— A kim ty adekwatnie jesteś, żeby mi rozkazywać?! — Zoja Pietrowna cisnęła szmatą prosto w twarz synowej. — W moim domu mieszkasz, moje jedzenie zjadasz! Tamara otarła twarz, zacisnęła pięści. Trzeci miesiąc mężatką, a każdy dzień — jak na polu bitwy. — Myję podłogi, gotuję, piorę! Czego jeszcze pani chce? — Żebyś zamknęła buzię! Przybłędo! Przywlokłaś się tu z cudzym dzieckiem! Mała Olena ze strachem wyglądała zza drzwi. Dziewczynka ma cztery lata, a już rozumie — babcia jest zła. — Mamo, dosyć! — Stefan wszedł z podwórka, ubrany w robocze ubrania. — Znowu awantura? — Bo twoja kobieta mi pyskuje! Ja jej mówię — zupa przesolona, a ona się stawia! — Zupa jest dobra — wyczerpana Tamara próbowała zachować spokój. — Celowo się pani czepia. — O, słyszysz? — Zoja Pietrowna wycelowała palcem w synową. — To ja się czepiam! We własnym domu! Stefan podszedł do żony, objął ją ramieniem. — Mamo, przestań. Tamara cały dzień haruje w domu. A ty tylko się kłócisz. — O, to teraz jesteś przeciwko matce?! Wychowałam, wykarmiłam, a on tak! Starucha trzasnęła drzwiami. W kuchni zapadła cisza. — Przepraszam — Stefan pogłaskał żonę po głowie. — Ona z wiekiem robi się nie do wytrzymania. — Stefan, może znajdziemy coś na wynajem? Chociaż pokój? — Za co? Przecież ja jestem traktorzystą, nie dyrektorem. Ledwo na jedzenie starcza. Tamara przytuliła się do męża. Dobry człowiek, pracowity. Ale jego matka — prawdziwe piekło. Poznali się na wiejskim jarmarku. Tamara sprzedawała robótki manualne, Stefan kupował skarpetki. Zaczęli rozmawiać. Powiedział od razu — nie przeszkadza mu, iż Tamara ma dziecko. Sam bardzo lubi dzieci. Wesele było skromne. Zoja Pietrowna od pierwszego dnia nie polubiła synowej. Młoda, ładna, z wyższym wykształceniem — księgowa. A jej syn — zwykły traktorzysta. — Mamo, chodź na kolację — Olena pociągnęła ją za spódnicę. — Już, skarbie. Podczas kolacji Zoja Pietrowna demonstracyjnie odsunęła talerz. — Tego się nie da jeść. Gotujesz jak świniom. — Mamo! — Stefan uderzył pięścią w stół. — Przestań! — Co przestań? Mówię prawdę! O, a Swietłana to dopiero gospodyni! A ta! Swietłana — córka Zoji Pietrownej. Mieszka w mieście, przyjeżdża raz do roku. Dom jest zapisany na nią, chociaż tu nie mieszka. — jeżeli pani nie smakuje to, co gotuję, proszę gotować sama — spokojnie powiedziała Tamara. — Ach ty! — teściowa zerwała się z miejsca. — Zobaczysz! — Dość! — Stefan stanął między kobietami. — Mamo, albo się uspokoisz, albo się wyprowadzamy. Zaraz. — Dokąd pójdziecie? Na ulicę? Przecież dom nie wasz! To była prawda. Dom należał do Swietłany. Mieszkali dzięki łasce. *** Cenny bagaż W nocy Tamara nie mogła zasnąć. Stefan obejmował ją, szeptał: — Wytrzymaj, kochana. Kupię traktor. Będę na swoim, zarobimy na własny dom. — Stefan, to drogie… — Znajdę używany, naprawię. Umiem. Wierz tylko we mnie. Rano Tamara obudziła się z mdłościami. Pobiegła do łazienki. Czyżby…? Test pokazał dwie kreski. — Stefanku! — wbiegła do pokoju. — Zobacz! Mąż przetarł oczy, spojrzał na test i nagle zerwał się, porwał żonę w ramiona. — Tamarciu! Nasze maleństwo! — Cichutko! Mama usłyszy! Ale już stało się. Zoja Pietrowna pojawiła się w drzwiach. — Co za hałas? — Mamo, będziemy mieli dziecko! — Stefan rozpromieniony. Teściowa zacisnęła usta. — A gdzie będziecie mieszkać? Już teraz tu ciasno. Swietłana przyjedzie — was wyrzuci. — Nie wyrzuci! — Stefan spochmurniał. — To i mój dom! — Dom Swietłany. Zapomniałeś? Ja na nią przepisałam. Ty tu tylko mieszkasz. euforia zgasła w sekundę. Tamara usiadła na łóżku. Za miesiąc wydarzyło się nieszczęście. Tamara podnosiła ciężkie wiadro z wodą — wodociągu nie było. Ostry ból, czerwone plamy na spodniach… — Stefanie! — zawołała. Poronienie. W szpitalu powiedzieli — przemęczenie, stres. Potrzeba spokoju. Jaki spokój w domu z taką teściową? Tamara patrzyła w sufit sali szpitalnej. Dość. Nie ma już siły. — Odchodzę — powiedziała przez telefon przyjaciółce. — Nie dam rady. — Tamara, a Stefan? Przecież dobry z niego chłop. — Dobry. Ale jego matki nie zniosę. Stefan wpadł po pracy. Ubrudzony, zmęczony, z bukietem polnych kwiatów. — Tamarciu, kochana, przepraszam. To moja wina. Nie ochroniłem cię. — Stefanie, ja tam nie mogę już mieszkać. — Wiem. Wezmę kredyt. Wynajmiemy coś. — Tobie nie dadzą. Mało zarabiasz. — Dadzą. Znalazłem drugą robotę. Nocna zmiana w gospodarstwie. W dzień na traktorze, w nocy przy krowach. — Stefan, zamęczysz się tak! — Warto. Dla ciebie. Tamara wyszła ze szpitala po tygodniu. W domu Zoja Pietrowna przywitała ją słowami: — Widzisz? Nie doniosłaś. Wiedziałam, słaba jesteś. Tamara przeszła obok bez słowa. Nie zasługiwała na jej łzy. Stefan pracował jak szalony. Rano traktor, w nocy gospodarstwo. Sypiał trzy godziny. — Też pójdę do pracy — zdecydowała Tamara. — W urzędzie szukają księgowej. — Tyle co tam płacą… — Grosz do grosza. Zaczęła pracować. Rano odprowadzała Olenę do przedszkola, potem szła do biura. Wieczorem odbierała córkę, gotowała, prała. Zoja Pietrowna zrzędziła jak dawniej, ale Tamara nauczyła się jej nie słyszeć. *** Własny kąt i nowe życie Stefan dalej odkładał na traktor. Trafił na stary, mocno zużyty. Właściciel sprzedawał za bezcen. — Weź kredyt — namówiła Tamara. — Naprawisz, zarobimy. — A jak nie wyjdzie? — Dasz radę. Masz złote ręce. Kredyt dostali. Kupili traktor. Stał na podwórku, jak sterta złomu. — Aleście głupotę kupili! — Zoja Pietrowna szydziła. — Od razu na złom! Stefan rozkręcał silnik po nocach, przy latarce. Tamara podawała klucze, trzymała części. — Idź spać. Jesteś zmęczona. — Razem zaczęliśmy, razem skończymy. Miesiąc roboty. Dwa. Sąsiedzi śmiali się z naiwnego traktorzysty. I któregoś ranka traktor zaklekotał. Stefan nie wierzył własnym uszom. — Tamarciu! Odpalił! Działa! Tamara wybiegła na podwórko i rzuciła mu się na szyję. — Wiedziałam! Wierzyłam w ciebie! Pierwsze zlecenie — orka u sąsiada. Drugie — przywóz drewna. Kolejne i kolejne… Zaczęły pojawiać się pieniądze. niedługo Tamara znów poczuła poranne mdłości. — Stefan, znowu jestem w ciąży. — Teraz żadnych ciężkich prac! Ja wszystko zrobię! Chronił ją jak najcenniejszy skarb. Nie pozwalał dźwignąć choćby wiadra. Zoja Pietrowna była wściekła. — Delikatna! Ja troje dzieci urodziłam, a ta od razu nie może! Ale Stefan nie ustąpił. Żadnego przeciążenia. W siódmym miesiącu przyjechała Swietłana — z mężem i nowymi planami. — Mamo, sprzedajemy dom. Mamy dobrą ofertę. Przeprowadzisz się do nas. — A oni? — Zoja Pietrowna spojrzała na Stefana i Tamarę. — Co oni? Niech się martwią o siebie. — Swietłano, tu się wychowałem! To też mój dom! — Stefan był oburzony. — Ale dom jest mój. Zapomniałeś? — Kiedy mamy się wyprowadzić? — spokojnie zapytała Tamara. — Za miesiąc. Stefan gotował się ze złości. Tamara położyła mu rękę na ramię — cicho, spokojnie. Wieczorem siedzieli objęci. — Co teraz? niedługo dziecko. — Damy radę. Byle razem. Stefan pracował bez wytchnienia. Traktor pracował od świtu do nocy. W tydzień zarobił tyle, co dawniej w miesiąc. I wtedy zadzwonił pan Michał — sąsiad z odległej wsi. — Stefanie, sprzedaję dom. Stary, ale solidny. Taniutko. Może obejrzysz? Pojechali zobaczyć. Dom wiekowy, ale zadbany. Kuchenka, trzy pokoje, stodoła. — Ile chcesz? Pan Michał podał kwotę. Połowę mieli, reszty brakło. — Weźmiesz na raty? — zapytał Stefan. — Połowa teraz, reszta za sześć miesięcy. — Zgoda. Jesteś solidny chłop. Wrócili zachwyceni. Zoja Pietrowna na progu: — Gdzie się szwendaliście? Swietłana już papiery przywiozła! — I bardzo dobrze — spokojnie rzekła Tamara. — Przeprowadzamy się. — Gdzie? Na ulicę? — Do własnego domu. Kupiliśmy. Teściowa zaniemówiła. — Bzdura! Skąd mieliście pieniądze? — Zarobiliśmy — Stefan objął Tamarę. — Kiedy ty narzekałaś, my pracowaliśmy. Wyprowadzali się w dwa tygodnie. Rzeczy kilka — co można mieć swojego w cudzym domu? Olena biegała po nowych pokojach, pies szczekał radośnie. — Mamo, to naprawdę nasz dom? — Nasz, kochanie. Nasz własny. Zoja Pietrowna przyjechała nazajutrz. — Stefanie, może mnie do siebie weźmiecie? W mieście duszno. — Nie, mamo. Wybrałaś swoje. Mieszkaj ze Swietłaną. — Ale przecież jestem twoją matką! — Matka nie nazywa wnuczki obcą. Żegnaj. Zamknął drzwi. Trudno, ale trzeba. W marcu przyszedł na świat Mateusz — silny, zdrowy chłopczyk. Krzyczał donośnie, jak ojciec. — Cały tata! — śmiała się położna. Stefan tulił syna, prawie wstrzymując oddech. — Tamaro, dziękuję ci. Za wszystko. — Ja tobie — za to, iż się nie poddałeś. Że wierzyłeś. Swoją chatę urządzali powoli. Zasiali ogródek, hodowali kury. Traktor codziennie przynosił zarobek. Wieczorem siedzieli na ganku. Olena bawiła się z psem, Mateusz spał w kołysce. — Wiesz, jestem szczęśliwa — powiedziała Tamara. — Ja też. — Pamiętasz, jak ciężko było? Myślałam, iż nie dam rady. — Dałaś radę. Jesteś silna. — Oboje jesteśmy silni. Razem. Słońce zachodziło za lasem. W chacie pachniało chlebem i mlekiem. Prawdziwy dom. Ich dom. Gdzie nikt cię nie upokorzy, nie wyrzuci, nie nazwie obcym. Gdzie można żyć, kochać i wychowywać dzieci. Gdzie można być szczęśliwym. *** Drodzy Czytelnicy — w każdej rodzinie są własne trudności, czasem bardzo ciężkie do pokonania… Historia Tamary i Stefana to lustro, w którym każdy może zobaczyć własne troski i siłę ducha potrzebną, by je przetrwać. Tak to jest: od trudności do radości, potem znów pod wiatr… aż los się uśmiechnie. A jak Wy sądzicie — czy Stefan powinien był tyle lat znosić matkę, czy lepiej od razu przeciąć węzeł gordyjski i szukać własnego kąta? I co dla Was znaczy prawdziwy dom — ściany czy rodzinne ciepło? Podzielcie się swoimi przemyśleniami — życiowa nauka płynie z każdego doświadczenia! (Tytuł:) Kim ty jesteś, żeby mi rozkazywać?! — Zoja Pietrowna rzuciła szmatą w synową. — W moim domu mieszkasz, moje jedzenie jesz! Ciężka codzienność Tamary pod jednym dachem z teściową, marzenia o własnym kącie, własnym szczęściu. Czy Stefan zdoła przeciwstawić się matce i razem z żoną zbudować prawdziwy dom?

newskey24.com 3 godzin temu

A kim ty w ogóle jesteś, żeby mi rozkazywać! Zofia Pietrzakowa rzuciła szmatą prosto w twarz swojej synowej. W moim domu mieszkasz, moje jedzenie jesz!

Tamara otarła twarz, zacisnęła pięści. Trzeci miesiąc po ślubie, a tu codziennie jak na froncie.

Myję podłogi, gotuję, piorę! Co jeszcze mam robić?

Język w buzi trzymaj! syknęła teściowa. Przyjechałaś tu z jakimś dzieciakiem!

Mała Ola, czterolatka, zerknęła nieśmiało zza drzwi. Dziecko już wie, iż babcia jest zła.

Mamo, daj spokój! wszedł Stefan z podwórza, brudny po pracy. Co znów?

Co, co! Twoja żonka pyskata! Zwrotkę jej dałam, bo zupę przesoliła, a ona pyskuje!

Zupa jest w porządku powiedziała Tamara zmęczonym głosem. Pani się po prostu czepia.

Słyszysz?! Zofia Pietrzakowa wskazała synową palcem. To niby ja się czepiam?! We własnym domu?!

Stefan objął Tamarę za ramiona.

Mamo, daj spokój. Tamara cały dzień tyra, a ty tylko się kłócisz.

Tak, tak, przeciwko matce stajesz! Wychowałam, wykarmiłam, a on nic.

Starsza kobieta zabrała się i trzasnęła drzwiami. W kuchni zrobiło się cicho.

Przepraszam pogłaskał Tamarę po głowie Stefan. Starzała się, nie do wytrzymania już jest.

Stefanku, może byśmy coś wynajęli? Jeden pokój choćby?

Za co? Jestem traktorzystą, nie dyrektorem… Ledwo starcza na jedzenie.

Tamara przytuliła się do Stefana. Dobry człowiek, pracowity, tylko ta jego matka istny koszmar.

Poznali się na jarmarku w miasteczku. Tamara sprzedawała szydełkowe rzeczy, Stefan kupował skarpety. Zaczęli rozmawiać. Od razu powiedział, iż nie przeszkadza mu, iż Tamara ma dziecko lubi dzieci.

Ślub był skromny. Zofia Pietrzakowa od pierwszego dnia nie znosiła synowej. Młoda, ładna i z wyższym wykształceniem księgowa. A jej syn prostak, traktorzysta.

Mamo, chodź na kolację szepnęła Ola, ciągnąc ją za spódnicę.

Już idę, kochanie.

Przy kolacji Zofia Pietrzakowa demonstracyjnie odsunęła talerz.

Tego się nie da jeść. Gotujesz jak dla świń.

Mamo! powiedział Stefan, stukając pięścią w stół. Dość już!

Jak dość? Prawdę mówię! Zobacz, jakie pani Krysia gotuje! Ta twoja choćby do jej pięt nie dorasta!

Pani Krysia to córka Zofii. Mieszka w mieście i przyjeżdża raz do roku. Dom już na nią przepisany, choć w nim nie mieszka.

jeżeli nie smakuje, to proszę sobie sama gotować odparła spokojnie Tamara.

A ty mi tu nie pyskuj! teściowa się poderwała. Zaraz cię nauczę!

Dość! Stefan stanął pomiędzy nimi. Mamo, albo się uspokoisz, albo wychodzimy. Zaraz.

A dokąd pójdziecie? Na ulicę? Ten dom nie jest wasz!

To prawda. Dom był przepisany na Krysię. Mieszkali tam tylko z łaski.

***

Ciężar, co na sercu ciąży

W nocy Tamara nie mogła spać. Stefan przytulał ją i szeptał:

Wytrzymaj, kochanie. Kupię traktor, zacznę na własny rachunek. Dorobimy się na własny kąt.

Stefan, to kupa forsy…

Kupimy używany, naprawię. Umiejętności mam. Uwierz we mnie.

Rano Tamara wstała z nudnościami. Pobiegła do łazienki. Czyżby…?

Test ciążowy pokazał dwie kreski.

Stefanku! Zobacz!

Mąż przetarł zaspane oczy, spojrzał i od razu zaczął ją obracać dokoła.

Tamarko! Kochanie! Będziemy mieli dziecko!

Ciszej! Zaraz matka usłyszy!

Ale już było za późno. Zofia stała w progu.

Co tu za wrzask?

Mamo, będziemy mieli dziecko! Stefan promieniał.

Teściowa zacisnęła usta.

A gdzie wy z tym wszystkim zamierzacie mieszkać? I tak ciasno. Krysia przyjedzie, wyrzuci was.

Nie wyrzuci nas! Stefan zmarszczył brwi. To i mój dom!

Dom Krysi. Ja na nią przepisalam, zapomniałeś? Ty tu tylko mieszkasz.

Radość nagle minęła. Tamara usiadła na łóżku.

Miesiąc później zdarzyło się nieszczęście. Tamara dźwigała ciężkie wiadro z wodą w domu nie było bieżącej. Ostry ból w podbrzuszu. Czerwone plamy…

Stefanie! zawołała.

Poronienie. W szpitalu lekarz powiedział przemęczenie, stres. Potrzeba spokoju.

A jaki tu spokój, gdy teściowa szaleje?

Tamara leżała w szpitalu, patrzyła w sufit. Dość. Nie chce już tego.

Odchodzę powiedziała przyjaciółce przez telefon. Już nie dam rady.

Tami, a Stefan? Przecież dobry chłop.

Dobry, ale z jego matką już nie wytrzymam. Tam zginę.

Stefan przyszedł po pracy. Brudny, zmęczony, z naręczem polnych kwiatów.

Kochańska, wybacz. To moja wina. Nie ochroniłem cię.

Stefanie, ja już nie mogę tam mieszkać.

Wiem. Wezmę kredyt, wynajmiemy coś.

Przecież ci kredytu nie dadzą. Zarabiasz grosze.

Dostałem drugą robotę. W nocy na fermie, w dzień na traktorze.

Ale padniesz z wycieńczenia!

Nie padnę. Dla ciebie wszystko.

Tamara wróciła do domu po tygodniu. Zofia przywitała ją na progu:

No widzisz? Nie utrzymałaś? Wiedziałam. Słabaś ty.

Tamara choćby nie odpowiedziała. Już nie warto poświęcać jej łez.

Stefan harował jak wół. Rano traktor, wieczorem ferma. Spał po trzy godziny.

Zatrudnię się w księgowości, tu w biurze jest miejsce powiedziała Tamara.

Ale tam słabo płacą.

Grosik do grosza.

Zaczęła pracę. Rano odprowadzała Olę do przedszkola, potem do biura. Wieczorem odbierała córkę, gotowała, prała. Zofia dalej się czepiała, ale Tamara już nie słyszała jej złośliwości.

***

Swój kąt, nowe życie

Stefan dalej odkładał na traktor. W końcu znalazł stary, prawie nie do użytku. Sprzedawca oddawał za bezcen.

Weź kredyt powiedziała Tamara. Naprawisz, będziemy zarabiać.

A jak się nie uda?

Uda się. Masz złote ręce.

Dali im pożyczkę. Kupili traktor. Stał na podwórku jak kupa złomu.

Co za idiota! śmiała się Zofia. Złom kupili!

Stefan bez słowa rozbierał silnik. Pracował nocami, przy latarce. Tamara podawała narzędzia, przytrzymywała części.

Idź spać, zmęczonaś.

Razem zaczęliśmy, razem skończymy.

Miesiąc, dwa miesiące roboty. Sąsiedzi się śmiali głupi traktorzysta, rozbitka kupił.

Aż któregoś ranka traktor zakręcił silnikiem! Stefan nie wierzył własnemu szczęściu.

Tamaro! Chodzi! Naprawiłem!

Tamara wypadła na podwórko, rzuciła się mu na szyję.

Wiedziałam, wierzyłam w ciebie!

Pierwsze zlecenie oranie pola sąsiadowi. Potem przewóz drewna. Kolejne prace… Zaczęły się pojawiać pieniądze.

I wtedy Tamara znowu poczuła poranne mdłości.

Stefanku, znów jestem w ciąży.

Tym razem nie dotykasz choćby szklanki wody! Wszystko sam zrobię!

Chronił ją jak skarb. Nic nie pozwalał dźwigać. Zofia narzekała:

Oj delikatna! Ja troje dzieci miałam i nic mi nie było! A ta!

Ale Stefan nie ustąpił żadnych ciężkich robót.

W siódmym miesiącu przyjechała Krysia z mężem i z nowiną.

Mamo, sprzedajemy dom. Mamy dobrą ofertę, przeprowadzisz się do nas do miasta.

A Stefan i Tamara? zapytała Zofia, wskazując syna i synową.

Jacy oni? Niech się martwią o siebie.

Krysiu, tu się urodziłem, to mój dom! oburzył się Stefan.

I co z tego? Dom mój, zapomniałeś?

Kiedy mamy się wyprowadzić? spokojnie zapytała Tamara.

Za miesiąc.

Stefan aż kipiał ze złości. Tamara położyła mu rękę na ramię cicho, nie warto.

Wieczorem siedzieli przytuleni.

Co teraz? Dziecko zaraz będzie.

Poradzimy sobie. Ważne, iż razem.

Stefan pracował jak opętany. Traktorem od rana do nocy. W tydzień zarobił tyle, co wcześniej w miesiąc.

I nagle zadzwonił Michałowski sąsiad z innej wsi.

Stefanie, sprzedaję dom. Stary, ale solidny. Może się zainteresujesz?

Pojechali obejrzeć. Dom rzeczywiście stary, ale porządny: piec, trzy pokoje, stodoła.

Ile chcesz?

Michałowski podał sumę. Połowę mieli, reszty brakło.

Może na raty? Połowa teraz, połowa za pół roku?

Dobrze, znam cię, jesteś uczciwy chłopak.

Wrócili do domu pełni nadziei. Zofia czekała od progu:

Gdzie żeście się podziewali? Krysia przywiozła papiery!

I bardzo dobrze spokojnie odparła Tamara. Wyprowadzamy się.

Gdzie niby? Na bruk?

Do własnego domu. Kupiliśmy go.

Teściowa aż zaniemówiła. Nie tego się spodziewała.

Kłamiecie! Skąd macie pieniądze?

Zapracowaliśmy objął żonę Stefan. Ty tylko gadałaś, my robiliśmy.

Wyprowadzili się w dwa tygodnie. Mieli kilka rzeczy bo ile możesz mieć swojego w cudzym domu?

Ola biegała po pokojach, mały piesek szczekał raźno.

Mamo, nasz to dom? Naprawdę nasz?

Nasz, córeczko. Prawdziwy, nasz.

Dzień przed przeprowadzką Zofia przyjechała.

Stefanie… Myślałam… Może mnie zabierzecie? W mieście duszno.

Nie, mamo. Wybrałaś. Teraz żyj z Krysią.

Ale przecież jestem twoją matką!

Matka nie nazywa wnuczki obcą. Żegnaj.

Zamknął drzwi. Ciężko, ale słusznie.

Marzec przyniósł im syna. Mateusz urodził się silny i zdrowy, głośny jak dzwon.

Cały po tatusiu! śmiała się położna.

Stefan trzymał synka jak najcenniejszy skarb.

Tamaro, dziękuję ci za wszystko.

To ja dziękuję. Za to, iż się nie poddałeś. Że wierzyłeś.

Wolno oswajali się z nowym domem. Zasadzili warzywa, kupili kury. Traktor pracował, przynosił dochód. Wieczorami siadali na ganku. Ola bawiła się z pieskiem, Mateusz spał w kołysce.

Wiesz co uśmiechnęła się Tamara jestem szczęśliwa.

Ja też.

Pamiętasz, jak ciężko było? Myślałam, iż się nie podniosę…

Dałaś radę. Jesteś silna.

My jesteśmy silni. Razem.

Słońce zachodziło za lasem. W domu pachniało chlebem i mlekiem. Prawdziwy dom. Ich dom.

Nikt już ich nie obrazi ani nie wyrzuci. Nikt nie powie, iż są obcy.

Tu można żyć, kochać i wychowywać dzieci.

Tu można być szczęśliwym.

***

Kochani, każda rodzina ma swoje problemy, swoje góry do pokonania. Historia Tamary i Stefana to jak lustro widać w niej codzienne trudy, upór i siłę, która pozwala je przerastać.

Tak już to u nas jest od zmartwień do radości, aż w końcu los się uśmiechnie.

A Ty jak myślisz czy Stefan nie powinien był szybciej odciąć pępowinę od matki i poszukać własnego kąta? Czym dla ciebie jest prawdziwy dom ścianami, czy ciepłem rodziny?

Podziel się swoją opinią, bo życie to szkoła a każda lekcja jest na wagę złota.

Idź do oryginalnego materiału