No dobra, ktoś mi w końcu wytłumaczy, w którym momencie wynajem przez internet zrobił się droższy niż hotel i jeszcze dorzuca do tego listę obowiązków domowych. Bo ja pamiętam czasy, kiedy to miała być ta tańsza opcja.
Nazywam się Kasia, mam trzydzieści cztery lata, pracuję w agencji reklamowej w Poznaniu i we wrześniu pojechałam z chłopakiem na cztery dni do Zakopanego. Na urlop. Normalny, zasłużony urlop po dziesięciu miesiącach bez wolnego, bo firma akurat wchodziła w nowy projekt i nie było kiedy odetchnąć.
Znalazłam ten apartament na popularnym portalu z noclegami. Zdjęcia ładne, opinie dobre, cena w ogłoszeniu — dwieście osiemdziesiąt dziewięć złotych za dobę. Klikam, rezerwuję, a potem na ekranie płatności wyskakuje coś, co nazywa się „opłata za sprzątanie" — czterysta złotych. Do tego opłata serwisowa, jakiś podatek lokalny, no i jeszcze jedna pozycja, której choćby nie rozumiałam, co znaczy. Razem za cztery noce wyszło tysiąc dziewięćset osiemdziesiąt złotych. Prawie dwa tysiące za mieszkanie z jedną sypialnią i widokiem na parking sąsiedniego bloku.
Dobra, myślę sobie, płacę, bo wynajmująca była miła w wiadomościach, odpisywała szybko, wysłała choćby zdjęcie kluczy przed przyjazdem. Nazywała się pani Grażyna, prowadziła to jako dodatkowy dochód do emerytury, tak przynajmniej napisała w opisie profilu.
Przyjeżdżamy pod blok przy ulicy Kościuszki, taszczymy walizki na trzecie piętro bez windy, bo winda akurat od dwóch tygodni nie działa — o czym oczywiście nikt nas nie uprzedził. W mieszkaniu na stole leży kartka. Nie broszura, nie miła notatka z życzeniami udanego pobytu. Kartka formatu A4, zapisana z dwóch stron, w linijkę, długopisem, który chyba już kończył tusz.
Czytam na głos: ściągnąć pościel z łóżek i włożyć do pralki na programie czterdzieści stopni, umyć naczynia i odstawić na suszarkę, wynieść śmieci do kontenera przy garażach, wytrzeć blaty w kuchni, poskładać ręczniki tak jak leżały na zdjęciu w aplikacji, ustawić temperaturę na termostacie z powrotem na osiemnaście stopni, zamknąć wszystkie okna na klamkę.
Mój chłopak, Marek, tylko odkłada kartkę na stół i mówi: no ale my za to zapłaciliśmy czterysta złotych, prawda? Sprawdzam potwierdzenie rezerwacji w telefonie. Tak, dokładnie tak. Cleaning fee, czterysta złotych, zapłacone z góry razem z resztą.
Więc kogo dokładnie ja tu sprzątam?
Do tego jeszcze zameldowanie od piętnastej, wymeldowanie do dziesiątej rano. Czyli płacę pełną dobę, a śpię w tym mieszkaniu może z dziesięć godzin, bo wieczorem jeszcze chodziliśmy na kolację, a rano trzeba było wstać, spakować się i zdążyć przed dziesiątą, bo pani Grażyna napisała, iż ma zaraz po nas kolejnych gości.
Ostatniego dnia budzę się o siódmej. Nie dlatego, iż chciałam pooglądać wschód słońca nad Giewontem. Dlatego, iż trzeba było zdążyć z całą tą listą, zanim przyjedzie sprzątająca ekipa — a raczej, jak się okazało, zanim przyjedzie sama pani Grażyna, bo żadnej ekipy tam nie było, była tylko ona z wózkiem na zakupy pełnym środków czystości.
Marek ściągał pościel, ja włączałam pralkę, o której zresztą w instrukcji nie było napisane, iż trzeba mieć do niej osobny klucz od szafki, bo wcześniej dwa razy zalała sąsiadów z dołu. Szukałam tego klucza dwadzieścia minut, bo leżał w doniczce z fikusem na balkonie, tak jak było napisane drobnym drukiem na odwrocie kartki, którą przeczytałam dopiero za trzecim razem.
Kiedy pani Grażyna przyszła po klucze, stanęła w progu, obrzuciła spojrzeniem łóżko, blat, kosz na śmieci, i powiedziała tylko: „O, dobrze, iż pościel już w pralce, bo ja bym nie zdążyła do kolejnych gości". Bez podziękowania. Bez uśmiechu. Jakby to było oczywiste, iż za to płacę.
I wtedy coś we mnie pękło. Bo przypomniałam sobie, jak rok wcześniej byliśmy w hotelu w Krakowie — zwykły trzygwiazdkowy, nic luksusowego — zameldowanie, rzucam walizkę na podłogę, używam wszystkich ręczników z łazienki, śpię do jedenastej, dzwonię na recepcję i proszę o późne wymeldowanie, nikt mi słowa nie powie. A wychodząc, pani z recepcji mówi: dziękujemy za pobyt, zapraszamy ponownie.
Powiedziałam to na głos, tam, w progu tego mieszkania przy Kościuszki. Powiedziałam, iż za czterysta złotych cleaning fee oczekuję, iż ktoś posprząta po mnie, a nie iż ja posprzątam za kogoś. Pani Grażyna zmierzyła mnie od stóp do głów, jakbym powiedziała coś niesłychanego, i odparła, iż przecież wszyscy tak robią, iż to standard.
Nie odpisałam nic więcej. Spakowałam laptopa, zeszliśmy z walizkami po tych trzech piętrach bez windy i pojechaliśmy prosto na dworzec, bo mieliśmy jeszcze godzinę do pociągu.
Ale to nie był koniec sprawy. Bo w Poznaniu, dwa dni później, usiadłam wieczorem przy stole z laptopem, otworzyłam aplikację banku i sprawdziłam, ile faktycznie wydałam na te cztery dni — tysiąc dziewięćset osiemdziesiąt złotych, z czego czterysta za sprzątanie, którego sama dokonałam.
Napisałam do serwisu rezerwacyjnego oficjalną reklamację, dołączyłam zdjęcie tej kartki z instrukcjami, zdjęcie pralki, zdjęcie potwierdzenia opłaty. Zażądałam zwrotu czterystu złotych, bo usługa, za którą zapłaciłam, nie została wykonana — wykonałam ją ja. Po dziewięciu dniach dostałam odpowiedź: platforma zwróciła mi trzysta dwadzieścia złotych, uznając reklamację częściowo, i wysłała ostrzeżenie do gospodyni o konieczności doprecyzowania obowiązków gościa w opisie oferty.
Wypisałam też opinię pod ogłoszeniem pani Grażyny — rzeczową, bez przekleństw, ale ze szczegółami: cena, cleaning fee, kartka z instrukcjami, brak windy, o którym nie uprzedzono. Dwa tygodnie później zauważyłam, iż w opisie apartamentu zniknęła informacja „sprzątanie wliczone w cenę" i zamiast tego pojawiło się zdanie: „prosimy o pozostawienie mieszkania w stanie zastanym".
Nic więcej nie musiałam robić. Trzysta dwadzieścia złotych wróciło na konto, opinia została, a na następny urlop, w listopadzie, zarezerwowałam zwykły hotel w Zakopanem — z windą, z ręcznikami do zużycia i z panią na recepcji, która na pożegnanie powiedziała: dziękujemy, iż byli Państwo z nami.












