Późny prezent
Autobus szarpnął, a ja, Anna Karpińska, złapałam się mocno poręczy obiema rękami, czując pod palcami lekko sprężysty plastik. Reklamówka z zakupami uderzyła mnie w kolana, jabłka głucho potoczyły się w środku. Stałam przy drzwiach, licząc przystanki do mojego bloku.
W uchu szumiały cicho słuchawki, wnuczka prosiła, żebym nie wyłączała telefonu: Babciu, a jak zadzwonię?. Telefon leżał w zewnętrznej kieszeni torebki, ciężki jak kamień. Mimo to sprawdziłam jeszcze raz, czy zamek jest dobrze zasunięty.
Wyobrażałam już sobie, jak wchodzę do mieszkania, stawiam siatkę na taborecie w przedpokoju, zdejmuję buty, ustawiam je czubkami do ściany. Zawieszam płaszcz, chowam szalik na półkę. W kuchni układam zakupy: marchewka do reszty warzyw, kurczak do lodówki, chleb do chlebaka. Wyjmuję garnek, nalewam wody, aż dłoń zakrywa dno.
Telefon zabrzęczał na stole. Wytarłam ręce w ścierkę i przysunęłam go bliżej.
Halo, Szymon powiedziałam, pochylając się trochę do słuchawki, jakby to miało w czymś pomóc.
Cześć, mamo. Jak się masz? głos syna był pośpieszny, w tle ktoś czegoś od niego chciał.
W porządku. Zupę właśnie nastawiam. Zajrzysz dziś?
Tak, za jakieś dwie godziny. Słuchaj, mamo, u nas w przedszkolu znowu zbiórka, remont sali. Mogłabyś coś zawahał się. Tak jak ostatnio.
Otworzyłam już szufladę z dokumentami, wyjmując szarą, zeszytową kartkę z domowym budżetem.
Ile potrzeba? zapytałam.
jeżeli możesz, to 300 złotych. Wszyscy się dokładają, ale sama wiesz Teraz ciężko.
Dobrze, Szymon powiedziałam cicho. Dam.
Dziękuję, mamo. Jesteś złota. Wieczorem wpadnę i zabiorę pojemniki. No i tę twoją zupę.
Po skończonej rozmowie woda już bulgotała. Wrzuciłam kurczaka, posoliłam, dodałam liść laurowy. Usiadłam przy stole i otworzyłam zeszyt. W rubryce emerytura kwota wpisana równym pismem. Pod spodem czynsz, leki, wnuki, nieprzewidziane.
Dopisałam przedszkole i kwotę, na chwilę zawieszając długopis. Cyfry przesunęły się w dół, jakby ktoś je lekko popchnął. Zostało mniej, niż by się chciało. Ale tragedii nie było. Jakoś damy radę pomyślałam i zamknęłam zeszyt.
Na lodówce zawieszony był magnes z małym kalendarzykiem. Na dole reklama: Miejski Dom Kultury. Karnety na sezon. Muzyka klasyczna, jazz, teatr. Zniżki dla seniorów. Magnes dostałam od sąsiadki Zosi, gdy przyniosła mi sernik na urodziny.
Już parę razy łapałam się na tym, iż czytam tę reklamę, czekając aż zagotuje się czajnik. Dziś znowu zawiesiłam wzrok na słowie karnety. Przypomniałam sobie, jak kiedyś, dawno temu, jeszcze przed ślubem z koleżanką chodziłyśmy do filharmonii. Bilety kosztowały grosze, ale trzeba było postać w kolejce. Zmarznięte, śmiałyśmy się, marzyłyśmy, ja wtedy miałam długie włosy upięte w kok, najlepszą sukienkę i jedyne pantofle na niskim obcasie.
Teraz wyobraziłam sobie salę, której nie widziałam od lat. Wnuki zabierają mnie na jasełka, ale to nie to samo. Tam jest hałas, baloniki, brawa. A tutaj Sama nie wiem, jakie teraz grają koncerty. I kto tam chodzi.
Zdjęłam magnes, odwróciłam. Był tam adres strony i telefon. Strona nic mi nie mówiła, ale telefon Odłożyłam magnes na miejsce, choć myśl już została.
Głupstwa mruknęłam do siebie lepiej odłożyć na kurtkę dla wnuczki. Rośnie, wszystko drogie.
Podeszłam do kuchenki, zmniejszyłam ogień. Do zeszytu już nie wróciłam. Zamiast tego sięgnęłam do szuflady po stary kopertę, w której trzymałam oszczędności na czarną godzinę. Kilka banknotów z ostatnich miesięcy, nie za dużo, ale jeżeli bardzo oszczędzać, starczy na naprawę pralki czy badania.
Palce przesuwały papier, licząc. W głowie znów wyświetlała się reklama z magnesu.
Wieczorem przyszedł Szymon. Zdjął kurtkę, powiesił na krześle, wyjął pojemniki z torby.
O, barszcz! ucieszył się. Mamo, jak zwykle. Jadłaś?
Jadłam, jadłam. Siadaj, nakładaj sobie. Pieniądze mam gotowe wyjęłam kopertę, odliczyłam mu trzysta złotych.
Mamo, może byś zapisywała, ile ci zostaje powiedział, biorąc pieniądze. A bo potem może nie starczyć.
Zapisuję odparłam U mnie wszystko pod kontrolą.
Ekonomistka z ciebie uśmiechnął się. Słuchaj, w sobotę dasz radę do nas przyjść? Musimy z Martą na zakupy, a z wnukami nie ma komu zostać.
Dam radę kiwnęłam głową. Cóż mam innego do roboty.
Opowiadał jeszcze o pracy, o szefie, o nowych zasadach. W przedpokoju, obuwając buty, zatrzymał się:
Mamo, a ty kupujesz sobie coś czasem? Bo tak ciągle dokładasz do nas, do wnuków.
Wszystko mam odpowiedziałam. Po co mi więcej.
Machnął ręką.
Jak uważasz. Wpadnę w tygodniu.
Po jego wyjściu zrobiło się cicho. Pozmywałam, starłam stół. Znów spojrzałam na magnes i przypomniałam sobie pytanie syna: A ty sobie coś kupujesz?
Rano długo leżałam, patrząc w sufit. Wnuki w szkole i przedszkolu, Szymon w pracy. Nikt nie zajrzy do wieczora. Dzień niby wolny, a w rzeczywistości pełen drobnych obowiązków: podlać kwiaty, przetrzeć podłogę, przejrzeć stare gazety.
Wstałam, zrobiłam parę ćwiczeń jak zaleciła pani doktor: podniosłam ręce, rozciągnęłam się, pokręciłam głową. Zagotowałam wodę, wsypałam do filiżanki herbatę. Czekając aż woda się zagotuje, znów sięgnęłam po magnes.
Dom Kultury. Karnety
Wzięłam telefon, wykręciłam numer z reklamy. Poczułam przyspieszone bicie serca. Sygnał kilka razy zapiszczał, aż odezwał się kobiecy głos:
Miejski Dom Kultury, kasa, słucham.
Dzień dobry powiedziałam, czując suchość w ustach dzwonię w sprawie karnetów.
Tak, oczywiście. Na jaki cykl się pani interesuje?
Sama nie wiem. Jakie są?
Pani wymieniła: orkiestra symfoniczna, muzyka kameralna, wieczory romansów, programy dziecięce.
Emerytom przysługuje zniżka dodała. Ale karnet to i tak wydatek. Cztery koncerty.
A pojedynczo? zapytałam.
Da się, ale wtedy wychodzi drożej. Karnet bardziej się opłaca.
Spojrzałam w zeszyt, na mój czarny dzień w kopercie. Zapytałam nieśmiało o cenę liczba zapiszczała w głowie. Stać by było, ale wtedy w kopercie zostałoby już naprawdę niewiele.
Niech się pani zastanowi powiedziała kobieta. Karnety gwałtownie schodzą.
Dziękuję odpowiedziałam i odłożyłam telefon.
Czajnik gwizdał. Nalałam wrzątku, usiadłam przy stole. Na nowej kartce napisałam: Karnet. Obok sumę. Dopisałam: Cztery koncerty.
Ile to miesięcznie? policzyłam w myślach. Okazało się, iż nie tak źle. Można mniej kupować słodyczy. U fryzjera podciąć sama.
W głowie błysły twarze wnuków. Mały błaga o nowy zestaw klocków, starsza adidasy do tańca. Szymon i Marta ciągle narzekają na kredyt. I moje własne pragnienie, które wydało się nagle nieskromne, jakby chciało się czegoś nieprzystojnego.
Zamknęłam zeszyt, nie podejmując decyzji. Umyłam podłogę, przejrzałam pranie. Ale pomysł o sali nie znikał.
Po obiedzie zadzwonił domofon. Zosia, sąsiadka, przyniosła mi słoik ogórków.
Bierz! powiedziała Nie mam gdzie tego trzymać. Jak się masz?
Jakoś się żyje uśmiechnęłam się. Właśnie się zastanawiam
Zawahałam się. Jakoś dziwnie było mówić to na głos.
Nad czym? Zosia rozsiadła się przy stole, wyjmując robótkę na drutach.
Nad koncertem wypaliłam. U nas w domu kultury karnety sprzedają. W młodości chodziłam często do filharmonii Teraz bym chciała, ale drogo.
Zosia uniosła brwi.
Ale co się pytasz? Sama zdecyduj. Chcesz to idź.
Tylko te pieniądze zaczęłam.
Pieniądze, wiecznie pieniądze machnęła ręką. Całe życie wszystkim pomagasz. Szymonowi dałaś? Dałaś. Wnukom prezenty? Oczywiście. A sobie co? Tę samą chustę nosisz do sklepu, płaszcz sprzed dziesięciu lat. Raz się nie możesz szarpnąć na muzykę?
To nie raz protestowałam. Przecież kiedyś chodziłam.
Kiedyś to było lody za złotówkę prychnęła. Teraz mamy inne czasy. Nie prosisz o to nikogo. To twoje pieniądze.
I tak powiedzą, iż głupota westchnęłam. Że lepiej dla wnuków.
To im nie mów wzruszyła ramionami Zosia. Powiesz, iż do przychodni poszłaś. Albo i nie. Nie musisz się kryć. Nie jesteś dzieckiem.
Słowa nie jesteś dzieckiem zabolały. Poczucie żalu i wstydu naraz.
Do przychodni często chodzę, ale i tak się trochę boję przyznałam. Może nie dam rady dojść, jeszcze schody, serce
Tam jest winda! skrzywiła się Zosia. Siedzisz na krześle, a nie tańczysz. Ja byłam niedawno w teatrze. Przeżyłam. Nogi bolały, ale wrażeń na cały rok!
Porozmawiałyśmy jeszcze chwilę o lekach i cenach. Gdy wyszła, znów sięgnęłam po telefon i zanim mogłam się rozmyślić, wybrałam numer kasy.
Poproszę o karnet na wieczory romansów powiedziałam cicho.
Wyjaśniono mi, iż osobiście trzeba się zgłosić z dowodem. Spisałam adres i godziny w mały notesik, który przymocowałam magnesem do lodówki. Serce waliło, jak po szybkim marszu.
Wieczorem zadzwoniła Marta:
Pani Aniu, w sobotę na pewno się uda? upewniała się. Musimy iść na promocję do galerii.
Uda się zapewniłam.
Dziękujemy! Może coś pani kupimy? Herbatę? Ręcznik?
Nie trzeba odpowiedziałam. Mam wszystko, co mi trzeba.
Potem spojrzałam na karteczkę na lodówce. Kasa czynna do szóstej. Muszę wyjść wcześniej.
W nocy śniła mi się sala: miękkie fotele, światła, ludzie w ciemnych ubraniach. Siedziałam w środku, ściskając program i bałam się poruszyć, żeby nie przeszkadzać sąsiadom.
Rano obudziłam się z ciężkością w piersi. Po co ja się wpakowałam w te kłopoty? myślałam.
Ale bilecik z adresem nie zniknął. Po śniadaniu wyjęłam najlepszy płaszcz z szafy, otrzepałam, sprawdziłam guziki. Wybrałam ciepły szal, wygodne buty. Do torebki włożyłam dowód, portfel, okulary, leki na ciśnienie, butelkę wody.
Przed wyjściem usiadłam na taborecie w przedpokoju, wsłuchując się w siebie. Głowa nie kręciła się, nogi nie drżały. No to idziemy powiedziałam sobie i zamknęłam drzwi.
Na przystanek miałam blisko, ale i tak szłam wolno, licząc kroki. Autobus podjechał szybko. W środku tłoczno, ale młody chłopak ustąpił mi miejsce. Podziękowałam i usiadłam przy oknie, ściskając torebkę.
Dom Kultury był dwie stacje od rynku. Wysoki gmach z kolumnami, na ścianach afisze. Przy wejściu dwie panie dyskutowały, żywo gestykulując. W środku pachniało kurzem, starą podłogą i czymś słodkim z bufetu.
Kasa była po prawej za szybą uprzejma kasjerka. Podałam dowód, wymieniłam cykl koncertów.
Emeryci mają zniżkę powtórzyła kasjerka. Trafiły się jeszcze dobre miejsca po środku.
Pokazała układ sali, ale zrozumiałam niewiele. Skinęłam głową.
Gdy usłyszałam cenę, dłoń mi zadrżała. Wyjęłam pieniądze z portfela, przeliczyłam. Przez chwilę miałam ochotę powiedzieć, iż się rozmyśliłam. Ale za mną już ktoś chrząkał w kolejce, więc zapłaciłam.
Oto karnet podała mi elegancką kartonikową zakładkę z datami. Pierwszy koncert za dwa tygodnie. Proszę być trochę wcześniej, żeby spokojnie znaleźć miejsce.
Karnet miał piękną okładkę zdjęcie sceny, w środku staranne tytuły programów. Schowałam go do torebki, między dowodem a zeszytem z przepisami, który zawsze noszę.
Wychodząc poczułam lekką słabość w nogach. Usiadłam na ławce, napiłam się wody. Obok dwóch nastolatków rozmawiało o muzyce, której nie znałam. Złapałam się na tym, iż słucham ich jak obcego języka.
No to kupione. Teraz odwrotu nie ma.
Dwa tygodnie minęły na codziennych obowiązkach. Wnuki pochorowały się zostałam z nimi, gotowałam kompot, mierzyłam temperaturę. Szymon przywoził zakupy, zabierał pojemniki. Parę razy prawie powiedziałam mu o koncercie, ale za każdym razem zmieniałam temat.
W dzień pierwszego koncertu wstałam wcześnie. Czułam nerwy w brzuchu jak przed egzaminem. Przygotowałam na kolację wszystko, żeby nie siedzieć w kuchni. Zadzwoniłam do Szymona:
Dziś wieczorem mnie nie będzie uprzedziłam. Jak coś, dzwońcie wcześniej.
Gdzie idziesz? zdziwił się.
Zawahałam się nie chciałam kłamać, ale mówić też się bałam.
Do Domu Kultury, na koncert.
W słuchawce zapadła cisza.
Na jaki koncert? Mamo, po co ci to? Będzie tłok, młodzi, hałas.
To nie dyskoteka. To wieczór romansów odpowiedziałam ostrożnie.
Kto cię tam zaprosił?
Nikt ucięłam Sama kupiłam karnet.
Cisza się wydłużyła.
Mamo w końcu mruknął. Naprawdę? Przecież wiesz, iż teraz nie mamy najlepszego okresu. Te pieniądze mogłaś rozumiesz.
Rozumiem przerwałam. Ale to moje pieniądze.
Pierwszy raz wyszło ze mnie takie stanowcze moje. Zacisnęłam telefon.
No dobrze westchnął Jak uważasz. Byleby ci potem nie brakło. I nie przezięb się tam. I w twoim wieku
W moim wieku można posiedzieć w sali i posłuchać muzyki. Nie zdobywam gór.
Jeszcze jedno westchnienie, tym razem łagodniejsze.
Dobrze, dobrze. Tylko zadzwoń potem, żebym wiedział, iż wróciłaś.
Zadzwonię.
Po rozmowie długo siedziałam przy stole, patrząc na karnet. Ręce miałam lekko niespokojne. Czułam się, jakbym zrobiła coś śmiałego, prawie niestosownego. Ale nie żałowałam.
Wieczorem przebrałam się w najlepszą granatową sukienkę z kołnierzykiem, bez oczek w rajstopach, założyłam wygodne pantofle. Włosy czesałam cierpliwie i długo, wygładzałam kosmyki.
Na dworze zaczynał zapadać zmierzch. Sklepy odbijały światła, na przystanku tłoczyli się ludzie. Ścisnęłam torebkę z karnetem, dowodem, chusteczką i lekami.
Autobus był zatłoczony. Ktoś przypadkiem stanął mi na stopie, przeprosił. Trzymałam się poręczy, licząc przystanki. Gdy ogłoszono mój, przepchnęłam się do drzwi.
Przed wejściem do Domu Kultury stali ludzie w różnym wieku. Były pary starszych państwa, młodsze kobiety, choćby jacyś studenci w dżinsach. Poczucie napięcia trochę minęło. Nie byłam najstarsza.
W szatni oddałam płaszcz, dostałam numerek, chwilę stałam bezradnie. Potem zobaczyłam strzałkę Sala i poszłam korytarzem, kurczowo trzymając się poręczy.
W środku półmrok, tylko nad rzędami ledwo przygaszone światełka. Przy wejściu pani sprawdzała bilety.
Szósty rząd, miejsce dziewiąte powiedziała patrząc w karnet. Proszę śmiało.
Szłam środkiem, przepraszając, gdy ktoś musiał ustąpić, aż znalazłam swoje miejsce. Usiadłam, ostrożnie położyłam torebkę na kolanach. Serce waliło ale to już było podniecenie, nie strach.
Obok szeptali, ktoś przeglądał program. Też otworzyłam swój, palcem przesuwając po tytułach. Głównie obce, ale na dole znalazłam nazwisko kompozytora, którego piosenek słuchałam kiedyś w radiu.
Światła powoli gasły. Wyszła konferansjerka, powiedziała parę słów. kilka rejestrowałam najważniejsze było samo poczucie, iż jestem tu, nie przy garnkach.
Gdy zabrzmiały pierwsze dźwięki, po plecach przeszły mi ciarki. Śpiewaczka miała niską barwę, lekko zachrypniętą. Słowa o miłości, rozstaniu, drodze nagle zabrzmiały znajomo. Przypomniał mi się inny czas, inne miasto, ktoś, kogo już nie ma.
Oczy zaszły mi łzami, ale nie płakałam. Siedziałam tylko, ściskając brzeg torebki, słuchałam. Z każdym utworem ciało miękło, oddech się wyrównywał. Muzyka wypełniała we mnie coś, co przez lata było tylko oszczędzaniem i troskami.
Po przerwie zdrętwiał mi trochę kręgosłup, wyszłam do foyer. Ludzie chodzili, komentowali. Ktoś kupował ciastka, ktoś herbatę w plastikowym kubku. Kupiłam sobie tabliczkę czekolady pierwszy raz od dawna.
Dobra powiedziałam na głos, łamiąc kawałek.
Obok stała pani mniej więcej w moim wieku, jasny żakiecik.
Fajny koncert, co? zagadnęła mnie.
Bardzo. Dawno nie byłam.
Ja też uśmiechnęła się. Zawsze obowiązki: wnuki, działka, dom. Aż pomyślałam, iż jeżeli nie teraz, to kiedy.
Wymieniłyśmy parę zdań, zachwycając się programem. Zadzwonił gong wróciłyśmy na salę.
Druga część minęła szybciej. Przestałam wałkować myśli o pieniądzach czy kosztach każdego wejścia. Po prostu słuchałam. Gdy koncert się skończył, długo oklaskiwaliśmy. Klatki piersiowe bolały mnie od bicia braw.
Na dworze chłodno i świeżo. Szłam do przystanku z poczuciem lekkiego zmęczenia, ale z dziwnym, cichym ciepłem w środku. Nie zachwyt ani euforia, tylko radość, iż zrobiłam dla siebie coś ważnego.
W domu od razu zadzwoniłam do Szymona.
Jestem już w domu. Wszystko dobrze.
I jak było? Nie przemarzłaś?
Nie. Było po prostu dobrze.
Chwilę milczał. W końcu westchnął:
Najważniejsze, iż jesteś zadowolona. Tylko nie szalej. Przecież musimy jeszcze zbierać na remont.
Pamiętam. Ale karnet już mam, jeszcze trzy koncerty przede mną.
Trzy?! No to korzystaj, skoro już kupiłaś. Ale uważaj na siebie.
Po rozmowie odwiesiłam płaszcz, odłożyłam torebkę. W kuchni zaparzyłam sobie herbatę, usiadłam przy stole. Karnet leżał przede mną, lekko zagięty. Musnęłam go palcem, potem wpisałam daty koncertów do kalendarza na ścianie, każdą otoczyłam kółkiem.
Za kilka dni Szymon znów poprosił o pieniądze tym razem mniej. Otworzyłam zeszyt, patrzyłam na liczby. Odpowiedziałam spokojnie:
Dam połowę. Reszta jest mi potrzebna.
Na co? spytał odruchowo.
Spojrzałam na niego, zmęczonego, z cieniami pod oczami.
Na siebie odpowiedziałam. Mnie też się coś należy.
Chciał zaprotestować, ale machnął ręką.
Dobrze, mamo. Jak chcesz.
Tego wieczoru, kiedy zostałam już sama, wyjęłam stary album. Na zdjęciu ja w jasnej sukience na tle filharmonii młoda, z programem w ręku i nieśmiałym uśmiechem.
Długo patrzyłam na siebie sprzed lat. Schowałam zdjęcie.
Na lodówce, obok magnesu, przypięłam nową kartkę: Następny koncert 15. Niżej: Wyjdź wcześniej.
Nic się nie przewróciło w moim życiu. Rano gotowałam zupę, prałam, chodziłam do przychodni, pilnowałam wnuków. Szymon wciąż prosił o pomoc, ja dokładałam tyle, ile mogłam. Ale gdzieś wewnątrz pojawiło się uczucie, iż mam swoje sprawy, swoje plany, które nie wymagają tłumaczenia.
Czasem, przechodząc obok lodówki, dotykałam kartki z datą. Za każdym razem czułam upartą pewność, iż wciąż jestem. I mam prawo czegoś chcieć.
Pewnego wieczoru przeglądałam lokalną gazetę i znalazłam ogłoszenie o kursie angielskiego dla seniorów w bibliotece. Darmowy, trzeba się tylko zapisać.
Oderwałam ogłoszenie, włożyłam do zeszytu obok karnetu. Zaparzyłam herbatę i zastanawiałam się, czy to nie przesada.
Najpierw wysłucham moje romanse, a potem zobaczymy zdecydowałam.
Gazetę schowałam do zeszytu, ale myśl o nauce już nie wydawała się nierealna. Wieczorem, zanim poszłam spać, odsłoniłam zasłonę. Na dworze świeciły latarnie, na chodniku nastolatek w słuchawkach, chłopiec kopał piłkę.
Stałam przy oknie, oparta o parapet, czułam delikatne, spokojne ciepło w środku. Życie wokół biegło dalej. Wciąż było w nim dużo obowiązków i ograniczeń. Ale między nimi znalazło się miejsce na cztery wieczory w sali i, być może, na kilka nowych słów w nieznanym języku.
Wyłączyłam światło w kuchni, poszłam do pokoju, położyłam się, starannie naciągając kołdrę. Jutro będzie jak zwykle: zakupy, telefon, gotowanie. Ale w kalendarzu, tylko moim, już widniało małe kółko coś, co zmieniało wszystko, choćby jeżeli nikt poza mną tego nie zauważał.







![Skaner - czy to już towar modny? [TOWARY MODNE 319]](https://i1.ytimg.com/vi/ye4jjabhneY/maxresdefault.jpg)



