
Perełka architektury, geniusz energii odnawialnej, podziemny teatr, miejsce powstawania kolejnych produktów, które uwielbiasz, a przynajmniej cenisz sobie ich użytkowanie – mowa o Apple Park siedzibie Apple. Możesz jednak czuć spory zawód, jeżeli planujesz je odwiedzić.
Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 9/2025
Zdecydowanie większość ludzi w czasie swoich wakacji nie planuje odwiedzania siedziby firmy, która wyprodukowała jakiś tam telefon czy komputer. Niemniej jesteśmy na łamach iMagazine, a ja od dwóch dekad używam produktów Apple (od iPoda Nano 3 gen.), z pierwszym iMakiem zetknąłem się w latach 90. w podstawówce, a chwilę później obejrzałem „Piratów z Doliny Krzemowej” i po raz pierwszy zacząłem się interesować ludźmi, którzy stali za powstaniem technologii, które w istotny sposób wpłynęły na moje życie. Pompatycznie, trochę na wyrost, ale jednak gdzieś w długim ciągu przyczynowo-skutkowym Jobs, Apple, Cupertino i cała Dolina Krzemowa ma swoje miejsce. Dlatego, będąc w okolicy i planując całą swoją wakacyjną podróż, musiałem zahaczyć o Cupertino.
W majowy poranek wyruszaliśmy z San Francisco w stronę Doliny Krzemowej. Samo SF może będzie okazją do innego artykułu, był to mój drugi pobyt w tym mieście i wciąż się nim zachwycam. Cel numer jeden – Uniwersytet Stanforda. To tam właśnie Steve Jobs w 2005 roku wygłosił swoją mowę do absolwentów z hasłem „Stay Hungry, Stay Foolish” („pozostańcie głodni, pozostańcie nienasyceni”), sam zresztą studiował na tej uczelni, tak jak Elon Musk, Larry Page i Sergey Brin (założyciele Google’a), pisarz noblista John Steinbeck czy Reeese Witherspoon, którą będzie można zaraz podziwiać w kolejnym sezonie „The Morning Show”. Przede wszystkim to uczelnia będąca w czołówce najlepszych uniwersytetów na świecie.
Wizyta w Stanford była doskonałym doświadczeniem i strzałem w dziesiątkę. W okolicy kampusu ulokowane są parkingi dla odwiedzających, z łatwą płatnością przez telefon i możliwością przedłużenia czasu pobytu w każdej chwili, jeżeli zajdzie taka potrzeba. To miejsce robi wrażenie pod względem porządku, spokoju, a jednocześnie widać, jak w starych murach toczy się młode życie – studenci przemieszczający się między zajęciami gwałtownie na rowerach, studenci biegający, wykorzystując wolne chwile na trening, gdzieś tam ktoś z kawą i laptopem uczący się. A wszystko w otoczeniu drzew i wielu pięknych budynków, wieży Hoovera czy przepięknego kościoła – Stanford Memorial Church. Kampus Stamforda to idealne miejsce na godzinny spacer, miejsce do zamyślenia się. Na mnie zrobiło wrażenie, ale jednocześnie też nigdy jakoś bardziej się nim nie interesowałem. Na pewno ktoś bardziej dociekliwy jest w stanie wycisnąć z niego jeszcze więcej, nie mówiąc o tych, którzy trafią tu na studia.

Kolejny punkt – zdecydowanie nie jest zaznaczany na mapach ani też w rzeczywistości nie jest masowo odwiedzany przez turystów – to dom rodzinny Steve’a Jobsa w Palo Alto. Oficjalnie dom ten jest wpisany jako budynek historyczny i w tej chwili jest własnością siostry Jobsa (Patty Jobs, która, podobnie jak Steve, została adoptowana). Podobnie jak wiele amerykańskich domów front nie jest ogrodzony, natomiast znajdziemy tam też wyraźne informacje, by nie wchodzić na teren. Dom ten jest też typowy dla tej okolicy. Skromna, niska zabudowa – która i tak ze względu na lokalizację jest wyceniana na ponad 1,5 mln dolarów. Chciałem się tam pojawić ze względu na to, iż właśnie tam wszystko miało swój początek. To w garażu tego domu powstał Apple I. Jobs i Woz wraz z bliskimi składali tu pierwsze partie tego komputera. Generalnie jest to wizyta na 2 minuty – podjechać, zrobić pamiątkowe zdjęcie i już. Jednocześnie jazda okolicznymi, osiedlowymi drogami pozwala choć lekko poczuć klimat Doliny Krzemowej.
Następnym punktem wycieczki był już Apple Park, czyli kampus Apple, wielki statek UFO. Gigantyczny, ultranowoczesny budynek, którego nie zobaczycie! Warto mieć tego świadomość, by się nie rozczarować, a jednocześnie warto zajrzeć do Visitor Center i być w okolicy, aby doświadczyć tego miejsca. Apple stawia na zieleń, co sprawia, iż sam Apple Park jest praktycznie niewidoczny, możecie zobaczyć gdzieniegdzie jego fragmenty, najwięcej z tarasu widokowego w Apple Park Visitor Center, ale ten niestety jest ciut za niski, aby widzieć cokolwiek.

Natomiast właśnie obok Apple Park Visitor Center dostępny jest parking dla turystów, a samo miejsce to połączenie Apple Store z kawiarnią. Jest to w dodatku jedyny taki sklep Apple’a, gdzie możecie kupić liczne firmowe gadżety jak koszulki, bluzy, kubki, długopisy etc. Część przestrzeni zajmuje też makieta kampusu, która jest minimalistyczna w stylu Apple. Natomiast dzięki iPadowi otrzymanemu od obsługi i wykorzystaniu rozszerzonej rzeczywistości możemy zagłębić się w detale kampusu. Zachwycają też oliwki posadzone wokół czy artystyczna instalacja Mirage – którą można było podziwiać także jako tło dla keynote tegorocznego WWDC. I to by było na tyle. Ja chciałem w tym miejscu się pojawić, zaliczyć je, kupić sobie koszulkę. Natomiast jeżeli nie jara was Apple, nie chcecie doświadczyć tego miejsca, to spokojnie ten punkt na trasie waszej podróży po Zachodnim Wybrzeżu możecie odpuścić i więcej czasu spędzić na przykład w Carmel-by-the-Sea etc.

Po wizycie w Apple Park przenieśliśmy się do Googleplex, zaliczając po drodze jeszcze przejazd pod poprzednim głównym kampusem Apple, Infinitie Loop, w samym Cupertino są jeszcze dziesiątki innych budynków, w których pracują pracownicy Apple. Kampus Google położony jest natomiast w Mountain View. Sam w sobie nie robi większego wrażenia, jest po prostu zadbaną przestrzenią korporacyjnych budynków, ale właśnie ta dbałość wypada blado przy tych detalach każdego nasadzenia przy Apple Park. Na pewno na odbiór Googleplex wpływa fakt, iż do Apple podchodzę jako sympatyk, a w przypadku Google czuje się klientem największej agencji reklamowej na świecie, zostawiając im niemałą sumę miesięcznie na adsy. Jednocześnie sama przestrzeń dla gości była znacznie bardziej interaktywna dla najmłodszych, luźniejsza i absorbująca. Niemniej jest to miejsce, gdzie też po prostu można spotkać przemieszczających się Googlersów, doświadczyć przestrzeni, zakupić gadżety, zjeść lunch czy wypić kawę. Wycieczka na 30–40 minut.

Jeśli liczycie, iż odwiedzając Dolinę Krzemową, zobaczycie więcej niż na filmach czy tym, co udostępniają firmy w sieci, to zdecydowanie się zawiedziecie. To korporacyjne enklawy, w których można pospacerować, nabyć gadżety firm, którym zostawiacie dane i pieniądze. Ale dla niektórych – jak dla mnie – są to miejsca, które chciałem odwiedzić, od lat miałem na bucket list i jestem usatysfakcjonowany z tego. Może żałuję, iż nie odwiedziłem Computer History Museum w Mountain View.
Jeśli artykuł Ale tu nic nie ma, czyli turysta w Cupertino nie wygląda prawidłowo w Twoim czytniku RSS, to zobacz go na iMagazine.



