Ach, drodzy moi, cóż to był za dzień Szary, łzawy, jakby samo niebo wiedziało, iż w Zalesiu dzieje się gorzkie nieszczęście. Patrzę przez okno swojego przychodniowego gabinetu, a we mnie coś się przewraca, jakby serce ścisnęto w imadle i powoli kręcono.
Cała wieś wydawała się wymarła. Psy nie szczekały, dzieci się pochowały, choćby niesforny kogut wujka Staszka ucichł. Wszyscy wpatrywali się w jeden punkt w dom Weroniki Ignacowej, naszej babci Wery.
A pod jej furtką stało auto, miejskie, obce. Lśniło jak świeża rana na ciele naszej wioski.
Wywoził ją Michał, jedyny syn, swoją matkę. Do domu opieki dla starszych.
Przyjechał trzy dni wcześniej, tak samo wypucowany, pachnący drogą wodą kolońską, a nie rodzinną ziemią. Najpierw wpadł do mnie, niby po radę, a w rzeczywistości po usprawiedliwienie.
Halino Stanisławno, przecież pani sama widzi mówił, patrząc nie na mnie, ale gdzieś w kąt, na słoik z watą. Mama potrzebuje opieki. Fachowej. A ja? Praca, kręcę się całymi dniami. Tu ciśnienie, tam nogi Tam będzie jej lepiej. Lekarze, troska
Milczałam, tylko patrzyłam na jego dłonie. Czyste, z zadbanymi paznokciami. Tymi rękami w dzieciństwie chwytał się Werowego fartucha, gdy wyciągała go z rzeki, sinego z zimna. Tymi rękami sięgał po drożdżówki, które piekła, nie żałując ostatniego masła. A teraz tymi rękami podpisywał jej wyrok.
Michaś szepnęłam cicho, a głos mi drżał, jakby nie mój. Dom opieki to nie dom. To urzędowa instytucja. Ściany tam obce.
Ale tam są specjaliści! prawie krzyknął, jakby siebie samego przekonywał. A tu? Pani jedna na całą wieś. A jak w nocy coś się stanie?
A ja w duchu myślałam:
*A tu, Michaś, ściany leczą. Tu furtka skrzypi tak, jak skrzypiała przez czterdzieści lat. Tu jabłoń pod oknem, którą twój ojciec sadził. Czy to nie lekarstwo?*
Ale głośno nic nie powiedziałam. Co tu mówić, gdy człowiek już wszystko postanowił? Wyjechał, a ja poszłam do Wery.
Siedziała na swojej starej ławce przy ganku, wyprostowana jak struna, tylko dłonie na kolanach drżały drobnym drżeniem. Nie płakała. Oczy suche, patrzyły w dal, na rzekę.
Zobaczyła mnie, próbowała się uśmiechnąć, ale wyszło to tak, jakby nie uśmiech, a ocet przełknęła.
Ot, Stanisławno szepnęła głosem cichym jak szelest jesiennych liści. Syn przyjechał Zabiera.
Przysiadłam obok. Wzięłam jej dłoń w swoje lodowata, szorstka. Ileż te ręce w życiu przetworzyły I grządki okiełznały, i bieliznę w balii prały, i Michałka swojego tuliły, gwarzyły.
Może jeszcze z nim porozmawiać, Wero? szepnęłam.
Pokręciła głową.
Nie trzeba. Postanowił. Tak mu lżej. On przecież nie ze z












