Może znawców sztuki przedstawiona w
poprzednim wpisie Afrodyta z Palepaphos rozczarowuje (wszak
technicznie jest to zwykły betyl, szeroko rozpowszechniony wśród
plemion semickich wizerunek – symbol – bóstwa a nie rzeźba) ale
lata rozwoju postaci (jak powiedzieliby fani gier RPG) sprawiły, że
pojawiły się i bardziej artystyczne wyobrażenia
bogini.
![]() |
| Afrodyta z Pafos - wersja oryginalna Kyprydy |
Najsłynniejszy z owych wizerunków to tak zwana Wenus z
Milo. A adekwatnie, jakbyśmy powiedzieli poprawnie, Afrodyta z
Melos. Wiecie, ta hellenistyczna prawdopodobnie kopia wcześniejszej
greckiej rzeźby przechowywana (i udostępniana dla zwiedzających;
warto zobaczyć, zwłaszcza, iż w zatłoczonym muzeum i tak wszyscy
biegną do portretu jakiejś włoskiej puci z Florencji) w paryskim
Luwrze. Co prawda nie ma rąk (były, ale się urwały), ale Salwador Dali domontował jej w swojej wersji szufladki. Ot, taka sztuka.
Swoją drogą to nie jedyna antyczna rzeźba Afrodyty z utrąconymi
rękami. W poprzednim wpisie wspominałem o Wenus Taurydzkiej,
eksponowanej w petersburskim Ermitażu. Jako ciekawostkę dodam, że
hellenistyczna rzeźba nie pochodzi z Krymu. Do Petersburga trafiła
jako dar papieża dla cara Pawła, a przechowywana była w Pałacu
Taurydzkim, nazwanym tak na cześć opanowania tatarskiego chanatu na
tym półwyspie przez Imperium Rosyjskie.
![]() |
| Wenus Taurydzka z Ermitażu |
Ową paryską Wenus z
Milo znaleziono w XIX wieku na polu właśnie na wyspie Melos. To
jedna z cykladzkich wysp, przez wieki znana głównie z dialogu
melijskiego – zmyślonej przez Tukidydesa w swojej Wojnie
Peloponeskiej dyskusji ateńskich posłów z Melijczykami. Dialog
taki – jeżeli się odbył – przebiegał prawdopodobnie inaczej, podobnie
jak słynne "gwardia umiera ale się nie poddaje"
oryginalnie zabrzmiało dźwięcznym francuskim merde. Chodziło tu o
to, iż Melos – jako jedyne z cykladzkich poleis nie wchodziła w
skład ateńskiej Symmachi. A czasy były takie, iż kto non est mecum, contra me est, i dla Ateńczyków było jasne, iż skoro
Melos nie jest ateńskim sojusznikiem wspiera Spartę. Attyckie
triery podpływają więc pod wyspę, i z pozycji mocarstwa, sugerują
przyłączenie się do Związku Morskiego. Melijczycy coś tam bredzą
o wolności, ale w związku z przewagą napastnika ulec muszą. To
zresztą standardowa procedura wymuszenia, znana i z radością
stosowana do dziś w stosunkach międzypaństwowych. Czym innym, jak
nie brutalną demonstracją siły było wysłanie przez Niemcy nie
wiadomo kogo nazistów bombowców nad Rotterdam? No właśnie.
| Resztki weneckiego zamku i panorama Melos |
![]() |
| Upamiętnienie zniszczenia Rotterdamu |
Co
do Melos – W. Sz. Czytelnik prawdopodobnie pamięta, iż wiele lat temu
podjąłem wyprawę właśnie na ową wyspę (jak nie pamięta, albo
mu ten Niemiec co to wszystko chowa zabrał, albo zwyczajnie nie
czytał – wspominałem o tym przy okazji wpisów o Santorynie,
także cykladzkiej wyspie, TU, a zwłaszcza TUTAJ). Wcale nie po to,
by odnaleźć ręce Afrodyty (te podobno ukruszyły się już po
odkryciu rzeźby) ani podumać nad marnością słabych w czysto
darwnistycznym świecie polityki i stosunków międzynarodowych.
Nawet nie by wspomnieć wojny peloponeskie. Ot, stolica wyspy
nazywała się Adamas.
| Panorama Adamas |
Adamas albo Adamantas – wspominałem
jakiś czas temu, iż Grecja ma pewien problem z językiem. W czasach
tak zwanej dyktatuty Czarnych Pułkowników rząd centralny
postanowił – w ramach chyba źle rozumianego nacjonalizmu –
zreformować grecką mowę. Mianowicie postanowiono zanegować tysiąc
lat rozwoju greki bizantyjskiej, pięćset tureckich naleciałości i
wrócić w warstwie leksykalnej (nie tylko) do koine, greki
klasycznej (opartej w dużej mierze na starożytnym dialekcie
attyckim). Formę tą nazwano katharewusa, oczyszczoną, i przez
kilkanaście lat usilnie nauczano tak młodzież. Po upadku reżymu
powrócono do greki codziennej, będącej efektem powolnej ewolucji
języka, ale pozostało pokolenie mówiące odmianą oczyszczoną. W
jednej z nich (a może i w obu) diament to adamas. Dla jasności dodam, że
nie mam greckich korzeni, a moje nazwisko i diament to zwykłe
homonimy.
| Francuski cmentarz wojskowy w Adamas/Adamantas - dowód na skomplikowaną historię Melos i dwie nazwy miasteczka |
Ale nazwa jest nazwa – ruszyliśmy wraz z kolegą na
podbój Cyklad. Była zima, co stanowiło pewien problem. Jedyną
wyspą odwiedzaną w takim okresie był cudowny Santoryn. Co
oznaczało, iż właściciele jakichś pensjonatów czy innych kwater
na wynajem tłumnie opuszczali swe letnie siedziszcza i jechali
przezimować do Aten. Widać wiatr i kilkanaście stopni Celsjusza
potrafiły przegnać potomków dawnych odkrywców i kolonizatorów
(dobra, wiem, w Starożytności prawie wcale nie żeglowało się
zimą po Morzu Śródziemnym, a dziś połączenia promowe między
wyspami są całoroczne, z czego w sumie obficie korzystaliśmy). Co
oznaczało, iż znalezienie noclegu w przyzwoitej dla biednego
polskiego studenta cenie graniczyło z niemożliwością. Tak więc
łóżka zaznaliśmy raz tylko, na Ios, tak to spało się gdzie
popadnie. Przygoda przewspaniała, ale dziś chyba bym się nie
podjął. Bo tu boli, tam boli, spać na zimnych marmurach... Poza
tym trochę bardziej już los sprzyja (los dollares, oczywiście).
Zdziadział człowiek trochę. No, albo dorósł, zależy jak na to
spojrzeć.
![]() |
| Żeglowanie po greckich wodach |
W każdym razie wróciliśmy z dość intensywnego
spaceru – pieszego oczywiście – po wyspie i skierowaliśmy swe
kroki do jedynej w Adamas otwartej portowej tawernie. Prom mieliśmy
dopiero nad ranem, więc plan był przesiedzieć jak najdłużej w
lokalu, a potem czujnie przedrzemać – na marmurach – w
nieodległym terminalu portowym. Znaczy, taka chatka to była.
Odmrożenia nerek uniknęliśmy, bo ktoś zostawił tam jakieś
deski, i dużo milej było na nich rozłożyć śpiwory. W każdym
razie w pobliskich krzakach ukryliśmy mandżur i zakupy, i poszliśmy
zakosztować miejscowego wina na kolację. W lokalu siedziało kilku
miejscowych. Tak siedzieliśmy, aż w końcu koledze odpalił się
tryb Zorby. Przecież byliśmy w słonecznej (choć zimowej akurat)
Grecji, a tu taki smutek. Przyznałem mu rację. Przeliczyliśmy
fundusze, po czym kolega podszedł do baru okupowanego przez
autochtonów i w moim imieniu postawił po lampce wina, gdyż – tu
wskazał na mnie – nazywam się tak samo jak miasto, i z tej okazji
et cetera et cetera.
| Jeden z landszaftów na Melos |
Czy miejscowi zrozumieli? Nie wiem.
Uprzejmie wypili, ale upadł tutaj mit radosnych Greków, Dalej z
ponurymi gębami siedzieli przy barze, impreza się nie rozkręciła.
Resztę wieczoru bawiliśmy się więc już tylko w naszym
gronie.
Obudziłem się w porcie – znajomy szarpał mnie za
ramię:
- To chyba nasz prom – wskazał na majaczący w pobliżu
czarny, czarniejszy niż noc, kształt – Chodźmy.
Faktycznie,
to był prom. I prawdopodobnie nasz. Port w Adamas nie był jakoś
przesadnie oblegany o tej porze roku. Wzięliśmy nasze tobołki i
ruszyliśmy do abordażu. Zatrzymał nas jakiś elegancko odziany
jegomość, niechybnie członek załogi.
- Dokąd? - zapytał,
całkiem w sumie uprzejmie.
- Na prom, no bo gdzie? -
odparliśmy.
Jegomość popatrzył na nasze zmęczone kilkudniową
tułaczką oblicza.
- Macie bilety? - zapytał nieco
podejrzliwie.
- A jakże! - pewny siebie włożyłem rękę do
kieszeni i wyciągnąłem plik papierów.
Trzeba bowiem wiedzieć,
W. Sz. Czytelniku, iż będąc czasem człowiekiem nieuporządkowanym
na wszelkiego rodzaju wyjazdach staram się trzymać wszystkie ważne
dokumenty podróżne zawsze w tym samym miejscu – by uniknąć
niepotrzebnego stresu związanego z poszukiwaniem onych w razie w.
Tym razem wszystkie zakupione wcześniej promowe bilety miałem w
kupie. Wyjąłem więc pliczek, przejrzałem. I zamarłem. Popatrzyłem
z przerażeniem na kolegę – biletów nie było. Poczęła łapać
mnie niewielka panika – utkwienie na Melos dłużej wiązało się
ze zrujnowaniem całego dalszego planu podróży, łącznie z lotem z
Aten z powrotem do Polski. Kolega wzruszył ramionami. Marynarz
czekał. Nabyte w lokalu promile spadały. Schowałem plik biletów w
ową boczną sakwę, i zrezygnowany włożyłem ręce do normalnych
kieszeni. Coś mi jednak nie grało. W jednej miałem jakiś śmieć.
Kawał papieru. Nie lubię mieć śmieci, więc wyjąłem go chcąc
wyrzucić. Coś mnie jednak tknęło. Rozwinąłem kulkę. Ciśnienie
zeszło. Były to nasze bilety. Uśmiechnięty szeroko (podobno gdyby
nie uszy odpadłoby mi pół głowy, tak szeroki był to uśmiech)
podałem członkowi załogi. Pokiwał głową, iż ok, są bilety,
ale jeszcze nas nie wpuści na pokład. Pokiwaliśmy głowami, ale,
że jako, iż wracać już nam się nie chciało, mimo sprzeciwu
załoganta, zalegliśmy na pokładzie dla samochodów. Byliśmy
pewni, iż bez nas nie odpłynie. A po przysłowiowej półgodzinie
marynarz zawołał nas i wskazał schody, Mogliśmy się okrętować
i iść poszukać miejsca do spania na pokładzie dla ludzi.
W
jaki sposób bilet z bezpiecznej skrytki przetransportował się
pomięty do innej kieszeni było dla mnie pewną tajemnicą. Dopiero
jakiś czas później kolega spróbował zrekonstruować bieg
wydarzeń:
- Prawdopodobnie – zaznaczył – było tak, że
zobaczyłem prom po wyjściu z baru, i spanikowany kazałem ci iść
nas zaokrętować. Pokazałeś bilet, nie wpuścili, bo dopiero
przypłynęli i sprzątali, wkurzyłeś się, zgniotłeś bilet,
wrzuciłeś w kieszeń i poszliśmy spać do portu. Dobrze, iż go
nie wywaliłeś.
Cóż, naprawdę jestem już na to za stary.
![]() |
| Sentymentalny zachód słońca nad santoryńską kalderą |









