Napiszę tę historię po polsku, z nowymi bohaterami i realiami, doprowadzając ją do pełnego zakończenia.
Kot na warcie przy Kwiatowej osiem
Tego ranka Danuta wyszła do furtki z wiaderkiem obierek dla kur — i zapomniała, po co szła. Na drugim końcu ulicy, pod numerem ósmym, stała karetka. Tylne drzwi były otwarte na oścież, a dwaj sanitariusze w granatowych uniformach ostrożnie, bokiem, wnosili do środka nosze. Wiaderko postawiła prosto w kurzu.
Pół roku one z Barbarą się nie odzywały. Pół roku — przez krzew agrestu, który rósł dokładnie na miedzy i równie hojnie sypał jagodami do obu ogródków. Jedna powiedziała za dużo, druga odpowiedziała ostrzej, niż chciała, i każda wróciła do siebie, trzaskając furtką. Dwie kobiety, które od siódmej klasy dzieliły jedną ławkę, a potem całe życie dzieliły sól, drożdże i wieści z gminy, zaczęły mijać się na ulicy, patrząc w bok.
Karetka zamknęła drzwi i ruszyła.
— Stójcie! — krzyknęła Danuta. — Stójcie, słyszycie!
Nie biegała ze dwadzieścia lat. A tu pobiegła — po rozgrzanym asfalcie, w gumowych klapkach, trzymając się ręką za bok. Samochód oddalał się, myślała już, iż da za wygraną, kiedy nagle zapiszczały hamulce i karetka stanęła. Kierowca przypadkiem spojrzał w lusterko.
— Do nas pani? — z przednich drzwi wysiadł mężczyzna. — Co z nią? Co z Barbarą?
— Serce.
— Przeżyje?
— W takim wieku, proszę pani, tego nikt pani nie powie. Zrobimy, co w naszej mocy.
Danuta złapała oddech.
— Wpuśćcie mnie. Na chwilę. Na jedną minutę.
— Rodzina pani?
— Sąsiadka — powiedziała. I ciszej dodała: — Przyjaciółka.
Mężczyzna potarł kark, obejrzał się na kierowcę i bez słowa otworzył drzwi. Barbara leżała pod cienkim szarym kocem, i Danuta najpierw zobaczyła nie jej twarz, tylko ręce. Pod paznokciami była ziemia. Znaczy zdążyła rano wyjść na grządki. Znaczy krzątała się jak zwykle, dopóki jej nie ścisnęło.
Danuta wzięła tę dłoń — suchą, lekką, z wystającymi żyłkami — i ścisnęła tak, jakby mogła nią coś zatrzymać.
— Basiu — wyszeptała. — Basiu, wybacz mi. Słyszysz? Wybacz mi ten agrest.
Powieki się nie poruszyły.
— Przepraszam, musimy jechać — powiedział łagodnie sanitariusz. — Liczy się każda minuta.
— Tak, tak — Danuta cofnęła się i nagle chwyciła go za rękaw. — Wy ją tylko uratujcie. Tylko uratujcie.
— Niech pani zostawi numer telefonu. Zadzwonię, jak będą wieści.
Stała na środku drogi w kurzu, dopóki karetka nie zniknęła za zakrętem w stronę Kętrzyna.
Do domu Danuta jakoś doszła. Przymknęła furtkę, oparła się o nią plecami. Pod ścianą, na nagrzanej cegle, leżał Filemon. Szary, z białą łatką na piersi, o żółtych oczach, które kiedyś świeciły tak, iż widać było w ciemności. Piętnaście lat. Kiedyś siedział na słupku płotu jak wartownik, i żadna kura nie mogła przejść bez kontroli. Teraz po prostu leżał. Mrużył oczy do słońca i się nie ruszał.
— Filemonku. Chodź tu, mały.
Kot niechętnie wstał, podszedł, otarł się o nogę — raz, dla porządku — i znowu się położył. Starość podkradła się do niego cicho, tak jak on sam kiedyś podkradał się do wróbli. Najpierw przestał skakać na płot. Potem na ławkę. Potem przestał wychodzić z podwórka. Danuta patrzyła na niego i rozumiała wszystko do końca. Bo w niej samej było to samo.
We wsi wieści rozchodzą się szybciej niż jaskółki przed burzą. Do południa w sklepiku przy remizie stała już kolejka po świeży chleb, i ta kolejka szumiała.
— Ja jej mówiłam: rzuć ten ogród — mówiła kobieta w wełnianym swetrze, mimo upału. — Zdrowie droższe.
— A jak go rzucisz, kiedy on cię żywi?
— No i komu zrobiła lepiej?
Drzwi skrzypnęły, weszła Grażyna — ta, co zawsze dowiaduje się wszystkiego ostatnia — i kobiety zaczęły do niej machać.
— Grażynko! Słyszałaś, co dziś u nas było?
— No mówcie już.
— Barbarę zabrali. Karetką. Serce.
— Którą Barbarę? Mamy trzy.
— Tę z Polnej, osiem. Na końcu wsi.
— A, tę, co się z Danutą przyjaźniła.
— Przyjaźniła — powtórzyła pierwsza znacząco. — Pół roku się nie witały.
— Dziewczyny, a ona ma pod dziewięćdziesiątkę — Grażyna postawiła siatkę na podłodze. — Może nie wrócić. A jak wróci — kto się nią zajmie? Ani dzieci, ani rodziny.
— A mówiła, iż ma odłożone. I na wszystko, i jeszcze ludziom na stół starczy.
Kobiety spojrzały na siebie i czemuś jednocześnie westchnęły z ulgą, a potem zawstydziły się tego westchnienia.
Przy półce z kaszami stał chłopak, może dwudziestopięcioletni, w jasnej wiatrówce, i udawał, iż wybiera kaszę gryczaną. Nikt na niego nie patrzył. A czego by miał patrzeć? W lipcu do takich wsi pod Kętrzynem kto tylko nie przyjeżdża: jagody tanie, sezon w pełni. Sprzedawczyni liczyła bochenki i myliła się w rachunkach. Kobiety gadały.
Chłopak wysłuchał do końca, wyszedł, kogoś przed sklepem zapytał, jak trafić na Polną, i ruszył tam szybkim krokiem. Oczu za ciemnymi okularami nie było widać. Za to uśmiech — widać było.
Przy furtce się obejrzał. Ulica była pusta, jak bywa tylko w upał, kiedy choćby psy leżą pod werandami. Furtka była przymknięta, ale nie zamknięta — zamiast zasuwki sterczał zagięty zardzewiały gwóźdź. Chłopak pchnął ją nogą, przecisnął się przez szparę i zaczepił rękawem. Materiał pękł krótko i sucho. „Kupię nową — pomyślał. — Byle znaleźć kasę".
Drzwi do domu też były otwarte. Ludzie na wsi jeszcze nie przywykli zamykać się w biały dzień. Naciągnął rękawiczki i zaczął przewracać wszystko do góry nogami.
W biurku pieniędzy nie było. W walizce pod łóżkiem też nie. Przetrząsnął książki — między kartkami leżały tylko wysuszone liście klonu i zdjęcie dwóch dziewczynek w mundurkach z białymi kokardami. W kuchennej szafce stały cukier, sól i słoik z kaszą jęczmienną. Została szafa. Duża, trzydrzwiowa, z lustrem pośrodku. Otworzył pierwsze drzwi i zaczął wyrzucać na podłogę ubrania. Sukienki, swetry, szlafroki — wszystko, co kobieta zbierała pół życia, wylądowało na deskach pstrą kupą.
I wtedy coś dotknęło jego nogi. Raz. Drugi. Trzeci — już natarczywiej.
Chłopak znieruchomiał. Odwrócił się — za plecami nikogo. Spuścił oczy. Na podłodze siedział Filemon i patrzył na niego swoimi żółtymi ślepiami, nie mrugając, jakby liczył, ile jeszcze rzeczy Barbary ten obcy zdąży zniszczyć, zanim ktoś przyjdzie.
Kot, który od roku ledwie wstawał z nagrzanej cegły, teraz stał na progu sypialni i nie odchodził z drogi.
— Won — syknął chłopak i odepchnął go butem.
Filemon nie uciekł. Odsunął się o krok i zaczął miauczeć — nisko, przeciągle, jak nigdy dotąd, jak nie miauczał od lat, kiedy jeszcze pilnował podwórka od kun. Chłopak zaklął, kopnął drzwi szafy i wrócił do przetrząsania ubrań. Na samym dnie, pod stertą wełnianych chust, palce natrafiły na coś twardego — kopertę.
W kopercie było czterysta osiemdziesiąt złotych. Nie miliony, o jakich pewnie marzył, jadąc tu z Olsztyna na sezon jagodowy razem z kolegami z melina przy dworcu. Ale wystarczyło, żeby wsadzić do kieszeni i zniknąć, zanim ktokolwiek go tu zobaczy.
Wtedy właśnie zaskrzypiała furtka na podwórku.
Danuta, która od godziny nie mogła usiedzieć w domu, wyszła jeszcze raz na ulicę — sprawdzić, czy karetka nie wraca, czy sąsiedzi czegoś nie wiedzą. I zobaczyła: furtka Barbary rozerwana, drzwi do domu otwarte na oścież. Serce jej zamarło gorzej niż wtedy na drodze.
— Barbaro? — zawołała, choć wiedziała, iż nikogo w środku być nie może.
Weszła do sieni i usłyszała w sypialni szelest tkaniny i głuchy tupot. Chłopak w jasnej wiatrówce właśnie wychodził z sypialni z kopertą w ręku, a za nim, nie odstępując na krok, szedł Filemon — kulejąc na tylną łapę, ale idąc, pierwszy raz od miesięcy przekraczając próg pokoju.
— Co pan tu robi?! — krzyknęła Danuta, i głos, który jeszcze rano ledwie wydusiła nad noszami przyjaciółki, teraz zabrzmiał tak, iż aż jej samej było dziwno.
Chłopak nie odpowiedział. Odepchnął ją ramieniem i rzucił się do wyjścia. Danuta zdążyła jednak złapać go za rękaw wiatrówki — tej samej, która już raz pękła na furtce — i tkanina rozdarła się do końca, zostając jej w dłoni razem z kawałkiem materiału. Chłopak potknął się o próg, upadł na kolana w trawę przed domem, koperta wypadła mu z ręki, a banknoty rozsypały się po ścieżce.
Sąsiad z naprzeciwka, pan Zenon, który akurat wystawił śmieci, zobaczył to wszystko i bez słowa złapał uciekającego za kołnierz.
— Trzymam! — krzyknął. — Dzwońcie na policję!
Chłopaka zatrzymano jeszcze przed przyjazdem radiowozu z Kętrzyna — nie umiał uciec dalej niż do rowu przy drodze, bo zabrakło mu butów, które zgubił, przeskakując przez płot. Policjanci spisali protokół, zabrali pieniądze jako dowód, a Danuta stała pośrodku zdemolowanego pokoju i patrzyła na sukienki porozrzucane po podłodze, na zdjęcie dwóch dziewczynek w białych kokardach, które leżało otwarte obok szafy.
Filemon usiadł na tym zdjęciu i nie ruszał się z miejsca, dopóki Danuta go stamtąd nie podniosła.
Barbara przeżyła. Dwa tygodnie leżała w szpitalu powiatowym, a Danuta jeździła tam co drugi dzień autobusem, który chodził tylko rano i po południu, i przynosiła bulion w termosie i czereśnie z własnego drzewa. Pierwszego dnia, kiedy Barbara otworzyła oczy i zobaczyła ją przy łóżku, nie powiedziała nic o agreście. Spytała tylko:
— A kot?
— Żyje. Pilnuje domu lepiej niż niejeden człowiek — odpowiedziała Danuta, i to było wszystko, co trzeba było powiedzieć o tamtym dniu.
Kiedy Barbara wróciła do domu, pierwsze, co zrobiła, gdy tylko stanęła mocniej na nogach — poszła do notariusza w Kętrzynie i zmieniła zapis w testamencie. Dom przy Polnej osiem, ten sam, z rozerwaną furtką i szafą na trzy drzwiczki, zapisała nie dalekiej kuzynce z Gdańska, która przez dziesięć lat nie zadzwoniła ani razu, tylko Danucie — z zastrzeżeniem, iż Filemon do końca swoich dni mieszka tam, gdzie mieszkał, i nikt go z tego podwórka nie zabiera.
Krzew agrestu na miedzy tego lata obrodził jak nigdy. Obie zbierały z niego razem, każda do swojego wiaderka, nie licząc gałązek.











