Anioł, który ważył sto kilo i pachniał tanim kubkiem kawy
W sali zabaw na oddziale onkologii dziecięcej w jednym z szarych warszawskich szpitali panowała cisza taka na szpilkach, z rodzaju tych, co pękają od najmniejszego słowa. Słychać było tylko szelest kartek, skrzypienie pisaków i od czasu do czasu chrupnięcie ogryzanej kredki. Atmosfera gęsta jak żurek, chociaż uczestnicy mieli po kilka lat i nikt by im nie powierzył choćby mieszkania do posprzątania. Zadanie niby proste: Dzieci, rysujemy Anioła Stróża! Ale wszyscy podeszli do tematu z powagą, jakby chodziło co najmniej o dyplom ASP.
Iga młoda wolontariuszka, świeżo po maturze, jeszcze pachnąca ambicjami i dezodorantem z drogerii w centrum podziwiała postępy dzieci. Miała w głowie tylko jeden model anioła: szczupły chłopak z czupryną jasnych loków, rodem z krakowskiego kościoła, z oczami w kolorze świątecznego nieba. Krążyła między stolikami i zachwycała się: u Jasia anioł niby Michał Archanioł z mieczem jak patelnia, u Zosi mięciutkie skrzydła z waty. Wszystko słodkie jak ptasie mleczko, choć dość przewidywalne.
Aż dotarła do Marysi.
Marysia miała siedem lat i głowę zupełnie gładką efekt kolejnych chemii, nie mody z Internetu. Wyglądała smutno, ale w dłoni ściskała kredkę, jakby zamierzała zawojować świat. Rysowała skwapliwie, z językiem na wierzchu, bo przecież to wpływa na precyzję.
Iga spojrzała przez ramię dziewczynki i musiała się powstrzymać, żeby nie klasnąć z zaskoczenia.
Na kartce nie siedział żaden niebiański cherubin, tylko okazały jegomość rozmiarem przypominający beczkę na ogórki. Facet bez skrzydeł, za to z ogromnym brzuchem, białym fartuchu i łysą głową w kształcie kartofla. Na nosie opadające okulary w grubej oprawie.
Marysiu kto to jest? zapytała Iga, przykucając, z rezerwą, wszystko delikatnie, jak przy składaniu kartek na Boże Narodzenie. Miały być anioły.
To jest anioł odparła nie mrugając Marysia, pilnie cieniując fartuch.
Ale trochę dziwny. Nie ma skrzydeł? I taki… szeroki?
Ma skrzydła, tylko schowane. Żeby się nie pobrudzić. Tu jest czasami bardzo brudno odpowiedziała rzeczowo Marysia.
Iga uśmiechnęła się kąśliwie no tak, dziecięca wyobraźnia nie ma granic.
W tym szpitalu od czasu do czasu rozlegał się charakterystyczny dźwięk: dyszenie, ciężkie kroki, jakby ktoś właśnie wracał do domu z siatą kartofli z bazaru. Żadna szanująca się wykładzina tego nie znosiła. Szur, szur i już było wiadomo, iż zbliża się ktoś wyjątkowy.
Do sali wparował pan ordynator doktor Paweł Wiszniewski. Legenda tego miejsca, konsument setek kilogramów pączków w ciągu dekady, człowiek o masie własnej godnej pozazdroszczenia i fartuchu zawsze rozpiętym, jakby zapraszał na wystawę sztuki nowoczesnej. Twarz pocąca się w tempie espresso, okulary zjeżdżające z nosa przy każdym „dzień dobry”. Pachniał tanim rozpuszczalnym kawusiem, papierosami i zmęczeniem z nocnego dyżuru, który trwał już trzecią dobę.
W oczach Igi był po prostu przepracowanym doktorem, któremu dawno się odechciało wszystkiego, prócz parzenia kawy.
Co tam, artyści? zagrzmiał głosem, od którego zawibrowała płyta karton-gips na ścianie. Wszyscy żyjemy?
Żyjemy, panie doktorze! dzieciaki odpowiedziały chórem, jak harcerze na apelu.
Doktor Wiszniewski ruszył między stolikami, wspierając się na krzesłach tak, iż każdy mebel jęczał z rozpaczy. Zatrzymał się przy Jaśku, bladziutkim chłopcu z kroplówką. Położył swoją wielką dłoń na jego czole.
Wytrzymaj, młody. Wyniki już są, damy radę mruknął, poprawiając okulary.
Podszedł do Marysi, która aż rozświetliła się na jego widok.
Rysujesz? zagadnął, a za grubymi szkłami Iga dostrzegła nagle jakaś iskrę niby oczy miał szare, ale dzisiaj błyszczały nocnym niebem.
Ciebie szepnęła Marysia.
Parsknął, poprawiając okulary ponownie.
Mnie to nie warto rysować, papier by się rozerwał, wiesz? burknął.
Nagle korytarzem wstrząsnął alarm. Pip, pip! Sygnał jak z Ostrego dyżuru, tylko bez reklam.
Wiszniewski jakby stracił sto kilo na sekundę. Ociężałość zniknęła w jednej chwili. Wyskoczył jak sprężynka w stronę drzwi.
Siedzieć, nigdzie nie wychodzić! Kasia, reanimacyjny, jazda! wrzasnął, nim zniknął.
W sali zrobiło się jeszcze bardziej cicho. Serce Igi waliło jak młotkiem o parapet. Z korytarza słychać było tylko krzyki, metaliczny dźwięk narzędzi i rozkazy w tonie, którego nie powstydziłby się żaden generał.
Oddychaj! No dawaj chłopie! Zostań z nami!
To nie były słowa anioła z obrazka. To był krzyk, groźba i modlitwa w jednym.
Czas dłużył się tak, iż Iga była pewna, iż minęła cała zima. Nikt nie rysował, wszyscy gapili się na drzwi.
Po wieczności drzwi się uchyliły. Wiszniewski wszedł jak bokser po dwunastej rundzie przepocony, z ciemną plamą na fartuchu i śladami krwi na mankiecie. Zdjął okulary i przetarł oczy, rozmazując zmęczenie po twarzy. Usadowił się na dziecięcym krzesełku, które pod nim niemalże wyzionęło ducha.
Dało się. Śpi wydychając powietrze, spojrzał w przestrzeń.
Iga patrzyła na niego i nagle, nagle zrozumiała, jakby ktoś otwarł jej szeroko oczy.
Spojrzała na rysunek Marysi, na tego jej anioła grubasa w fartuchu z ziemniaczaną głową, i na doktora na plastikowym krzesełku. I zrozumiała nie siła tkwiła w skrzydłach, nie w urodzie. Było w nim tyle masy, jakby stworzył go magnes przyciągający te delikatne dziecięce dusze do ziemi, gdyby przypadkiem im się chciało polecieć za wcześnie.
Złotoskrzydły anioł, ten z fresków, nie miałby tu nic do roboty przewiało by go razem z dziećmi na tamten świat. Potrzebny był ktoś ciężki, uziemiony, z zapachem kawy i szpitalnego korytarza. Ktoś, kto jednym objęciem powstrzyma przemijanie.
Jego łysa głowa świeciła pod świetlówką jak aureola, Wersja robocza, miejscami przetarta potem.
Marysia zsunęła się z krzesła, podeszła do doktora, objęła jego masywną nogę, bo wyżej nie sięgała.
Mówiłam powiedziała, patrząc na Igę mądrymi oczami. Chowa skrzydła, żeby nam tu nie przewiało.
Wiszniewski położył ciężką, trzęsącą się rękę na jej głowie.
Jeszcze trochę, wytrzymajcie, dzieciaki wyszeptał.
Iga spojrzała na okno, bo nie chciała już patrzeć, nie chciała, żeby ktokolwiek zobaczył jej łzy.
A one i tak popłynęły łzy za własną ślepotę. Bo ona szukała piękna w złocie i ideałach, a ono siedziało przed nią na małym krzesełku i ocierało pot rękawem fartucha niepozorne, ciężkie, prawdziwe wszystko.








