40 dni i 11 godzin samotnego biegu, około 2 679 kilometrów, dziesiątki tysięcy metrów przewyższenia, bagna, torfowiska, deszcz, wiatr, brak snu i stopy w koszmarnym stanie. A jednak Roman Ficek dotarł do celu. Mieszkaniec naszego regionu, na co dzień trenujący w Zawoi pod Babią Górą, właśnie zakończył jeden z najbardziej niezwykłych projektów w historii polskiego biegania górskiego.
8 lipca stanął na Nordkappie. Przed nim była Norwegia, a adekwatnie cała Skandynawia – jej góry, pustkowia, rzeki, bagna i setki kilometrów terenu, na którym nie zawsze dało się znaleźć choćby ślad szlaku. 17 sierpnia zameldował się przy latarni morskiej Lindesnes, na południowym krańcu Norwegii.
Po drodze zrobił coś, co jeszcze niedawno mogło wydawać się kompletnie szalone. Przebiegł około 2 679 kilometrów przez Norwegię, Szwecję i Finlandię. Sam. Bez samochodu technicznego, bez ekipy podającej jedzenie, ubrania czy sprzęt. Z plecakiem ważącym choćby 9 kilogramów. I nie biegł najłatwiejszą drogą…
Ficek przygotował własny, górski wariant trasy Norge på langs. Zamiast wybierać asfalt i wygodne ścieżki, możliwie często kierował się w Góry Skandynawskie. Pokonywał skaliste szczyty, tundrę, rzeki, torfowiska i rozległe bagna. W wielu miejscach nie było choćby wyraźnego szlaku. Trasa żyła razem z pogodą i warunkami w terenie – trzeba było improwizować, szukać przejść przez rzeki, omijać niebezpieczne miejsca i po prostu iść dalej. A adekwatnie – biec.
Początkowo Ficek zakładał, iż będzie pokonywał średnio około 90 kilometrów dziennie. Plan był niezwykle ambitny. Wyszło ponad 40 dni, bo rzeczywistość okazała się znacznie brutalniejsza niż mapa.

Największym przeciwnikiem nie zawsze były góry. Były nim bagna i torfowiska. Setki kilometrów w terenie, w którym trudno było normalnie biec, a każdy krok mógł oznaczać zapadnięcie się w grząskie podłoże. Do tego niemal nieustannie mokre buty, deszcz, wiatr, zimno i ogromne zmęczenie.
Pierwszy sklep na trasie znajdował się dopiero około 250 kilometrów od Nordkappu. Do tego dochodziła samotność. Przez wiele tygodni Roman był zdany wyłącznie na siebie. Musiał sam kupować jedzenie, organizować noclegi i pilnować, by każdego dnia dotrzeć do miejsca, w którym będzie mógł odpocząć. Nie miał choćby namiotu ani śpiwora. Korzystał z dostępnych sklepów, kempingów i skandynawskich chat.
Organizm z czasem zaczął wystawiać go na kolejne próby. Jego stopy były w koszmarnym stanie. Dziesiątki kilometrów dziennie, ciągle mokre obuwie, błoto, kamienie i kolejne dni bez prawdziwego odpoczynku zrobiły swoje. Ból przestał być czymś wyjątkowym. Stał się częścią codzienności. Były też łzy, chwile zwątpienia, tęsknota za domem i bliskimi, brak snu oraz narastający deficyt kalorii. Była paskudna pogoda i teren, który potrafił skutecznie odebrać ochotę na kolejny kilometr.
Ale Ficek się nie poddał. I właśnie dlatego jego wyczyn robi takie wrażenie. Mieszkaniec Skawicy w gminie Zawoja, któremu bliski jest rejon Babiej Góry, gdzie na co dzień trenuje, po raz kolejny pokazał, iż granice ludzkich możliwości można przesuwać bardzo daleko. Tym razem nie chodziło o kilka godzin walki na zawodach. Chodziło o ponad 40 dni samotnego mierzenia się z ogromną przestrzenią, pogodą, bólem i własnym organizmem.
17 sierpnia zobaczył wreszcie latarnię w Lindesnes. Meta. Po 40 dniach i 11 godzinach. Na jego twarzy było widać wszystko. Zmęczenie, ulgę, niedowierzanie i ogromną radość. „Zapytacie, czy warto? Tak, warto było przeżyć 95% cierpienia i 5% euforii dla rekordu” – podsumował Roman. I dodał słowa, które chyba najlepiej pokazują, po co adekwatnie podjął się tego projektu: „Warto inspirować ludzi i kolejne pokolenia do robienia rzeczy niemożliwych”.
To właśnie ta część jego historii robi największe wrażenie. Bo 2 679 kilometrów można zmierzyć. Można policzyć dni, przewyższenia i godziny. Nie da się jednak łatwo zmierzyć tego, ile trzeba mieć w sobie determinacji, żeby po kolejnym ciężkim dniu założyć rano buty i ruszyć dalej, kiedy wszystko boli. Roman Ficek zrobił to 40 razy.

Według przekazanych informacji był to pierwszy w historii górski wariant Norge på langs pokonany biegiem, samotnie i w formule self-supported. Jego projekt jest więc nie tylko spektakularnym wyczynem sportowym, ale także kolejnym rozdziałem niezwykłej historii jednego z najlepszych polskich ultrabiegaczy.
A przecież to nie pierwszy raz, kiedy Ficek robi rzeczy, które brzmią jak scenariusz filmu. Wcześniej przebiegł między innymi cały Łuk Karpat – około 2300 kilometrów i 110 tysięcy metrów przewyższenia – oraz ustanawiał rekordy na Głównym Szlaku Beskidzkim, w Tatrach i podczas Wielkiej Korony Tatr. „Ficek Runs Scandinavia” był jego dziesiątym autorskim projektem. Tym razem jednak skala była ogromna. I trudno się dziwić, iż świat biegowy jest pod ogromnym wrażeniem tego wyczynu. Roman Ficek jeszcze raz udowodnił, iż „niemożliwe” czasem jest po prostu bardzo, bardzo daleko. A potem trzeba do niego dobiec.




Źródła: Roman Ficek (Facebook, Instagram), O krok od szczytu, Bieganie.pl, poltax.live










![Himilsbach zostaje w Strzegomiu. Czwartkowy wernisaż przypieczętuje los rzeźby [FOTO]](https://swidnica24.pl/wp-content/uploads/2026/08/20260818_Jan_Jan_Himilsbach_w_Strzegomiu-4.jpg)