W sobotę rano obudziłam się i pierwsze, co poczułam, to zapach kawy z mieszkania obok. Pani Halina z czwórki zawsze parzy tę samą, z odrobiną kardamonu. Przez cienkie ściany w naszej kamienicy na Starym Mieście w Lublinie słychać wszystko — jak sąsiadka z góry przesuwa krzesło, jak u dozorcy gra telewizor na cały regulator. Kiedyś doprowadzało mnie to do szału. Teraz? Teraz to moja codzienna muzyka.
Mam siedemdziesiąt trzy lata i jedenastoletniego kota o imieniu Stefan. Kot jest gruby, leniwy i patrzy na mnie z politowaniem, kiedy tańczę w kuchni. A ja tańczę. Codziennie. Przy radiu, przy byle czym, co leci. Bo mogę. Bo nikt nie wchodzi, nie pyta, czy obiad gotowy, nie wzdycha, iż znowu „wydziwiam”.
Moja córka mówi, iż ze mną coś nie tak. Bo babcia powinna siedzieć w domu, robić na drutach i czekać, aż ktoś do niej zadzwoni. A ja kupiłam sobie w zeszłym tygodniu czerwoną szminkę w drogerii na Krakowskim Przedmieściu i codziennie maluję usta, choćby jak idę tylko do warzywniaka po dwa pomidory. Wie pani, iż dawniej chowałam szminkę do torebki, zanim weszłam do domu? Żeby mąż nie patrzył krzywo. „Znowu się szminkujesz? Dla kogo?” Dla kogo. Śmieszne. Dla siebie, oczywiście. Ale wtedy nie umiałam tego powiedzieć głośno.
Mąż zmarł osiem lat temu. Córka — ta, co mieszka na Czechowie w nowym apartamentowcu z windą — przez pierwszy miesiąc dzwoniła dwa razy dziennie i pytała, czy nie chcę się do niej wprowadzić. „Mamo, sama w tym starym mieszkaniu? Nie dasz rady”. Nie dałam rady tylko na początku, kiedy jeszcze czułam w przedpokoju zapach jego wody kolońskiej. Stała tam ta buteleczka, odkręcona, do połowy pusta. Wylewałam ją z miesiąc. A potem kupiłam nowe firanki, przesunęłam meble i pierwszy raz od trzydziestu lat postawiłam na środku pokoju wazon, bo ja tak chcę.
Dziś za oknem było szaro, kropił deszcz. A mnie coś strzeliło do głowy. Założyłam czarne spodnie, jedwabną bluzkę w panterkę, którą trzymałam w szafie od wiosny, i wielkie okulary przeciwsłoneczne. Te od córki, „bo mamo, w tym wieku trzeba chronić oczy”. Chronię. choćby jak słońca nie ma. Wyszłam na Podwale i poczułam, iż ludzie patrzą. Młoda para przeszła obok, dziewczyna odwróciła się, szturchnęła chłopaka łokciem. Nie wiem, co pomyśleli. Nie obchodzi mnie to. Szłam jak po wybiegu, chociaż biodro pobolewało. Niech boli. Ból to dowód, iż żyję.
Wstąpiłam do kawiarni przy Bramie Krakowskiej, zamówiłam latte z syropem orzechowym i drożdżówkę z serem — kosztowało jedenaście pięćdziesiąt, ale smakowało jak luksus. Usiadłam przy oknie, założyłam nogę na nogę i patrzyłam, jak po deptaku biegną studenci z torbami z lumpeksu. Kiedyś ciągnęłam córkę po tych samych sklepach z używaną odzieżą. Teraz mogę sobie patrzeć. Nie muszę nic kupować.
Przy stoliku obok usiadła para. On, może czterdziestka na karku, z miną, jakby go życiem po głowie tłukli. Ona — zmęczona, z sińcami pod oczami, torebka taka, co to się ją nosi do pracy, nie dla ozdoby. Zamówili dwie czarne kawy, żadnego ciastka. Siedzieli i milczeli, każde w swoim telefonie. Patrzyłam na nich i myślałam: Boże, jak dobrze mi samej. Nie dlatego, iż oni są nieszczęśliwi — nie wiem tego. Po prostu wiem, co to znaczy siedzieć tak naprzeciwko kogoś i nie mieć mu nic do powiedzenia. Całymi dniami tak bywało. Wieczór, kolacja, on czyta gazetę, ja mieszam herbatę. Dźwięk łyżeczki o szklankę — to była nasza rozmowa.
Wracałam do domu i po drodze kupiłam bukiet żółtych frezji. Nikt mi ich nie da, to co? Sama sobie dam. Wstawiłam do wazonu na środku pokoju, tam, gdzie kiedyś stał stół, przy którym jadaliśmy razem. Kot otworzył jedno oko, ziewnął. Usiadłam w fotelu, zrzuciłam buty, popatrzyłam na swoje stopy. Odciski po nowym obuwiu, bo skóra jeszcze nie ułożona. Piękne odciski. Sprawdziłam telefon — córka napisała: „Mamo, odezwij się”. Odpisałam: „Wszystko dobrze. Kupiłam sobie kwiaty”. Długo nic. Potem: „Po co ci kwiaty? Chyba cię nie stać na takie fanaberie”.
Znowu zaczęło się. Robi ze mnie staruszkę, która nie rozumie, co to budżet. A ja przecież mam własną emeryturę, tysiąc osiemset pięćdziesiąt złotych, i własne konto. Sama je prowadziłam od dnia pogrzebu. Zawsze się bałam, iż nie dam rady, bo przecież wszystko w domu robił mąż — opłata za prąd, gaz, te wszystkie papierki. A tu, proszę bardzo, radzę sobie lepiej, niż on.
Wieczorem znowu napisała. „Mama, potrzebuję pożyczyć pieniądze. Tomek stracił pracę, rata za samochód, no wiesz”. Tomek to jej mąż. Drugi z rzędu, jeżeli dobrze liczę. Zaciągnęli kredyt na skodę, bo stary passat się zepsuł. A teraz siedzą i dumają. Ja miałam być ta chodząca rezerwa, tak? Siedzi w tym swoim nowym mieszkaniu z windą, której tak się bałam, i pisze do mnie, iż pewnie „nie rozumiem”.
Napiszę jej coś, co zrozumie. Odkąd odeszła z domu, co miesiąc dawałam jej trzysta złotych na wnuki, na doładowania, na buty. Już nie dam. Nie dlatego, iż są mi ona i dzieci mniej bliskie. Dlatego, iż ona przestała widzieć we mnie matkę, a zaczęła widzieć portfel. Właśnie przelałam te trzysta złotych na konto schroniska dla kotów w Lublinie. Zanim zdążyła mnie zapytać, zanim ja zdążyłam zawahać się. Siedzę teraz w fotelu, kot mruczy mi na kolanach, a telefon wibruje wściekle na stole.
Wiem, iż się zdziwi. Wiem, iż będzie zła. I wiem, iż jutro rano obudzę się wcześniej niż zwykle, zaparzę kawę z kardamonem, jak pani Halina, nałożę czerwoną szminkę i wyjdę po świeże bułki. Sama. Wolna. Z torbą, w którą włożyłam lekarskie skierowanie na badanie biodra, bo o siebie też muszę dbać — tylko o siebie.
Nie jestem połówką. Jestem całością. Kot Stefan podnosi łeb, patrzy na mnie. W zasadzie to on ma rację. Dosyć tych wielkich słów. Trzeba umyć kubek.











