A kto cię, Karolino, przygarnie z piątką dzieci na karku? mama wypaliła bez ogródek, gdy po pogrzebie męża wrócili do jej mieszkania. choćby nie przeczuwała, iż w starym domu na wsi czeka na Karolinę nieoczekiwany spadek… i nocny gość.
Na cmentarzu pod Poznaniem było wilgotno, glina ssała buty Karoliny, zostawiając na nich brudne ślady. Stała i patrzyła, jak grabarze zasypują grób Michała. Odszedł niespodziewanie, miał zaledwie trzydzieści pięć lat. Zasłabł w pracy, w fabryce, i już nie podniósł się więcej.
Obok, w ciepłej futrzanej kurtce, stąpała matka Karoliny, Janina Pawłowska, i z wyraźną niechęcią spoglądała na wnuki, które tuliły się do czarnego płaszcza mamy.
Dobrze, popłakaliśmy, styknie, powiedziała donośnie Janina, kiedy mogiła została wyrównana. Wracamy, Karolinko. Nie będziemy tu marznąć, jeszcze z tobą porozmawiam.
W maleńkim mieszkanku na Winogradach, na które wzięli razem kredyt, Janina od razu przeszła do kuchni i usiadła przy stole jak na swoim.
No więc tak, zaczęła, choćby nie zdejmując czapki. Bank ci zabierze mieszkanie. Pieniędzy nie masz, Michała już nie ma, a ty wciąż na wychowawczym.
Zacznę szukać pracy, Karolina odpowiedziała cicho, bujając na rękach rocznego Janka.
I gdzie pójdziesz? Na sprzątaczkę? parsknęła mama. Masz piątkę dzieci, Karolina! Kto cię z tym przygarnie?! Starszych Anię i Pawła zapisałabym choćby na trochę do domu dziecka. Te młodsze… może by ci opieka społeczna pomogła. Rozsądnie myśl.
Nie, Karolina spojrzała matce prosto w oczy. Nie oddam dzieci. Sama sobie nie poradzę i z głodu padnę, ale dzieci wychowam.
No to powodzenia, frajerko, matka podniosła się i poprawiła futro. Ostrzegałam cię: trzeba było wcześniej myśleć, a nie misiopysio. Teraz radź sobie sama. Do mnie po pieniądze nie przychodź.
Minął miesiąc i rzeczywiście przyszło pismo z banku. Dwa tygodnie na wyprowadzkę. Karolina pukała do drzwi znajomych, próbowała znaleźć cokolwiek, ale wszędzie słyszała to samo z piątką dzieci nikt nie chce cię przyjąć.
Wtedy dostała list z kancelarii notarialnej z jakiejś Księżniczki (mała wioska pod Koninem). Okazało się, iż zmarła jej daleka krewna Zofia i zostawiła po sobie dom. Stary, ale własny pomyślała Karolina, serio nie miała wyboru.
Zajechali do Księżniczki stareńkim oplem. Mroźny wiatr dął przez pustki, chata stała niemal na skraju lasu. Ściany poczerniałe, ganek przekrzywiony, a okna wyglądały na świat zachmurzone i smutne.
Mamo, tu zimno, zaczęła popłakiwać pięcioletnia Bogusia.
Już, kochanie, zaraz rozpalę piec, Karolina starała się, by jej głos nie zadrżał.
Pierwsza noc była ciężka piec dymił, dzieci kaszlały, z każdego kąta wiało lodem. Karolina przykryła maluchy wszystkim, co miała kurtkami, kocami, a choćby dywanikami. Sama siedziała przy łóżku i nasłuchiwała, jak oddycha jej siedmioletni synek Wojtek.
Wojtek był ciężko chory. Lekarz specjalista z Poznania mówił otwarcie: Nie wiem, czy syn doczeka się rocznej kolejki do operacji. Stan się pogarsza, rośnie obciążenie serca. Lepiej byłoby pojechać do Warszawy, prywatnie, tam mają sprzęt. Ale to kosztuje jak dwie takie kawalerki.
Rano Karolina wdrapała się na strych, żeby zatkać szpary. Wśród szpargałów i pożółkłych gazet z epoki Gomułki, znalazła metalową puszkę po herbacie, a w niej, zawinięte w szmatkę coś ciężkiego.
Stare kieszonkowe zegarki na łańcuszku. Pocierała palcami srebro, aż na wieczku odznaczył się zarys dwugłowego orła i napis: Za wiarę i wierność.
Pewnie coś tam warte, westchnęła.
Mechanizm stał, wskazówki na pięć przed dwunastą. Odłożyła znalezisko do szafy na razie nie miała głowy do antyków. Prowiantu zostało na kilka dni, drewna praktycznie nie było, a z Wojtkiem coraz gorzej.
Wieczorem rozpętała się zamieć. Dzieci spały, Karolina siedziała przy oknie, z płaczem. Czy dobrze zrobiła, przywożąc dzieci w marznące pustkowie? Wtem rozległo się ciche pukanie.
Zamrugała może się przewidziało?
Ale pukanie się powtórzyło, pewne i mocne. Chwyciła pogrzebacz i stanęła przy drzwiach.
Kto tam?
Otwórz, gospodyni, śnieżyca sroga, zagrzmiał głos, głęboki i spokojny.
Karolina, sama nie wiedząc jak, otworzyła. W progu stał staruszek. Niewysoki, w starym suknie do ziemi, przewiązany sznurem, broda siwa, ale oczy jakby młode i jasne.
Proszę, niech pan wejdzie, odsunęła się.
Staruszek wszedł śnieg się nie sypał z jego płaszcza i nie było od niego zimna, wręcz przeciwnie aż robiło się przy nim ciepło.
Podszedł do pokoju, zajrzał na śpiącego Wojtka.
Chory chłopak?
Tak, bardzo ciężko, Karolina spuściła głowę. Potrzebujemy pomocy, ale… pieniędzy brak.
Pieniądze to tylko pył, westchnął staruch. Ale czas to złoto. Znalazłaś moją zgubę?
Karolina zamarła.
Zegarek? Był pański?
Mój. Pan hrabia mi go podarował, gdy go z rzeki wyciągnąłem. Dawne czasy… Schowałem na czarną godzinę.
Sprzedam go, jeżeli mogę… choć na leki wystarczy, srebro swoje waży.
Staruszek uśmiechnął się pod brodą.
Nie śpiesz się. Jest tam ukryty skarb. Pod wieczkiem, tam gdzie uchwyt, wciśnij igłą cienką. Druga ścianka się otworzy. Zegarmistrz Bure miał poczucie humoru. Tam coś więcej niż srebro.
Wstał powoli. Żegnam cię, Karolino. Dobre masz imię, pamiętaj.
Zostań pan, choć herbaty napij się, jak się pan nazywa? Karolina schyliła się do czajnika.
Proszek mnie wołali.
Obróciła się nikogo już nie było. Drzwi zamknięte, dzieci śpią, w powietrzu tylko zapach kadzidła i chleba.
Całą noc Karolina nie mogła zasnąć. Nad ranem poszukała zegarka, odnalazła igłę, ręce jej się trzęsły. Wcisnęła w maleńki otwór i… klik!
Tylna pokrywka odskoczyła. W środku była złożona kartka i złota moneta, ciężka, dużo większa niż te z lombardu.
Rozłożyła kartkę. Certyfikuję, iż okaziciel tego dokumentu… dalej niewyraźny, przedwojenny charakter. Wzięła najstarszego syna i pojechała do antykwariatu w Koninie. Właściciel, porządny jegomość w okularach, kręcił nosem na srebro, ale gdy zobaczył złotą monetę i papier, aż pobladł.
Skąd to u pani?
Po prababci… z domu zostało.
Proszę pani… To jest złoty carat, moneta próbna, dosłownie kilka na świecie znanych. A dokument… To podpis samego cara. Ja nie mam tylu pieniędzy. Z tym do Warszawy, może na aukcję!
Dzięki pomocą tamtego zegarka i monety, Wojtek pojechał do Warszawy na operację. Najlepsi lekarze, najlepszy szpital. Karolina patrzyła, jak jej syn odzyskuje kolor i apetyt. Pieniędzy zostało aż nadto i na nowy dom, i na edukację piątki dzieci.
Po powrocie najpierw poszła na wiejski cmentarz. Długo szukała i w końcu znalazła stary, przechylony krzyż tabliczka już prawie niewidoczna: Proszek. 18881960.
Położyła róże i cicho wyszeptała:
Dziękuję, dziadku.
Wybudowała nowy, jasny dom z ogrzewaniem i wodą. Mieszkańcy Księżniczki patrzyli na Karolinę z szacunkiem zapracowana wdowa, dzieci schludne, dom pachnący domowym ciastem.
Po pół roku pojawiła się mama, Janina Pawłowska. Przed dom podjechała taksówką, wyskoczyła z tortem.
O, widzę, dorobiłaś się! Ludzie gadają, iż skarbu szukałaś! ton miała bardzo miły. Dobrze, dobrze, ja zawsze mówiłam wszystko będzie na dobre! Tak trochę mi się nie powodzi, emeryturka marna, a ty masz pokoi sporo…
Karolina wyszła przed ganek, za nią stanęła trójka starszych dzieci. Spojrzała spokojnie na matkę.
Dzień dobry, mamo.
No co stoisz? Zaproś matkę! Janina już stawiała nogę na schodek.
Nie.
Co?! zamarła jej mina.
Nie ma tu dla ciebie miejsca. Wybrałaś inaczej, pamiętasz?
Ty… ja cię podam do sądu! Matka cię prosi! zaczerwieniła się jak burak.
Droga wolna. Ale teraz odjedź. Wojtek idzie spać, pora ciszy.
Ciche kliknięcie zamka. Z zewnątrz jeszcze długo rozlegały się krzyki o niewdzięczności i pięciu przyczepkach, ale Karolina już nie słyszała.
Szła do kuchni, gdzie pachniało drożdżówkami, a stary zegar na ścianie spokojnie odmierzał czas nowego, spokojnego życia.












