Dziennik 30 grudnia, Warszawa
Cały dzień spędziłam przy kuchence. Już naprawdę byłam zmęczona, gdy nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. To rodzina Arka przyjechała, rozsiadła się przy stole. A gdzie mięso? spytała ciotka Jadwiga. Tam, gęś faszerowana odpowiedziałam jak najżyczliwiej potrafiłam. Ciotka podniosła się teatralnie od stołu: Tego nie da się jeść. Jedziemy do domu. Arek wstał zaraz za ciotką: No, wiesz co Mieszkaj sobie sama, skoro nie potrafisz gotować! Zaczął nagle wrzucać swoje rzeczy do torby.
Zadzwoniłam do Gosi. Halo, Gosiu, to ja, Malwina. Co? Malwina mówię, fatalnie słychać. Po co dzwonię? Słuchaj, w tym roku nie pojadę do was na święta. Nie, mówię, iż nie przyjadę na Sylwestra. Dlaczego? Po co? Ty będziesz z Witkiem, córka z mężem i dziećmi. A ja co? Naje się sałatki i potem na taksówkę po podwójnej stawce? No nie mogę, przecież w cudzym domu nie zostanę na noc, sama wiesz. Co będę robić? Położę się spać i tyle przez szumy i trzaski na linii żaliłam się Gosi, u której przez ostatnie pięć lat, po rozwodzie, spędzałam Nowy Rok i inne święta.
Co? Ty sama chciałaś zadzwonić? Wyjeżdżacie? Gdzie? Do Krakowa, do ciotki Witka. Szerokiej drogi, bawcie się dobrze! Problem? Jaki? Kto przyjeżdża? Kasia? Jaka Kasia? Siostrzenica? Halo? Co oni tam mają z tą siecią? Przygarnąć ją na kilka dni? No wiesz, przecież nie lubię obcych w domu. Dobrze, pomogę, niech przyjeżdża. Co za pech Rozłączyło nas westchnęłam poirytowana.
Usiadłam, przemyślałam. Może rzeczywiście lepiej, iż święta nie spędzę zupełnie sama. Trzeba jednak coś przygotować choćby drobny sałatka pasowałaby. Sama tam bym się najadła kanapkami, ale gościa wypada poczęstować. Postawiłam więc warzyć warzywa, przygotowałam natkę i zadumałam się.
Za starych czasów, gdy byłam żoną Arka, taki dzień by mi się nie przydarzył. Już trzydziestego cała jego wiejska rodzina zjeżdżała do nas. I się zaczynało. Kuchni nie dało się rozpoznać para, dym, żadne otwarte okno nie pomagało. Gotował się barszczyk, piekły paszteciki, smażyły się kotlety wszystko tłuste, pachnące, aż się w głowie kręciło. Ja tylko biegałam z naczyniami a to galaretę na balkon, a to warzywa na sałatkę oczyszczałam. Do poważniejszego gotowania nikt mnie nie dopuszczał, odkąd zrobiłam sałatkę z awokado.
Co za wynalazek mruknęła ciotka Jadwiga i wszyscy zgodzili się chórem.
A ich jedzenie to przecież samo tłuste, wszystko tonie w majonezie. Jeszcze mężczyźni zaraz za stół, domowa nalewka leci gęsto. Do północy trzydziestego pierwszego padali z przejedzenia i przepicia.
A potem, drugiego stycznia, wyjeżdżali, dojadając wszystko do końca, dopijając resztki. I zostawał mi cały bajzel do sprzątania, a Arek w tym czasie świętował dalej na wsi. Potem wracał, posępny, nieogolony i zły. Nieskończone pretensje od rodziny iż niby żona nie potrafi ugotować po polsku tłuste mięsa i boczek muszą być. A na domiar złego, ciągłe wspominki o Wiośnie, którą mu rzekomo odebrałam. Znosiłam to, bo co zrobić gotować tamtych rzeczy nie umiałam, po prostu.
Zawsze żaliłam się Gosi mojej przyjaciółce z dzieciństwa. Ona, nie mogąc już tego słuchać, wymyśliła plan zadzwoniłyśmy do rodziny z zaproszeniem: jeżeli przyjadą, to ja gotuję. Z Gosią pół dnia spędziłyśmy robiąc lżejsze, ale syte przekąski. Przyjechali, rozsiedli się:
A gdzie mięso? jęknęła rozczarowana ciotka Jadwiga. Tam, gęś faszerowana.
A gdzie puree? nie ustępowała.
Ciotka wstała obrażona nawarzyła paszy, Felek, pakuj mnie do domu! Wszyscy rzucili się do drzwi trzask, trzask.
Arek westchnął: No ty to i zamachnął się na mnie.
Poczekajcie, idę z wami! zawołał. Tylko rzeczy nie zapomnij! rzuciłam szorstko, wyciągając mu torbę.
Mieszkaj sama, dziwaczko Ja sam nie zostanę, ale ty? Zaczął pakować rzeczy i wyszedł.
Gdy ziemniaki się gotowały, ocknęłam się na dźwięk domofonu. Może to już Kasia? Otworzyłam drzwi zaskoczona. A gdzie Kasia?
Przed drzwiami stał uśmiechnięty mężczyzna, jakieś 40 lat. To ja. Nazywam się Aleksander Markiewicz, siostrzeniec Witka. Przyjechałem z wizytą, niespodzianka, ale oni wszyscy pojechali do Krakowa. Pani to pewnie Malwina?
Przytaknęłam trochę zdezorientowana. Ale Gosia mówiła o siostrzenicy
Aleksander się zaśmiał: Może się nie dogadałyście.
No tak, może coś przekręciłam przez tę fatalną rozmowę. Wchodzi Pan, skoro Pan już jest.
Proszę się nie martwić, mam bilet na pierwszy, wieczorem. Nie będę długo przeszkadzał.
Poszłam do kuchni, odcedziłam warzywa, przesypałam na talerz do ostygnięcia.
Naprawdę na jednego sałatka chce Pani świętować? zapytał z nutą ironii Aleksander.
A Pan co, pełną zastawę wymaga? Mięso, wielka misa sałatki jarzynowej? odcięłam się nieco szorstko.
Roześmiał się: Ależ skąd! Ja wolę rybę.
U mnie niestety brak. I zresztą, dobrze jej nie przygotuje.
Proszę się nie kłopotać! Zaraz wszystko będzie chwycił płaszcz i wybiegł, zanim zdążyłam zaprotestować.
Czy to nie absurd? Czekałam dziewczyny w średnim wieku, a tu taki energiczny facet! Aleksandra nie było godzinę i pół zaczęłam się niepokoić. W końcu znów domofon i oto on, z siatami pełnymi zakupów i małą, prawdziwą choinką!
Po co to wszystko? zapytałam zdumiona.
Aleksander postawił choinkę pod ścianą: Co to za sylwester bez choinki!
Zaciągnęłam się cudownym, żywicznym zapachem i uśmiechnęłam się: Tylko mandarynek brakuje.
A właśnie! Mandarynki, szampan wszystko jest. Teraz pani mi pomoże lecimy do kuchni, szykujemy.
Przygotowania szły nam wesoło on żartował, ja się śmiałam, obierałam krewetki i rybę pod jego okiem. Patrzyłam, jak pieczony karp roztacza zapach po całym mieszkaniu.
Na dwunastą mieliśmy wszystko gotowe. Szampan się chłodził, kieliszki czekały. Punktualnie o północy stuknęliśmy się: W Nowy Rok, z nowym szczęściem! I wypili do dna. Gawędziliśmy potem długo.
Wie Pan, jak się pobieraliśmy, to Arek był inny. Milczy człowiek, ale przy ślubie wydał się takim dobrym Zresztą zakochani nigdy nie widzą wad westchnęłam. Potem już tylko mrukstwo i pretensje. A Pan? Żonaty?
Aleksander westchnął: Już nie. Banał wracam z trasy, a ona ma już nowego. Po Nowym rozstaniemy się oficjalnie. Trochę za smutno rozmawiamy przestawmy się na Ty i powspominajmy dzieciństwo.
Kiedyś założyłyśmy się z chłopakami i wlazłam na wielką lipę pod blokiem. Nie mogłam zejść. Siedziałam i płakałam, aż stryj Zbyszek z III klatki mnie ściągał. I potem w kącie do wieczora stałam wybuchłam śmiechem.
A ja w podstawówce przykleiłem krzesło dyrektora do podłogi. Tata obił paskiem solidnie! śmiał się Aleksander.
Gadaliśmy tak do rana. Kiedy ziewnęłam, kazał mi iść spać.
Trzeba jeszcze posprzątać opierałam się.
Zostaw, ja wszystko zrobię! powiedział stanowczo.
Odwiesiłam z ulgą fartuch i w dwie minuty spałam jak dziecko.
Obudził mnie Aleksander. Malwina, już czas na mnie, zamkniesz za mną drzwi.
Podskoczyłam: To już wieczór? Dlaczego wcześniej mnie nie obudziłeś?
Przesunął mi kosmyk włosów z czoła i uśmiechnął się: Tak słodko spałaś, nie miałem serca budzić. Ale muszę już lecieć na dworzec.
Oprowadziłam go do drzwi: Dziękuję, za wszystko Udanego powrotu.
Na progu wyglądał, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć. Mogę do ciebie przyjechać, gdy już będę wolny? spytał trochę niepewnie.
Przyjedź, będę cze nie skończyłam, bo pocałował mnie i szepnął: No to do zobaczenia!
Jeszcze długo stałam przy zamkniętych drzwiach, dotykając ust i uśmiechając się do siebie. Czasem znasz kogoś całe życie i okazuje się draniem, a czasem wystarczy jedna doba, by czuć, iż znasz kogoś całe życie.
Nie ma co cuda naprawdę się zdarzają w sylwestra. Przypadek i nagle nowe uczucie, a z nim nowe życie.















