Anioł, który ważył sto kilogramów i pachniał tanią kawą
Na świetlicy oddziału onkologicznego panowała cisza, którą przerywał jedynie szelest rysunkowego papieru i delikatne skrzypienie mazaków. To była wyjątkowa cisza delikatna i krucha, niemal jak porcelana, a jednak przepełniona zbyt dużą dawką powagi jak na grupę dzieci, które nie miały jeszcze dziesięciu lat. Zadanie wydawało się proste: narysować swojego Anioła Stróża. Maluchy bardzo się starały.
Dla mnie, wolontariusza, ten dzień był wielkim sprawdzianem. Przez lata przywykłem do „właściwego” piękna sakralnego, malowanego na sklepieniu kościołów, gdzie anioły były lekkie, złotowłose, o niebieskich oczach pełnych niebiańskiej czystości. Przechadzałem się powoli między stolikami, urzeczony: Michał narysował anioła z gigantycznym mieczem, Hania – ze skrzydłami puszystymi jak pierzyna. Wszystko wzruszające, kanoniczne, ale dziwnie do siebie podobne.
W końcu zatrzymałem się przy stoliku, przy którym siedziała Basia. Siedmiolatka, zupełnie pozbawiona włosów po kolejnym cyklu chemii, z cerą przezroczystą jak łuska cebuli. Basia rysowała dokładnie, ledwo wystawiając końcówkę języka, skupiona na swoim dziele.
Zajrzałem przez jej ramię i z trudem powstrzymałem się od westchnienia zdziwienia.
Na jej kartce nie widniała postać ulotna i eteryczna, ale okrągły, masywny facet. Zajmował niemal cały arkusz. Nie miał skrzydeł. Zamiast tego ogromny brzuch opinał śnieżnobiały fartuch, łyse czoło wyglądało jak kartofel, a grube okulary siedziały na nosie jak nakrętka.
Basiu zapytałem ostrożnie, przykucając obok niej. Kogo tu rysujesz? Przecież mieliśmy namalować anioła.
To właśnie jest anioł odpowiedziała cicho, ale zdecydowanie, nie odrywając wzroku od kolorowanego brzucha.
Trochę nietypowy ten aniołek próbowałem dobrać słowa. Czemu nie ma skrzydeł? I taki okazały…
Skrzydła ma zaprzeczyła Basia. Ale chowa je pod fartuchem. Bo czasami tu jest brudno i nie chce ich pobrudzić.
Uśmiechnąłem się pobłażliwie. Ach, ta dziecięca fantazja…
Na oddziale często rozbrzmiewał ciężki, głośny oddech dochodzący z korytarza. Brzmiał jak nadciągający pociąg i słychać było szuranie wielkich kroków, od których zdawało się uginać linoleum.
Drzwi do świetlicy rozwarły się z hukiem.
Do środka wszedł doktor Tomasz Drozdowski ordynator anestezjologii i reanimacji. Facet ogromny, o ciężkim kroku, brzuchu przypominającym akwarium, łysiejącej głowie, prosto spod prysznica, gdyby tylko miał na to czas. Fartuch, zawsze za wąski, ledwie się na nim dopinał. Twarz mokra od potu, spod którego widać było zmęczoną, ziemistą cerę. Brązowe okulary ześlizgiwały się mu z nosa, poprawiał je tłustym palcem odruchowo. Pachniał papierosami, potem i najtańszą kawą rozpuszczalną spod Biedronki. Kolejną dobę z rzędu mieszkał tu, na kanapie w dyżurce.
W moich oczach był zwyczajnie wykończonym, zaniedbanym lekarzem, który już dawno powinien iść na zasłużoną emeryturę albo przynajmniej pod prysznic.
Co tam, artyści? zagrzmiał głosem, który jakby wydobywał się prosto z głębi jego brzucha. Żyjecie tam?
Żyjemy, panie doktorze! odpowiedział chórek dzieci.
Przeszedł między stolikami, z wysiłkiem podpierając się oparciami krzeseł.
Zatrzymał się przy Krzysiu, siedzącym z kroplówką. Położył wielką dłoń na jego czole.
Wytrzymaj, młody. Wyniki są już mruknął. Damy radę.
Potem przysiadł przy Basi. Zauważyłem, jak wyraźnie rozbłysły oczy dziewczynki, gdy wyciągnęła w jego stronę ręce.
Rysujesz? zapytał. I nagle, przez grube szkła okularów, zobaczyłem w nim nie smutnego, steranego człowieka, a ocean niewyspanego, ale palącego się do życia błękitu.
Ciebie wyszeptała Basia.
Prychnął, poprawiając okulary.
Mnie tu nie trzeba, dziecino. Kartka by nie wytrzymała.
Nagle zza drzwi dobiegł przeraźliwy alarm aparatury. Sygnał głośny, nieznoszący sprzeciwu.
Doktor Drozdowski natychmiast się zmienił. Zniknęła ciężkość, zniknęło powolne tempo. Obrócił się z zaskakującą zwinnością i pobiegł na korytarz.
Siedzieć wszyscy! huknął już z korytarza. Agata, reanimacyjny, szybciej!
Zostałem, ściskając ręce na piersiach. Za ścianą rozległo się zamieszanie; słychać było krótkie komendy, szczęk narzędzi, i jego głos już nie dobrotliwy, a twardy jak stal.
Oddychaj! No już! Nie odchodź!
Ten krzyk mroził krew. Było w nim błaganie i rozkaz jednocześnie. Zamknąłem oczy. Bałem się.
Czas mijał okropnie wolno czterdzieści minut, ciągnące się jak wieczność. W świetlicy panowała martwa cisza. Dzieci nie rysowały. Wpatrywały się w drzwi.
W końcu drzwi się otworzyły. Tomasz Drozdowski wrócił, trzymając się framugi. Był przemoczony potem, fartuch ciemniejszy na piersi, a na rękawie ślad krwi. Zdjął okulary, przetarł ręką twarz, rozmazując zmęczenie. Siadł ciężko na dziecięcym krzesełku, które zaskrzypiało protestująco.
Udało się sapnął w ciszę. Śpi.
Patrzyłem na niego. I wtedy, jakby ktoś zdarł zasłonę z moich oczu, nagle zrozumiałem.
Spojrzałem na rysunek Basi: na niezdarnego, grubego anioła. Potem na prawdziwego doktora Drozdowskiego. Nie dostrzegłem już zmęczenia, potu i otyłości. Zobaczyłem masę pewną, solidną masę miłości, potrzebną do tego, by jak kotwica utrzymywać te kruche, rozsypujące się dziecięce duszyczki tu, na ziemi, kiedy próbują się z niej wyrwać. Złotoskrzydły cherubin byłby bezużyteczny zbyt lekki, uniósłby się razem z nimi.
Tu potrzebny był właśnie taki anioł masywny, ziemisty, pachnący kawą i potem, który w ostatniej chwili łapie uciekające życie wielkimi dłońmi i szepcze zdartym głosem: Nie puszczę.
Jego łysa głowa błyszczała w świetle, zupełnie jak aureola. Tyle iż nie złota a zwyczajna, robocza, mokra od zmęczenia.
Basia zsunęła się z krzesełka i podeszła do lekarza, który siedział z pochyloną głową. Objęła jego nogę wyżej nie dosięgała.
Mówiłam powiedziała cicho, spoglądając na mnie oczami zbyt dorosłymi. On ma skrzydła schowane. Żebyśmy nie zmarzli.
Doktor Drozdowski położył drżącą, wielką dłoń na jej łysym czubku.
Wytrzymajcie jeszcze, kochani wyszeptał. kilka już zostało.
Odwróciłem się do okna, czując, iż nie dam rady patrzeć dłużej.
Te łzy, przed którymi tak się wzbraniałem, i tak popłynęły. Były łzami wstydu za własną zaślepioną miłość do jasnych ideałów. Szukałem piękna w olśniewającym blichtrze, a ono siedziało przede mną, na złamanym krzesełku, ocierało pot rękawem fartucha ciężkie, nieporadne i najprawdziwsze na świecie.
Tego dnia zrozumiałem, iż najświętsze piękno nie zawsze ma skrzydła i złote loki. Bywa ciężkie, zmęczone, a jednak bez niego nikt z nas nie doleciałby do nieba.








