3. Wolny Człowiek. / missnobody

publixo.com 4 godzin temu

Odbicie w lustrze było brutalnie szczere – upływ czasu odcisnął piętno na jego fizjonomii. Spojrzenie straciło swój dawny, młodzieńczy blask; teraz było mętne i zblazowane. Bruzdy na czole pogłębiły się, tworząc siatkę nieestetycznych zmarszczek, a bujna, ciemnobrązowa czupryna gdzieniegdzie prześwitywała szarymi pasmami. Dla swoich uczniów już dziesięć lat temu był „starszym panem po trzydziestce”, ale w tym momencie z goryczą musiał przyznać, iż pomimo swoich czterdziestu dwóch lat czuł się wyjątkowo staro. Był przecież w sile wieku – nie tylko w sensie biologicznym. Miał za sobą wystarczająco dużo życiowych sukcesów i porażek, by zawsze być o krok przed tymi, którzy myśleli, iż go rozpracowali. Latami szlifował umiejętność sekcji ludzkich zachowań, aż osiągnął ten specyficzny rodzaj dojrzałości, który pozwala widzieć więcej, niż inni chcieliby pokazać.
A może to nie wiek go niszczył, tylko nagromadzone przez lata gówno, przez które patrzył na świat? Trauma była jak filtr; wyciągała z jego twarzy każdą zmarszczkę, skazę i powód do wstydu.
Czajnik odezwał się z przenikliwym piskiem, przerywając wewnętrzny monolog. Adam pośpiesznie zalał wrzątkiem dwa kubki z herbatą, czekające na blacie. Następnie mechanicznie ruszył do zamkniętego pokoju naprzeciwko. Gdy pchnął drzwi bez pukania, Tomek gwałtownie podskoczył na łóżku i z trzaskiem zamknął laptop, który spoczywał na jego kolanach.
– Przerwałem randkę? – zadrwił jego ojciec, teatralnie przykładając dłoń do ust. – Sorry, młody. Kolacja na stole.
Chłopak wypuścił z płuc ciężki haust powietrza, a w jego spojrzeniu kryło się coś więcej niż zakłopotanie. Zanim ekran komputera ostatecznie zgasł, w pokoju przez ułamek sekundy odbiło się zimne, błękitne światło, na tle którego wykwitł obraz zupełnie niepasujący do niewinnej, nastoletniej ciekawości.
– A tak w ogóle, mógłbyś chociaż poczekać, aż pójdę spać, no naprawdę! – dorzucił przez ramię, po czym wycofał się na korytarz, pozwalając, by drzwi same zatrzasnęły się w ciszy.

Pierwsze dwa drinki były jak końska dawka znieczulenia przed skomplikowaną operacją – bez nich ten dzień byłby nie do przejścia; zbyt bolesny, zbyt głośny i zbyt prawdziwy. Alkohol miał za zadanie stępić krawędzie wszystkiego, o co mógłby się dziś boleśnie otrzeć. Pijąc trzecią szklankę whiskey z rzędu, Adam wreszcie poczuł ten przyjemny szum. Moment, w którym napięcie odpuściło, a krawędzie świata znowu stały się miękkie i przestały go atakować nadmiarem detali. Jego dziewięćdziesiąt kilo wymagało konkretnego paliwa, by mechanizm racjonalnego myślenia w końcu spowolnił.
Atrakcyjna brunetka przy barze puściła mu oczko, wyczekująco obracając między palcami smukłą nóżkę Vesper Martini.
– Stary, ona leci na ciebie jak dziki na żołędzie – rzucił Marek, parskając śmiechem w swoją szklankę. – Jeszcze moment i cię tu, kurwa, rozszarpie.
– Daj spokój – Adam wychylił ostatni łyk bursztynowego napoju, maskując zawstydzenie.
– No, co? – Jego przyjaciel nie dawał za wygraną. – Swoją drogą, Adam, kiedy ty ostatnio coś… no, ten-teges?
Adam drgnął i wyprostował się sztywno na twardym krześle. Odwrócił twarz, by uciec przed oceniającym spojrzeniem Marka.
– Proszę cię – zakpił. – Wygląda na połowę młodszą ode mnie.
– Tym lepiej! – ponaglał Marek. – Przynajmniej potem nie okaże się, iż to matka jakiegoś twojego ucznia. Na co czekasz? Jesteś wolnym człowiekiem. Taka okazja może się gwałtownie nie powtórzyć!
Adam wykonał przeczący ruch głową, patrząc ukradkiem w stronę nieznajomej, która najwyraźniej w dalszym ciągu czekała na jego ruch. Zmrużył oczy, próbując złapać ostrość w mieniącym się od neonów półmroku. Kobieta zdecydowanie była w jego typie: ciemne pasma falowanych włosów łagodnie opadały na smukłe, odsłonięte ramiona. Miała w sobie coś z drapieżnika – ten rodzaj twarzy, który zapamiętuje się choćby wtedy, gdy następnego dnia rano ma się problem z przypomnieniem sobie własnego nazwiska. Cierpliwie siedziała, obserwując go, jakby był główną wygraną na loterii. To nie mogło się nie udać.
– Tomek jest z twoim ojcem na rybach, masz wolną chatę, korzystaj! – Marek usilnie starał się przekrzyczeć gości obok ich stolika. – Zapierdalaj!

Adam otworzył oczy i gwałtownie tego pożałował. Światło wdzierające się przez szpary w roletach cięło jego czaszkę jak laser, przypominając o każdej szklance whiskey, którą wczoraj w siebie wlał.
Przez chwilę panowała cisza, aż poczuł to – obcy oddech na swojej skórze.
Powoli odwrócił głowę. Tuż obok spała ona – brunetka z baru. W świetle poranka jej nietuzinkowość wyparowała, zastąpiona przez zwyczajność, która niemal fizycznie go zabolała. Rozmazany tusz pod oczami, splątane włosy, ramię bezwładnie rzucone na jego połowę łóżka.
To nie był zamiennik. To była pomyłka.
Wstał cicho, starając się nie skrzypnąć materacem. Nie czuł satysfakcji ani tym bardziej nie czuł się wolnym człowiekiem. Czuł wyłącznie mdły zapach słodkich perfum, wymieszany z przetrawionym alkoholem. Odór porażki.
Podszedł do okna i oparł czoło o zimną szybę. W odbiciu znów zobaczył to samo nagromadzone gówno, którego próbował się pozbyć wczorajszego wieczoru. Tyle iż teraz było go więcej. Mieszkanie, które miało być sterylne i bezpieczne, zostało skażone.
Nagle usłyszał za plecami jej zaspany głos:
– Hej... która godzina?
Adam się nie odwrócił. Mocno zacisnął dłonie na parapecie. Pytanie było proste, ale dla niego brzmiało jak lodowaty prysznic. Za kilka godzin Tomek wróci z ryb. Wejdzie do tego mieszkania ze swoją beztroską energią, a on – ojciec roku, będzie musiał wietrzyć sypialnię z zapachu nocy, której nie chciał pamiętać.
– Wczesna – wychrypiał, czując w gardle suchość pustyni. – Musisz już iść. Mój syn niedługo wraca.
W pokoju zapadła lodowata cisza. Adam wciąż patrzył w szybę, nienawidząc faktu, iż choćby we własnym domu czuje się jak intruz.
Spod poduszki dało się słyszeć dzwonek jego telefonu. Mężczyzna niezwłocznie sięgnął po urządzenie, rzucając przelotne spojrzenie na ekran. Połączenie było od nieznanego numeru.
– Rostański, słucham?
Po drugiej stronie zabrzmiał znajomy głos. Adam poczuł, jak ucisk w gardle odbiera mu możliwość swobodnego oddechu. Wytężył słuch, przyciskając telefon do ucha. Wolną dłoń przyłożył do czoła, na które momentalnie wstąpił zimny pot.
– Ja pierdolę.
Idź do oryginalnego materiału