Aleksandra Wichrowa: rodzina zamyka nazwisko na klucz, zanim zrobi to ktoś inny

newsempire24.com 1 dzień temu

Trzy dni po pogrzebie Marek Wichrowy usiadł przy kuchennym stole w swoim mieszkaniu na gdańskiej Oliwie i zaczął pisać listę. Nie listę zakupów. Listę rzeczy, które trzeba załatwić, zanim ktoś inny zdąży pierwszy.

Jego córka, Aleksandra Wichrowa, aktorka i wokalistka, zmarła 6 kwietnia 2025 roku. Miała dwadzieścia dziewięć lat. Rak piersi zdiagnozowano jej sześć lat wcześniej — wtedy wygrała, przeszła leczenie, wróciła na scenę. Jesienią 2023 roku lekarze znaleźli guza w płucach. Tej walki już nie wygrała.

Marek gra na saksofonie od czterdziestu lat, koncertował w połowie Europy, ale to, co teraz go trzyma przy życiu, nie ma nic wspólnego z muzyką. Ma na biurku otwarty laptop z formularzem Urzędu Patentowego RP i kubek z zimną kawą, którego nie dopił, bo zapomniał. Chce zarejestrować znak towarowy na imię i nazwisko córki oraz na jej podpis — ten sam zawijas, którym podpisywała plakaty po koncertach w Sopocie i w Krakowie.

Powód jest prosty i brzydki: w internecie już krążą konta sprzedające koszulki z jej twarzą, ktoś zarejestrował profil na Instagramie łudząco podobny do jej oficjalnego, podpisujący się jako "oficjalna pamięć Oli". Nikt z rodziny tego nie prowadzi. Nikt nie widział ani grosza z tej sprzedaży.

Aleksandra dorastała w domu, w którym muzyka grała od rana. Matka, aktorka Barbara Wichrowa, uczyła ją prowadzić się na scenie, zanim nauczyła ją jeździć na rowerze. Ojciec brał ją na próby, sadzał w kulisach z colą i kanapką, a ona patrzyła, jak sala się zapełnia. Śpiewać zaczęła w podstawówce w chórku parafialnym na Przymorzu, potem był musical w Teatrze Muzycznym, potem rola w serialu szpitalnym, który oglądała cała Polska co czwartek wieczorem. W show telewizyjnym, gdzie artyści wcielają się w innych wykonawców, zdobyła sympatię nie tylko głosem, ale tym, iż po każdym występie biegła uściskać rywali, zanim jeszcze ogłoszono wyniki.

Chorobę pokazywała bez retuszu. Na swoim profilu wrzucała zdjęcia po chemii, bez peruki, z opuchniętą twarzą od sterydów. Pisała krótko: "Dziś gorszy dzień, jutro spróbuję jeszcze raz." Właśnie dlatego tysiące ludzi czuło, iż ją znają osobiście, choć nigdy nie zamienili z nią słowa.

Marek zebrał rodzinę w niedzielę wieczorem — żonę, młodszego syna Kubę, prawniczkę z kancelarii przy ulicy Długiej, z którą współpracowali od lat. Rozłożyli na stole wydruki: zrzuty ekranu z podrobionych kont, faktury za koszulki sprzedawane po sześćdziesiąt złotych sztuka, screen strony, na której ktoś oferował "oryginalny autograf Oli" za trzysta złotych, choć nikt z rodziny nigdy takiego autografu nie podpisywał ani nie zlecał do sprzedaży.

— To nie jest o pieniądzach — powiedziała Barbara, przesuwając papiery na środek stołu. — To jest o tym, iż ludzie kupują coś, czego ona by nigdy nie sprzedała.

Kuba się nie zgodził. Odsunął krzesło, wstał, podszedł do okna i stał tam z rękami w kieszeniach, dopóki nie powiedział tego, co go gryzło od tygodnia:

— Ona całe życie robiła wszystko na oścież. Zdjęcia po chemii, bez peruki, wszystko. A wy teraz chcecie zamknąć jej nazwisko w sejfie. To nie jest ochrona, to jest zamurowanie tego, co po niej zostało.

Nikt się nie odezwał. Prawniczka odłożyła długopis. Barbara wzięła do ręki jedną z faktur — tę za koszulki po sześćdziesiąt złotych — i podała ją synowi.

— Ona pokazywała siebie. Nie sprzedawała. Jest różnica między otwartością a tym, żeby ktoś obcy wypisywał na jej nazwisku czek.

Kuba wziął papier, przeczytał numer konta odbiorcy przelewu wydrukowany na dole, i długo nic nie mówił. Potem usiadł z powrotem przy stole i podpisał pełnomocnictwo razem z resztą.

Prawniczka wyjaśniła procedurę: rejestracja znaku towarowego na imię, nazwisko i podpis potrwa kilka miesięcy, ale już samo złożenie wniosku pozwoli rodzinie wysyłać wezwania do zaprzestania naruszeń. Trzeba będzie dołączyć wzór podpisu — Marek miał go na starej umowie koncertowej z teatru w Sopocie, podpisanej przez córkę siedem lat wcześniej.

Tydzień później Marek pojechał do Warszawy, do Urzędu Patentowego przy ulicy Świętokrzyskiej. Złożył wniosek osobiście, z teczką dokumentów pod pachą: kopię aktu zgonu, wzory podpisu z trzech różnych umów, pełnomocnictwo od matki i brata. Urzędniczka przy okienku, kobieta w wieku matki Aleksandry, przez chwilę patrzyła na nazwisko w formularzu, zanim zapytała cicho, czy to ta sama Wichrowa z telewizji. Marek podał jej teczkę i powiedział tylko: — Tak, to ona.

Dwa miesiące później przyszło pierwsze pismo — potwierdzenie zgłoszenia znaku towarowego, numer sprawy, data publikacji w Biuletynie Urzędu Patentowego. Prawniczka od razu wysłała pierwsze wezwanie do właściciela sklepu internetowego sprzedającego koszulki. Odpowiedź przyszła po trzech dniach, nie od prawnika, a od samego sprzedawcy: krótki mail, w którym twierdził, iż nazwisko "jest w domenie publicznej", iż rodzina "nie ma monopolu na pamięć", i iż jeżeli ktoś spróbuje zamknąć mu sklep, on "znajdzie inny serwer za granicą i zrobi to jeszcze raz, tylko większe".

Prawniczka przesłała ten mail Markowi bez komentarza, samym linkiem. Marek przeczytał go trzy razy, stojąc w kuchni z telefonem w ręku, a potem zadzwonił do kancelarii i zapytał tylko, czy da się to jeszcze przyspieszyć, bo nie chce czekać, aż sklep "zrobi to większe".

Sprawa trafiła do sądu gospodarczego. Termin rozprawy wyznaczono na wrzesień. Marek przyjechał do Warszawy dzień wcześniej, żeby się nie spóźnić. Na sali sądowej sprzedawca się nie pojawił — wysłał pełnomocnika, młodego prawnika, który przez pierwsze dwadzieścia minut argumentował, iż znak towarowy zgłoszono zbyt późno, iż sklep działał, gdy prawa jeszcze nie były zarejestrowane, i iż nie można ukarać czegoś, co w chwili sprzedaży było legalne.

Sędzia zapytał prawniczkę rodziny, czy ma coś do dodania. Ona wstała i powiedziała jedno zdanie, wskazując na kopię zgłoszenia patentowego leżącą na stole sędziowskim: — Data wpływu wniosku jest wcześniejsza niż data ostatniej transakcji w sklepie, o dwadzieścia dwa dni.

Pełnomocnik sprzedawcy przez chwilę przeglądał swoje papiery, szukając czegoś, co mogłoby to podważyć. Nie znalazł. Sędzia odczytał postanowienie o zabezpieczeniu — nakaz natychmiastowego zaprzestania sprzedaży pod groźbą kary finansowej za każdy dzień zwłoki.

Sklep zamknięto tego samego wieczoru. Fałszywy profil na Instagramie zgłoszono do administracji serwisu razem z kopią postanowienia sądowego jako dowodem. Konto zablokowano dziesięć dni później.

Marek nie urządził konferencji prasowej. Nie napisał żadnego triumfalnego wpisu. Wrócił do domowego biura, otworzył skoroszyt, który stoi teraz na półce obok starych plakatów koncertowych, i włożył do niego kolejną kartkę — wydruk postanowienia sądowego i zrzut ekranu z komunikatem "To konto zostało usunięte". Poprawił brzegi papieru, żeby nie wystawały poza okładkę, i zamknął skoroszyt na zatrzask.

Idź do oryginalnego materiału