Dawno, dawno temu, gdy ziemie nad rzeką Kacanką porastała gęstwina olch, wierzb i wiązów, a trawa, nietknięta kosą, sięgała pasa, na jednej z łąk znajdowało się miejsce, którego ludzie unikali po zachodzie słońca. Szeptano, iż grzęzawisko ożywa wraz z nadejściem nocy, by czyhać na nierozważnych wędrowców. Wystarczyło tylko zboczyć o długość stopy z wąskiej ścieżki prowadzącej ze wsi ku rzece, a wiedźma Motława, mieszkająca na dnie bagna, natychmiast wyciągała oślizgłe ramiona, by oplątać i wciągnąć w odmęt każdego, kto ośmielił się zejść z bezpiecznego przejścia.
Miejscowi powiadają, iż Motława nie zawsze była potworem żyjącym w bagnie. Niegdyś mieszkała w pobliskiej wiosce, w chacie młynarza nad rzeką Kacanką. Była tak piękna, iż kto choć raz spojrzał w jej oczy ciemne jak nurt rzeki albo dotknął jej włosów jasnych jak len, zaplecionych w gruby warkocz, nie potrafił już myśleć o nikim innym. Rodzice kochali ją nad życie, ale dziewczyna nie słuchała ich rad. Marzyła o innym losie – o bogactwie, jedwabnych sukniach i klejnotach, o życiu wolnym od codziennego trudu, bez dźwigania worków z mąką i prania lnianych koszul w lodowatej wodzie Kacanki.
— Spójrz na swoje dłonie, matko — rzekła kiedyś, odsuwając od siebie miskę z parującą kaszą. — Są szorstkie jak kora dębu. Słońce przez lata spaliło twoje lico, a lodowata woda z rzeki powykrzywiała palce. Czy tego samego chcesz dla mnie?
— Chcę, żebyś miała spokojne życie i dobrego męża, który cię nie skrzywdzi i chleba nie poskąpi — westchnęła stara młynarzowa, ocierając dłonie o fartuch. — Jakub, syn kowala, oczu od ciebie oderwać nie może. To dobry chłopak. Przy nim nie zaznasz biedy.
Motława parsknęła śmiechem.
— Syn kowala cuchnie żelazem i potem — prychnęła. — Ja chcę pachnieć różanymi olejkami, o których opowiadał kupiec z dalekiego południa. Pragnę tańczyć na pańskim dworze, wśród świec i pięknej muzyki, a nie na klepisku w rytm pękniętych skrzypiec i kowalskiego miecha!
Pewnego wieczoru, gdy łąki nad Kacanką spowiła gęsta, mleczna mgła, dziewczyna wymknęła się z chaty. Nie poszła jednak w stronę wsi, ale ku zakazanym moczarom. Tam, jak opowiadała stara zielarka Jadwiśka, w noc wiosennego przesilenia można było spotkać Błotnika, króla bagien i mokradeł.
— Ten, kto odważy się spojrzeć mu w ślepia i nie ucieknie ze strachu, może wypowiedzieć jedno życzenie — mawiała starucha. — ale jeżeli serce człeka okaże się nieczyste, Błotnik pociągnie go w głąb trzęsawiska, skąd nie ma powrotu.
Motława ostrożnie stąpała po namokłej ścieżce biegnącej wśród mokradeł ku rzece. Każdy jej krok rozlewał się cichym mlaśnięciem, jakby ziemia chciała zatrzymać tonącą w niej stopę. Mgła oplatała nogi zimnymi mackami, gęstniała z każdym oddechem, a drzewa, tonące w mlecznej poświacie, przybierały upiorne kształty. Z oddali dobiegało bulgotanie wody i krótkie, chrapliwe pohukiwania błotnej sowy. Wtórowały im nawoływania innych duchów strzegących bagien. Najpierw przemówił derkacz ze swym chrapliwym „der, der”, potem bąk, którego niskie, dudniące buczenie zdawało się dobywać z samego wnętrza ziemi. Dźwięki te mieszały się z szelestem trzcin i pluskiem wody, w powietrzu zaś unosił się ciężki zapach torfu i gnijących liści. Motława czuła, jak chłód wpełza jej pod suknię, a serce bije jak oszalałe, mimo to nie cofnęła się ani na krok.
Nagle spostrzegła, iż jeden z bezkształtnych cieni majaczących we mgle, który brała za drzewo, poruszył się. Z początku sądziła, iż to złudzenie, ale cień oderwał się od mlecznej zasłony i zaczął iść w jej stronę. Z każdym krokiem stawał się coraz wyraźniejszy, aż w końcu zatrzymał się tuż przed nią na ścieżce.
Motława wstrzymała oddech. Wysoki, nienaturalnie chudy stwór nie przypominał żadnej ziemskiej istoty. Jego postać, owinięta w łachmany z mchów i trzcin, była zniekształcona, jakby ulepiona z błota, korzeni i gnijących roślin. Zapadła pierś, porośnięta trawą, zdawała się nie unosić, jakby stworzenie wcale nie oddychało. Również łeb stwora nie miał w sobie nic ludzkiego. Podobny był do zwierzęcego, ale mroczne ślepia, błyszczące zielonkawym światłem, i pysk, z którego wystawały ostre, nierówne zęby, nadawały mu przerażający wygląd.
Każdy ruch maszkary był powolny, ciężki, jakby poruszała się w gęstej, lepkiej brei. Mgła wokół gęstniała z każdą chwilą, przybierając brunatnozieloną barwę, a powietrze przesycał mdły zapach zgnilizny.
Motława poczuła, jak chłód przenika ją do szpiku kości. Chciała cofnąć się o krok, ale gdy tylko postawiła stopę na ziemi, mokradło poczęło ją wciągać. Wyrwała więc nogę z błota z głośnym mlaśnięciem i obejrzała się za siebie. Ścieżka zniknęła.
Z zapadłej piersi stwora dobył się chrapliwy świst, który w niczym nie przypominał ludzkiego westchnienia, ale raczej upiorny pisk puchacza, niosący się echem nad moczarami.
Motława domyśliła się już, kim jest stojąca przed nią istota. Był to Błotnik, król bagien i mokradeł, strażnik miejsc, w które lepiej nie zapuszczać się po zmroku.
— Chciałaś mnie widzieć, śmiertelniczko? — zapytał skrzeczącym głosem. — Prawie zapomniałem waszej mowy…
— Uczyń mnie panią tych ziem — zażądała dziewczyna bez wahania. — Pragnę bogactwa i władzy!
Stwór zachichotał, po czym rzekł:
— Czy nikt ci nie mówił, iż władza i bogactwo mają swoją cenę, młynarzówno? Musisz ofiarować mi coś w zamian.
— Weź moje dotychczasowe życie, jeżeli chcesz! — zawołała hardo. – I tak pełno w nim nędzy i nudy. Weź je, a mnie uczyń królową tej ziemi!
— Dobrze, śmiertelniczko — odrzekł Błotnik, wyciągając ku niej kościstą łapę. — Będziesz władać tą ziemią po wsze czasy, a wszystkie jej bogactwa, które w ciągu wieków w niej spoczęły, staną się twoją własnością.
Motława, zaślepiona żądzą władzy, nie wiedziała, co ją czeka. Nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, bagno objęło ją swymi mackami. Na próżno próbowała się wyrwać z błotnej kipieli. W okamgnieniu straciła wszystko, czym los ją dotychczas obdarzył, i stała się szkaradną wiedźmą, panią nadrzecznych mokradeł. Wszystkie skarby, które przez wieki utonęły w tym bagnie, odtąd należały do niej. Posiadła bogactwo i władzę, ale stała się odrażającym stworem, którego ludzie zaczęli się bać i unikać jak zarazy.
Zaszyła się więc na dnie bagniska i od tej chwili, z żalu za utraconym życiem, mści się na niewinnych. jeżeli ktoś zbłądzi w miejsce, gdzie Motława rządzi, musi się mieć na baczności, bowiem wiedźma tylko czyha, by opleść wędrowca niewidzialnymi więzami i wciągnąć do swego błotnego legowiska.
Wioskę, która leży nieopodal jej siedliska, nazwano Wiązownicą. Nazwa wywodzi się od legendarnych „więzów”, którymi wiedźma oplata tych, którzy, skuszeni opowieściami o skarbach spoczywających w głębinach, zapędzą się na te tereny.
Statystyki: autor: Alicja Jonasz — 28 sty 2026, 12:58





![Licytacje dla Antosia na FB! Spacerówka, makijaż, tort i wiele innych [ZOBACZ]](https://www.eostroleka.pl/luba/dane/pliki/zdjecia/2026/collage_23-0.jpg)









