Dzisiaj moje siedemdziesiąte urodziny. Siedzę na ławce w szpitalnym ogródku i łzy same płyną mi po policzkach. Syn ani córka nie przyjechali, nie zadzwonili, nie wysłali choćby kartki. Przypomina mi się, iż jedynie Maria, sąsiadka z sali, pamiętała i podarowała mi mały prezent, a salowa, pani Basia, poczęstowała mnie jabłkiem na znak urodzin. Dom opieki jest naprawdę przyzwoity, ale większość personelu bywa obojętna można odczuć, iż jesteśmy tutaj tylko dożywać swoje ostatnie lata, odstawieni przez dzieci, którym uprzykrzamy życie.
Mój syn, Maciej, sam mnie tu przywiózł, mówiąc, iż powinnam odpocząć i podleczyć się. W rzeczywistości przeszkadzałam jego żonie mieszkałam przecież w swoim mieszkaniu, które potem przepisałam na Macieja, wierząc w obietnice, iż nic się nie zmieni. Obiecał, iż zostanę w swoim domu, a on będzie się mną opiekować. Gorzko się pomyliłam. Ledwo przepisałam mieszkanie, cała rodzina wprowadziła się do mnie i zaczęła się codzienna wojna z synową wiecznie coś nie pasowało, a to podłoga źle umyta, a to w kuchni bałagan, a to po kąpieli rzekomo brudno zostawiłam łazienkę.
Z początku syn jeszcze starał się mnie bronić, a potem i on zaczął krzyczeć. Później zauważyłam, iż między sobą szeptają, a gdy tylko wchodziłam do pokoju milkli. I tak pewnego dnia rano, Maciej zagadnął, iż powinnam pojechać do sanatorium, odpocząć. Było jasne, co naprawdę miał na myśli.
Oddajesz mnie do domu starców, synku? spojrzałam mu w oczy.
Wyszedł na chwilę, speszony, i nie patrząc mi w oczy, odpowiedział:
Mamo, to porządny ośrodek, tylko miesiąc, potem wrócisz do domu.
Zawiózł mnie, gwałtownie podpisał dokumenty i zniknął z obietnicą rychłego powrotu. I tylko raz się pojawił: przyniósł dwa jabłka i dwie pomarańcze, zapytał jak się mam, choćby nie słuchając odpowiedzi, bo zaraz wyszedł.
Mijają dwa lata, a ja przez cały czas tu jestem. Po miesiącu zadzwoniłam do swojego mieszkania odebrali nieznajomi. Okazało się, iż Maciej sprzedał mieszkanie i nie wiadomo, gdzie się wyprowadził. Kilka nocy przepłakałam, bo wiedziałam, iż już tam nie wrócę. Najbardziej bolało, iż kiedyś skrzywdziłam własną córkę, by uszczęśliwić syna.
Urodziłam się na wsi, wyszłam za mąż za swojego kolegę ze szkoły, Piotra. Byliśmy szczęśliwi, mieliśmy dom i gospodarstwo. Choć nie opływaliśmy w dostatki, nigdy nam niczego nie brakowało. Pewnego razu przyjechał do sąsiadów ktoś z miasta, opowiadał Piotrowi, iż w Olsztynie żyje się lżej, lepsze zarobki, mieszkanie można dostać. Piotr się rozpalił, namówił mnie na przeprowadzkę. Sprzedaliśmy wszystko, przenieśliśmy się do miasta. Sąsiad nie kłamał, mieszkanie nam przydzielili, kupiliśmy starego malucha.
To właśnie jadąc maluchem Piotr miał wypadek. Dwa dni po tym w szpitalu odszedł. Po pogrzebie zostałam sama z dwójką dzieci. By utrzymać rodzinę, wieczorami myłam klatki schodowe. Wierzyłam, iż dzieci odwdzięczą się, gdy dorosną. Los jednak chciał inaczej.
Maciej wplątał się w nieprzyjemną sprawę, musiałam brać pożyczki, żeby nie trafił do więzienia. Spłacałam długi blisko dwa lata. Później moja córka, Zosia, wyszła za mąż, urodziła syna. Z początku wszystko się układało, potem jednak chłopiec zaczął ciężko chorować. Zosia zrezygnowała z pracy, bo trzeba było często odwiedzać szpitale. Lekarze przez długi czas nie potrafili postawić diagnozy. Dopiero odnaleźli jakąś rzadką chorobę, którą leczyli tylko w jednej klinice na Śląsku, ale tam czekały długie kolejki.
W czasie jednej z wizyt w szpitalu Zosia poznała wdowca, którego córka cierpiała na to samo schorzenie. Spodobali się sobie, po pewnym czasie zamieszkali razem. Pięć lat później jej partner zachorował i potrzebne były pieniądze na operację. Miałam odłożone trochę złotych, planowałam przekazać je Maciejowi na wkład do mieszkania.
Gdy Zosia poprosiła o pomoc, żal mi było wydać oszczędności na kogoś obcego, skoro synowi bardziej się przydadzą. Odmówiłam. Córka poczuła ogromny żal i na odchodnym powiedziała, żebym, gdy będzie mi źle, nie liczyła na wsparcie.
Już od dwudziestu lat nie utrzymujemy kontaktu.
Zosia wyzdrowiała, zabrała swoje dzieci i z nowym mężem wyjechali nad morze, ponoć mają tam duży dom. Gdybym mogła cofnąć czas, postąpiłabym inaczej. Ale przeszłości nie odwrócisz.
Powoli wstałam z ławki, ruszając w stronę budynku. Nagle słyszę:
Mamo!
Serce zaczęło mi bić jak szalone. Powoli się obróciłam. To była ona. Zosia. Ugięły się pode mną nogi, ale córka gwałtownie podbiegła i mnie objęła.
W końcu cię znalazłam… Brat nie chciał podać adresu. Musiałam mu zagrozić sądem za nielegalną sprzedaż mieszkania, to się uspokoił
Razem weszłyśmy do środka, usiadłyśmy na kanapie w holu.
Wybacz mi, mamo, iż tak długo się do ciebie nie odzywałam. Najpierw byłam zła, potem wciąż odkładałam, aż na koniec już mi było głupio. Ale tydzień temu mi się przyśniłaś, jak chodzisz po lesie i płaczesz. Obudziłam się z ciężarem na sercu. Opowiedziałam wszystko mężowi, a on namówił: jedź, pogódź się z mamą. Pojechałam do twojego mieszkania, tam obcy ludzie, nic nie wiedzieli. Długo szukałam adresu Macieja, ale znalazłam. I jestem tutaj. Pakuj się, jedziesz ze mną do nas. Wiesz, jaki mamy dom? Duży, nad samym morzem. Mąż powiedział: jeżeli mamie będzie źle, przywieź ją do nas.
Z wdzięcznością przytuliłam się do córki, łzy płynęły mi po policzkach, ale to łzy szczęścia.
Czcij ojca swego i matkę swoją, aby długo ci się powodziło na ziemi, którą Pan Bóg twój ci daje…









