarniała ją pustka, z bólem wewnątrz, jakby ktoś zostawił ją na samym środku zamglonego lasu.

Dlaczego odpędziłam Przemka? Jak mam teraz żyć, bez niego? myślała Hania, choć znała go może chwilę.

Chodziła bez celu polną drogą, aż spotkała sąsiadkę Wiesię, co wszystko o wszystkich wiedziała.

Haniu, daj spokój temu chłopu, tyle ci zrobił! Widać, iż porządny facet!

Ale pojechał już dawno szepnęła smutno Hania.

Kogo ty chcesz oszukać? Jego samochód od kilku dni stoi na skrzyżowaniu, za wsią…

Gdzie, gdzie? nie dowierzała Hania.

Pod lasem, za ogrodem… Całą noc tam stał!

Hania pobiegła, ale samochodu nie było. Żarty sobie zrobiła… westchnęła i wróciła do domu w rytmie serca stukającego o pustkę.

Nocą sen nie chciał przyjść. Wyszła więc na ganek, okutała się w pled i przysiadła na schodku pod chłodnym niebem.

Dlaczego jestem taka nieszczęśliwa? wyszeptała i łzy popłynęły krętymi rzekami po policzkach.

Wtedy ktoś przybiegł, objął ją i całował po łzach i ustach.

Haniu, nie płacz więcej! prosił cicho Przemek.

Gdzie byłeś tak długo? Czemu odszedłeś?

Ja choćby nie wyjeżdżałem. Nie mogłem bo cię kocham.

Ja ciebie też, ponad życie!

Przytuliła się do niego mocno, jak dziecko do poduszki, i zaszeptała do snu:

Dziękuję, Mamusiu…

I płakała. ale tym razem były to łzy szczęścia.

Idź do oryginalnego materiału