Ale heca, tato, ale ci tu wyprawiają! I po co ci był ten ośrodek, skoro w domu masz prawdziwe „all inclusive”? Gdy Wojtek wręczył jej klucze do swojego mieszkania, Ewa wiedziała: Bastylia padła. Żaden DiCaprio tak nie wyczekiwał Oscara, jak ona czekała na swojego Wojtka i swój własny przyczółek. Zrezygnowana, 35-letnia, coraz częściej spoglądała z nostalgią na bezdomne koty i wystawy „Wszystko do rękodzieła”. Aż pojawił się on — samotny, który młodość poświęcił karierze, zdrowemu jedzeniu, siłowni i innym bzdurnym poszukiwaniom siebie, bez dzieci. Ewa marzyła o tym „prezencie” od dwudziestki i gdzieś na górze wreszcie się zorientowali, iż ona nie żartowała. — Mam ostatni wyjazd służbowy w tym roku i jestem cały twój, — powiedział Wojtek, wręczając klucze. — Tylko nie przestrasz się mojej „jaskini”. Wchodzę tam głównie spać, — i odleciał do innej strefy czasowej na weekend. Ewa wzięła szczoteczkę, krem i pojechała sprawdzić tę jaskinię. Problemy zaczęły się już na wejściu. Wojtek uprzedził, iż zamek czasem szwankuje, ale Ewa nie sądziła, iż aż tak. Szturmowała drzwi czterdzieści minut: pchała, ciągnęła, wkładała klucz do końca, próbowała z półobrotu, ale drzwi nie chciały jej wpuścić. Zaczęła wywierać presję psychiczną — jak w szkole po lekcjach. Na hałas otworzyły się sąsiednie drzwi. — Czemu się pani do cudzych drzwi dobija? — spytał zaniepokojony kobiecy głos. — Nie dobija się, mam klucze! — syknęła Ewa, ocierając pot z czoła. — A pani kto? Nigdy tu pani nie widziałam, — drążyła sąsiadka. — Jestem dziewczyną Wojtka! — odpowiedziała wyzywająco Ewa, stając w szerokim rozkroku, ale ujrzała tylko szparę w drzwiach. — Serio? — zdziwiła się kobieta. — Tak, co za problem? — Żadnego. Po prostu on tu nigdy nikogo nie sprowadzał (tu Ewa pokochała Wojtka jeszcze mocniej). A tu nagle taka… — Jaka taka? — Nieważne, nie moja sprawa. Przepraszam, — zamknęła drzwi. Rozumiejąc, iż albo ona, albo drzwi, Ewa wcisnęła klucz z całej siły, niemal przekręciła całą futrynę. Drzwi ustąpiły. Wnętrze Wojtka stanęło nagie przed Ewą, a jej dusza zamarzła. Samotnemu mężczyźnie przystoi pewien ascetyzm, ale to była prawdziwa cela. — Biedaku, chyba twoje serce dawno zapomniało, co to ciepło, — szepnęła Ewa, rozglądając się po skromnym mieszkaniu, gdzie od dzisiaj miała bywać często. Cieszyła się jednak. Sąsiadka nie skłamała: kobieca ręka tu nie dotykała tych ścian, podłogi, kuchni ani okien. Jest pierwsza. Nie mogąc się powstrzymać, pobiegła po firanki, dywanik do łazienki, rękawice kuchenne i ręczniki. A w sklepie już poszło: do dywanika i firanek doszły aromaty, mydło manualnie robione i kosmetyczne pojemniki. „Dorzucić parę drobiazgów do cudzego gniazda to przecież nie chamstwo” — uspokajała się Ewa, przyczepiając drugi koszyk do pierwszego z zakupami. Zamek już nie stawiał oporu. adekwatnie wcale nie spełniał już swojej funkcji, jak bramkarz hokejowy bez maski. Ewa, rozumiejąc swój błąd, do północy odkręcała stary zamek kuchennym nożem, a rano ruszyła po nowy — i oczywiście wymieniła też noże, widelce, łyżki, obrus, deski, podstawki i wzięła się za firanki. W niedzielę zadzwonił Wojtek: musi zostać na delegacji jeszcze parę dni. — Będę tylko wdzięczny, jeżeli dodasz trochę ciepła i przytulności mojemu mieszkaniu, — uśmiechnął się przez telefon, gdy Ewa nieśmiało przyznała się do swoich „wolności aranżacyjnych”. A wygody i dekoracje już trafiały do mieszkania lawiną — Ewa wreszcie mogła uwolnić wszystko, co gromadziła latami samotności. Po powrocie Wojtka, z dawnego domu został tylko pająk przy wentylacji. Ewa chciała go przepędzić, ale widząc jego zszokowane oczy, zostawiła go jako symbol nietykalności cudzej własności. Mieszkanie Wojtka wyglądało teraz, jakby od ośmiu lat był szczęśliwym mężem, potem się rozczarował, potem ponownie odnalazł szczęście na przekór. Ewa nie tylko urządziła mieszkanie, ale sprawiła, iż cały blok wiedział, iż jest nową „gospodynią” i wszelkie sprawy można kierować do niej. Obrączki jeszcze nie było, ale to była kwestia techniczna. Na początku sąsiedzi podejrzliwie patrzyli, potem wzruszali ramionami: „Pani sprawa”. *** W dniu powrotu Wojtka Ewa przygotowała prawdziwą domową kolację, zapakowała swoje jeszcze jędrne wdzięki w odświętną, kuszącą bieliznę, rozstawiła zapachy wokół i przytłumiła nowe światło — czekała. Wojtek się spóźniał. Gdy Ewa już czuła, iż bielizna boleśnie wgniata ją tam, gdzie miesiącami ćwiczyła na siłowni, do zamka wsunięto klucz. — Zamek nowy, tylko popchnij, nie zamknięte! — zmysłowo rzuciła Ewa, lekko speszona, ale pewna siebie. Nie bała się oceny. Dbała o mieszkanie tak dobrze, iż wszystko jej wybaczą. Gdy drzwi się otwarły, Ewie wpadło nagłe SMS od Wojtka: „Gdzie jesteś? Jestem w domu. Widzę, iż mieszkanie się nie zmieniło! A koledzy straszyli, iż wszystko wypełnisz kosmetykami”. Tego SMS-a zobaczyła później. Najpierw do mieszkania weszło pięć obcych osób: dwóch młodych mężczyzn, dwie nastolatki i bardzo stary dziadek, który, widząc Ewę, wyprostował się i przygładził siwe włosy. — Ale heca, tato, witają cię jak króla. I po co ci był ten sanatorium, skoro masz tu taki „all inclusive”? — rzucił młody chłopak, od razu dostając po głowie od swojej, prawdopodobnie żony. Ewa stała w progu z dwoma kieliszkami w ręku, sparaliżowana. Chciała krzyczeć, ale nie mogła się ruszyć. Gdzieś w kącie radośnie zachichotał pająk. — Przepraszam, a pani kim jest? — zapytała cicho Ewa. — Właścicielem tej „jaskini”. A pani z przychodni? Przyszła pani opatrunki zrobić? Mówiłem, iż sam sobie radzę, — odparł dziadek, patrząc na strój Ewy. — Mhm, tak, panie Adamie, u pana aż sielanka i rodzinna atmosfera — zerknęła za Ewę żona młodego mężczyzny. — Zupełnie inny klimat, wcześniej jak w grobie. Jak pani ma na imię? Pan Adam nie za stary dla pani? Choć oczywiście kawaler i z własnym mieszkaniem… — Ew… Ewa… — No proszę! Dobrze pan wybiera, panie Adamie! Dziadek, sądząc po błysku w oku, uznał to za szczęśliwy los. — A Wojtek gdzie? — wyszeptała Ewa i wypiła oba kieliszki duszkiem. Dowiedz się więcej — Ja jestem Wojtek! — zawołał radośnie ośmiolatek. — Jeszcze nie pora na ciebie, Wojtuś, — powiedziała mama i wysłała dzieci z ojcem do auta. — Przepraszam, chyba pomyliłam mieszkanie, — doszła do siebie Ewa, pamiętając walkę z zamkiem. — To Bzowa 18, mieszkanie 26? — Nie, to Bukowa 18, — odparł dziadek, już gotowy do rozpakowania swoich prezentów. — No tak, — westchnęła Ewa, — pomyliłam. Proszę się rozgościć, a ja zadzwonię. Uciekła do łazienki, zakryła się ręcznikiem i tam przeczytała SMS od Wojtka. „Wojtek, zaraz będę, zatrzymałam się w sklepie”, — odpisała. „Ok, czekam. Jak możesz, weź czerwone”, — Wojtek nagrał głosowo. Czerwone miała, ale już w sobie. Pod pachę dywanik, zdjęła firankę i poczekała, aż obcy przejdą do kuchni; wtedy uciekła z łazienki. gwałtownie zgarnęła rzeczy do torby i wybiegła z mieszkania. *** — Opowiem, ale później, — rzuciła Ewa, gdy prawdziwy Wojtek otworzył drzwi. Nic nie zauważając ruszyła do łazienki, wymieniła firankę, rozłożyła dywanik, a potem padła na kanapę i spała do rana, aż cały stres się wypłukał. Obudziła się, a nad nią stał młody mężczyzna, czekając na wyjaśnienia. — Przepraszam, jaki to adres? — Butowa, osiemnaście.

newsempire24.com 1 dzień temu

No proszę, tatuś ma takie powitanie. I po co ci był ten sanatorium, skoro w domu pełne wszystko w cenie?

Gdy Bartosz wręczył jej klucze do swojego mieszkania, Iwona poczuła, iż zdobyła Bastylie. Żaden Leonardo DiCaprio nie czekał na Oscara z takim napięciem, jak ona czekała na swego Bartosza, tym bardziej, iż mogła mieć własny azyl.

Zrezygnowana, mająca już trzydzieści pięć lat, coraz częściej rzucała współczujące spojrzenia ku podwórkowym kotom i na wystawy Wszystko dla rękodzieła.

I tu on samotny mężczyzna, który spędził młodość na karierze, zdrowym odżywianiu, siłowni i na innych głupotach typu szukania siebie, do tego bezdzietny.

Iwona marzyła o takiej niespodziance od dwudziestu lat, i wreszcie gdzieś tam w niebiosach wysłuchano jej próśb.

Mam ostatni w tym roku wyjazd służbowy, a potem jestem cały twój powiedział Bartosz, wręczając wyczekiwane klucze. Tylko nie przeraź się mojej nory. Dom traktuję raczej jako sypialnię dodał i odleciał w inną strefę czasową na cały weekend.

Iwona chwyciła szczoteczkę do zębów, krem i ruszyła sprawdzić, co tam za legowisko. Problemy zaczęły się już przy wejściu. Bartosz uprzedzał, iż zamek czasem się zacina, ale Iwona nie spodziewała się, iż aż tak.

Szturmowała drzwi czterdzieści minut: pchała, ciągnęła, obracała klucz do końca, próbowała delikatnie, ale drzwi nie zamierzały ustąpić przybyszkowi.

Zaczęła wywierać presję psychiczną, jak to kiedyś za blokiem uczyły ją koleżanki. Na hałas uchyliły się drzwi sąsiedniego mieszkania.

Dlaczego łamiesz się do cudzej kawalerki? zapytała zatroskana sąsiadka.

Ja nie łamię, mam klucz! syknęła oburzona Iwona, ocierając pot z czoła.

A kim pani adekwatnie jest? Nie widziałam pani wcześniej dociekała nieproszona sąsiadka.

Jestem jego dziewczyną! wystrzeliła Iwona, stając w szerokim rozkroku, ale zobaczyła tylko szparę w drzwiach, przez którą była przesłuchiwana.

Pani? zdziwiła się kobieta.

Tak. Jakiś problem?

Nie, żadnego. Po prostu on nigdy tu nikogo nie wprowadzał (i Iwona wtedy pokochała Bartosza jeszcze bardziej), a tu nagle taka…

Taka jaka? nie pojęła Iwona.

Wie pani, nie moja sprawa. Przepraszam zamknęła drzwi sąsiadka.

Czując, iż teraz albo nigdy, Iwona wcisnęła klucz z całym pragnieniem zdobycia schronienia, niemal urywając framugę. Drzwi ustąpiły.

Wnętrze Bartosza objawiło jej się w pełnej krasie, a dusza Iwony okryła się szronem. Oczywiście, samotny młody mężczyzna bywa ascetyczny, ale to była prawdziwa cela.

Oj biedaku, twoje serce już dawno zapomniało, a może nigdy nie znało, co to domowy ciepło wyrwało się Iwonie, gdy oglądała to skromne mieszkanie, w którym teraz miała często bywać.

A z drugiej strony była szczęśliwa. Sąsiadka nie skłamała: żadna kobieca ręka nigdy tu nie zawitała. Iwona była tu pierwsza.

Nie mogąc wytrzymać, wskoczyła w buty i pobiegła do najbliższego sklepu po piękną zasłonkę, dywanik do łazienki, a przy okazji łapki do garnków i nowe ręczniki kuchenne.

Nic dziwnego, iż w sklepie ją poniosło Do dywanika i zasłonki dołączyły odświeżacze powietrza, mydła manualnie robione i wygodne pojemniki na kosmetyki.

Dodanie kilku drobiazgów do czyjegoś mieszkania to żadna bezczelność uspokajała samą siebie, doczepiając drugi koszyk do pierwszego.

Już więcej zamek jej nie stawiał oporu. Zresztą, zamek przestał w ogóle spełniać swoją funkcję był jak bramkarz hokejowy bez maski w trakcie meczu.

Widząc, co narobiła, Iwona pół nocy wykręcała stary zamek przy pomocy kuchennych noży, a rano pobiegła po nowy. Noże trzeba było wymienić, a przy okazji widelce, łyżki, obrus, deski do krojenia oraz podkładki pod gorące garnki. A do zasłon było już zaledwie krok.

W niedzielę po południu Bartosz zadzwonił: wyjazd się przedłużył o kilka dni.

Bardzo się ucieszę, jeżeli wniesiesz do mojego mieszkania trochę domowego ciepła uśmiechał się przez telefon, gdy Iwona przyznała, iż odrobinę przeorganizowała wnętrze.

Swoją drogą, ciepło już przewoziła do mieszkania ciężarówkami i rozstawiała zgodnie z projektem i planem zagospodarowania. W końcu tyle lat gromadziła to wszystko w samotnym sercu, teraz nie mogła się powstrzymać.

Gdy Bartosz miał wrócić, z dawnej kawalerki został tylko pająk przy wentylacji. Iwona chciała wygonić i jego, ale widząc przestraszone osiem oczu, zrozumiała, iż lepiej zostawić go jako symbol nietykalności cudzej własności.

Mieszkanie Bartosza wyglądało od dzisiaj jak po ośmiu latach szczęśliwego małżeństwa, potem rozczarowania, a później szczęścia wbrew wszystkiemu.

Iwona nie tylko przejęła mieszkanie, ale zrobiła wszystko, by całe klatka wiedziała, iż jest nową gospodynią i wszelkie pytania można kierować do niej. Obrączki na palcu jeszcze nie miała, ale to szczegół techniczny.

Na początku sąsiedzi patrzyli z niedowierzaniem, ale potem tylko wzruszali ramionami: Jak pani uważa, to pani sprawa.

***
W dniu powrotu Bartosza Iwona przygotowała prawdziwą domową kolację, wcisnęła swe jędrne, zadbane kształty w elegancki, nieco krzykliwy strój, poustawiała wszędzie zapachowe świeczki i przyciemniła nowe oświetlenie. Zaczęła czekać.

Bartosz się opóźniał. Gdy już opakowanie zaczęło boleśnie wbijać się tam, dla czego pół roku ćwiczyła na siłowni, ktoś włożył klucz do zamka.

Zamek nowy, lekko popchnij, nie zatrzaśnięte! odparła lekko zakłopotana, ale kokieteryjna Iwona. Nie obawiała się oceny. Zbyt dobrze upiększyła mieszkanie. Wszystko jej darują.

Kiedy drzwi się uchyliły, Iwona dostała niespodziewanego SMS-a od Bartosza: Gdzie jesteś? Jestem już w domu. Widzę, iż mieszkanie ani trochę się nie zmieniło. A koleżanki się śmiały, iż obsadzisz wszystko kosmetykami.

Tego SMS-a Iwona przeczytała dopiero później. Teraz do mieszkania weszło pięć zupełnie obcych osób: dwóch młodych mężczyzn, dwóch zupełnie młodych uczniów oraz jeden bardzo stary dziadek, który na widok Iwony natychmiast się wyprostował i wygładził resztki siwych włosów.

No patrzcie, tata, jakie masz powitanie! Po co ci ten sanatorium, skoro w domu taki all inclusive? zagadnął jeden z młodych mężczyzn, zaraz dostając kuksańca od swojej żony za zbytnią bezpośredniość.

Iwona stała w progu z dwoma pełnymi kieliszkami, niezdolna się ruszyć. Chciała krzyczeć, ale paraliż ją powstrzymał.

W kącie zachichotał radośnie pająk.

Przepraszam, kim pani jest? pisnęła Iwona.

Właściciel tej izby. A pani pewnie z przychodni, na opatrunek przyszła? Mówiłem, iż sam sobie poradzę odparł dziadek, oceniając jej strój pielęgniarski.

Noo, Adamie Maciejewiczu, masz tu prawdziwy domowy klimat zerkła za plecy Iwony żona młodszego. Zupełnie inaczej, bo dotąd było jak w katakumbach. A pani, jak się nazywa? Nie za stary dla pani nasz Adam Maciejewicz? Chociaż poważny, własne mieszkanie

Ii…w… Iwona…

No proszę! Dobrze, Adamie Maciejewiczu, dobierasz ludzi, nie ma co mówić!

Sądząc po błysku w oku, dziadek także uznał to za szczęśliwy zbieg okoliczności.

A gdzie Bartosz? wyszeptała Iwona, w nerwach wypijając oba kieliszki.

Ja jestem Bartosz! radośnie podniósł rękę ośmiolatek.

Poczekaj, jeszcze ci wcześnie na bycie Bartoszem matka odsunęła go i odesłała dzieci z mężem do samochodu.

P-p-p-przepraszam, chyba pomyliłam mieszkanie To była Bzowa osiemnaście, mieszkanie dwadzieścia sześć?

Nie, to Bukowa osiemnaście rozkładał ręce dziadek, gotów rozpakować nowy prezent.

No tak westchnęła Iwona z rezygnacją pomyliłam się. Rozgośćcie się, a ja zadzwonię.

Chwyciła telefon i uciekła do łazienki, gdzie zabarykadowała drzwi i otuliła się ręcznikiem. Wtedy przeczytała wiadomość od Bartosza.

Bartoszu, zaraz będę, zatrzymałam się w sklepie odpisała szybko.

Dobrze, czekam. jeżeli możesz, przywieź czerwone nagrał głosowe Bartosz.

Czerwone miała przynieść, ale już tylko w sobie. Chwytając dywanik i zwijając zasłonkę, poczekała aż obcy przejdą do kuchni, i wtedy wymknęła się z łazienki.

Zgarnęła gwałtownie rzeczy do torby i wymaszerowała z mieszkania.

***
Opowiem, ale później wyjaśniła swe przeżycia, gdy Bartosz otworzył drzwi.

Jak we śnie przeszła obok niego, nie patrząc. Weszła do łazienki, zmieniła zasłonkę, rozłożyła dywanik, potem padła na kanapę i spała do rana, aż stres i czerwone z niej wyparowały.

Obudziwszy się, zobaczyła przed sobą nieznajomego mężczyznę czekającego na wyjaśnienia.

Proszę pana, jaki tu jest adres?

Bukowa osiemnaście…

Idź do oryginalnego materiału