Zofia Kowalska siedziała w szpitalnym ogrodzie na ławce i płakała cicho. Dziś obchodziła siedemdziesiąte urodziny, a jej syn i córka nie przyjechali, nie zadzwonili ani nie przesłali choćby życzeń.
Jedynie współlokatorka z sali, pani Irena Nowak, złożyła jej serdeczne życzenia i wręczyła niewielki prezent – robioną na drutach serwetkę. A młoda salowa, Marysia, poczęstowała ją jabłkiem na urodziny. Ośrodek był porządny, schludny, ale większość personelu patrzyła na podopiecznych bez emocji, bardziej jak na niepotrzebny ciężar.
Wszyscy w końcu wiedzieli, iż do takich miejsc dzieci zostawiały rodziców „na resztę życia”, by nie być już dla nich ciężarem. I Zofię przywiózł tu jej syn, tłumacząc, iż odpocznie i podleczy się, bo w domu ponoć tylko przeszkadzała synowej.
Mieszkanie należało do niej potem syn przekonał ją, by przepisała je na niego. Gdy ją o to prosił, przysięgał, iż nic się nie zmieni, iż będzie mieszkała do końca życia z rodziną. gwałtownie okazało się jednak inaczej syn z całą rodziną natychmiast się wprowadził i zaczęła się wojna z synową.
Synowa była wiecznie niezadowolona; raz źle ugotowała obiad, innym razem zostawiła plamę w łazience. Syn na początku próbował stawać w jej obronie, ale później sam podnosił głos. Zofia zauważyła, iż często się naradzają szeptem, a gdy wchodziła do pokoju, milkli natychmiast.
Pewnego poranka syn zaczął rozmowę o potrzebie odpoczynku i leczenia. Zofia spojrzała mu w oczy i zapytała ze łzami:
Oddajesz mnie do domu starców, synku?
Speszył się, zarumienił i zaczął tłumaczyć:
Mamo, co Ty, to zwykły sanatorium. Miesiąc i wracasz do domu.
Przywiózł ją tu, gwałtownie podpisał papiery i odjechał, obiecując, iż przyjedzie wkrótce. Pojawił się tylko raz: przywiózł dwa jabłka i dwa pomarańcze, zapytał, jak się czuje i choćby nie wysłuchawszy odpowiedzi, wyszedł w pośpiechu.
Zofia mieszka tu już drugi rok.
Kiedy minął miesiąc, a syn nie pojawił się, postanowiła zadzwonić do domu. Odebrała obca kobieta. Wyszło na jaw, iż syn sprzedał mieszkanie, a gdzie teraz jest, nie wiadomo. Zofia popłakała się przez kilka nocy, ale wiedziała, iż nikt jej do domu nie zabierze. Najbardziej bolało ją to, iż dla syna zerwała kontakt z córką i ją skrzywdziła.
Zofia wychowała się na wsi i tam wyszła za mąż za swojego kolegę z podstawówki, Piotra. Mieli duży dom i gospodarstwo. Żyli skromnie, ale nigdy nie chodzili głodni. Sąsiad ze stolicy przyjechał kiedyś do rodziców i opowiadał Piotrowi, jak w Warszawie można dobrze żyć. Praca, mieszkanie Piotr się zafascynował, aż w końcu ją wyprosił, by wszystko sprzedali i ruszyli w świat.
Rzeczywiście, w Warszawie dostał od razu mieszkanie. Kupili meble, starego malucha i zaczęli nowe życie. Niestety, na tym maluchu Piotr miał wypadek.
W szpitalu zmarł drugiego dnia. Po pogrzebie Zofia została sama z dwójką dzieci. By wyżywić rodzinę, sprzątała wieczorami klatki schodowe. Miała nadzieję, iż kiedyś dzieci pomogą. Życie okazało się inne.
Syn wdał się w szemrane towarzystwo; musiała pożyczać pieniądze, żeby nie trafił do więzienia. Potem dwa lata spłacała długi. Córka, Grażyna, wyszła za mąż i urodziła dziecko. Początkowo wszystko było w porządku, jednak syn Grażyny zaczął poważnie chorować. Zrezygnowała z pracy, by jeździć z nim po szpitalach. Lekarze długo nie potrafili postawić diagnozy.
W końcu znaleźli jakąś dziwną chorobę, którą leczono tylko w jednym instytucie do tego ogromna kolejka. Gdy Grażyna jeździła po szpitalach, mąż ją zostawił, choć przynajmniej zostawił mieszkanie. W szpitalu poznała wdowca z córką o takim samym schorzeniu. Zbliżyli się, zamieszkali razem. Po kilku latach jej partner zachorował na tyle poważnie, iż potrzebna była operacja. Zofia miała oszczędności, które chciała przekazać synowi na wkład własny do mieszkania.
Gdy poprosiła ją córka, żal jej było wydawać pieniądze na obcego mężczyznę, kiedy własny syn potrzebował ich bardziej. Odmówiła. Grażyna bardzo się wtedy na nią obraziła; na odchodne powiedziała: „Nie jesteś już moją matką, nie przychodź do mnie w biedzie”. Od tamtej pory minęło już dwadzieścia lat.
Grażyna wyleczyła męża, zabrała dzieci i wyjechali na Pomorze, nad morze. Gdyby mogła cofnąć czas, Zofia zrobiłaby inaczej ale przeszłości nie da się naprawić.
Zofia powoli wstała z ławki i ruszyła w stronę domu seniora. Nagle usłyszała:
Mamo!
Serce zaczęło bić jak szalone. Powoli obróciła się. To była ona. Grażyna. Nogi się pod nią ugięły, ale córka przybiegła i podtrzymała ją w ramionach.
Wreszcie Cię znalazłam, mamo Brat nie chciał dać adresu. Zagroziłam mu sądem, bo sprzedał mieszkanie nielegalnie, to zaraz zmiękł…
Razem weszły do budynku i usiadły na sofie w holu.
Przepraszam Cię, mamo, iż tyle lat się nie odzywałam. Najpierw byłam zła, potem wciąż odwlekałam wstydziłam się. A tydzień temu mi się przyśniłaś błąkałaś się po lesie, płacząc. Obudziłam się z ciężarem na sercu. Opowiedziałam wszystko mężowi, a on mi powiedział: Jedź i się pogódź. Pojechałam do starego mieszkania, ale tam obcy ludzie, nic nie wiedzą. Długo szukałam adresu brata w końcu znalazłam. I jestem. Pakuj się, jedziesz ze mną. Wiesz, jaki mamy dom? Piękny, nad samym morzem. Mąż mi nakazał: jeżeli Twojej mamie coś będzie, masz ją natychmiast do nas przywieźć.
Zofia wtuliła się wdzięcznie w córkę i rozpłakała się z radości. To były już łzy szczęścia.
Czcij ojca swego i matkę swoją, aby Ci się dobrze działo i abyś długo żył na ziemi, którą Pan, Bóg Twój, Ci daje.






