165. Dziwadła na wakacjach.

okolicepiecdziesiatki.wordpress.com 8 miesięcy temu

„Powiedz, jak spędzasz wolny czas, a powiem Ci kim jesteś”. Taki slogan ukułem kilkanaście lat temu, nie wiedząc nawet, czy ktoś już to kiedyś wymyślił i o dziwo, do tej pory wydaje mi się on prawdziwy. Nie jest dla mnie odkryciem, iż MY, znaczy małżonka ma Świechna i ja, zachowujemy się inaczej, niż nasi równolatkowie z Grajdołkowa Polski. Przynajmniej, o ile mówimy o większości. Wystarczy, iż przypomnę nasz brak ślubu kościelnego, podróż poślubną po ścianie wschodniej Rzeczypospolitej, czy wakacje, których obowiązkowym punktem jest górska wędrówka (nie mylić z wjazdem na szczyt wyciągiem). Przy czym najdziwniejsze nie jest wcale to, co konkretnie robimy, a raczej to, iż zachowujemy się spójnie z tym, o czym mówimy. Znam naprawdę wiele osób, które zarzekają się, iż kochają Polskę, kochają góry, morze, jeziora, a urlopy spędzają w hotelu all inclusive, gdzieś w strefie śródziemnomorskiej, co oczywiście nie jest ani dobre ani złe, za to jest sprzeczne z tym, co głoszą. Znam też takich, którzy z kościołem to NIGDY, bo jest BE, ale wezmą ślub kościelny, ochrzczą dzieci, wyślą ich na indoktrynację religijną, na jakąś kukunamunię świętą, czy inne czary. I znam wreszcie takich, którzy deklarują pogardę dla pieniądza, po czym rzucają się w wyścig szczurów, na zarobkach budując poczucie wartości. My staramy się minimalizować tego typu dysonanse.

Czekaliśmy na te wakacje bardziej, niż na którekolwiek wcześniej, bo śmierć kota Ryszarda zaburzyła naszą euforia życia. Potrzebowaliśmy porcji codziennego zachwytu, przynajmniej ja. Tuż przed urlopem trafiła mi się okazja do zmiany pracy, z której skwapliwie skorzystałem ze względu na przemęczenie poprzednią i coraz mniejsze z niej zadowolenie, więc na lotnisko jechałem podekscytowany. Nie wiem, czy ściskałem małżonkę bardziej niż zwykle, w każdym razie robię to już chyba z ograniczonym udziałem świadomości, po prostu jakoś tak wychodzi, czuję się lepiej trzymając ją w ramionach lub choć ściskając jej dłoń w swojej dłoni. I chyba tak wyobrażałem sobie małżeństwo, gdy byłem dzieckiem. Być razem, chodzić tu i tam, rozmawiać o wszystkim, co nam przyjdzie do głowy. Nie wszyscy tak robią i odrobinę mnie zastanawia, po co w takim razie są ze sobą?! Na szczęście nie mój to problem, zwłaszcza o ile sami zainteresowani nie widzą w tym niczego niepokojącego.

Podróż minęła gładko i przyjemnie, więc po kilku godzinach gościliśmy się już w leśnej bazie u teściów mych, a rodziców Świechny. Kilka dni poświęciliśmy na całkowity relaks, z głaskaniem dawno niewidzianych psów i kotów, niespiesznym spacerowaniem po okolicy, obowiązkowymi wizytami w ulubionej kawiarni oraz testowaniem okolicznych specjałów w stylu ciastek, lodów, czy kaszanki. No i żona wpędziła mnie w macki sushi, tzn. wciągnąłem się. Nienachalna dynamika dni onych spowodowana była aurą. Temperatury powyżej 30C nie są tym, do czego przyzwyczaiła nas Zielona Wyspa, więc klimatyzowane wnętrza kawiarni lub zacieniony ogródek teściów zdawał się być wyborem ze wszech miar adekwatnym. W takich to warunkach dopinaliśmy szczegóły naszej górskiej wyprawy. Po sprawdzeniu prognozy pogody musieliśmy zdecydować, gdzie się wybierzemy. Gdyby miał się utrzymać trzydziestostopniowy upał, odsłonięte grzbiety Karkonoszy, czy Izerów by zdecydowanie odpadały. Na szczęście lekkie ochłodzenie umożliwiło podtrzymanie planu maximum, czyli „Od Okraja do Szklarskiej”, ale z krótką ucieczką od grzbietu głównego w Dolinę Łaby. Małżonka ma dość dokładnie opisała to TUTAJ (kliknij, by poczytać i obejrzeć zdjęcia), więc nie będę dublował relacji. Powiem tylko, iż z zazdrością i satysfakcją obserwowałem młodych ludzi, bez wysiłku poruszających się o połowę szybciej ode mnie, cieszy mnie nowe pokolenie łazików, którzy wbrew defetystycznym proroctwom internetowych męczybułów świetnie dają sobie radę pomimo dorastania w erze dobrobytu, z ciepłą wodą, smarfonem, internetem, netflixem, etc.. Popatrzcie: Nie biegali głodni z kluczem na szyi, nie chodzili na szczaw i papierówki, nie kąpali się w gliniankach, pograć w piłkę chodzili na porządne boisko, a radzą sobie doskonale bez fachowych opinii geniuszy social-mediów. To cud! To cud!

Monty Python – Żywot Briana – Cud.

Jako rzekłem, wraz ze Świechną przemierzaliśmy naszą drogę – w swoim tempie i na naszych zasadach, zgodnie z tym, co zaplanowaliśmy. Są różne motywacje do chodzenia po górach, dla nas najważniejsze jest być razem, oderwać się od codzienności, zachwycać się tym, co uda nam się odkryć. Lubię to poczucie spokoju, gdy przy dobrze zaplanowanej trasie nigdzie nie musimy się spieszyć. Zresztą martwić się też nie musimy, bo i tak będąc na szlaku nie mamy wpływu na nasze zwyczajowe obowiązki. Czuję się wtedy jak mały chłopczyk, który ze swoją ulubioną koleżanką poszedł na łąkę albo nad rzekę, by spędzać czas na obserwacji chmur, mrówek, pszczół, ptaków, czworonogów i robaków. Dla mnie cztery takie dni w górach, to jak czternaście na plaży.

Skoro wybraliśmy się w Karkonosze, odwiedziliśmy też moje ulubione Miasteczko. To paradoks, iż ja czuję się tam świetnie, podczas gdy mieszkańcy wydają się być jak w piosence Tiltu, tacy zmęczeni i tacy cierpiący. choćby teraz, gdy można spokojnie żyć. Minęła komuna, minęły ciężkie czasy przemiany ustrojowej, a radości, ani pogody ducha nie widzę. Chyba po prostu każdy człowiek niesie ze sobą siebie samego i czasem okazuje się to zbyt ciężkim brzemieniem. Oczywiście najbardziej zauważyłem to u moich krewnych, którzy chyba nie byli ze mną szczerzy zapraszając mnie w gościnę, a może i byli, ale oczekiwali czegoś, czego ja się nie domyśliłem i nie zamierzam się tym przejmować, bo dorosły człowiek zna co najmniej kilka sposobów komunikacji i powinien kumać, iż nie każdy jest wróżem. Odniosłem wrażenie, iż prawda nie jest tam chodliwym towarem, ale być może się mylę. Nie udało mi się też skontaktować z moim aktorem, więc boję się o swój projekt teatralny, być może trzeba będzie szukać kogoś innego. Podobnie fiaskiem zakończyły się nasze próby kontaktu z naszą koleżanką od kotów, co niepokoi nas oboje. W tym czasie pół Polski żyło trzyetapową procedurą wykopywania Polski z Mistrzostw Europy, więc w miasteczku karmiony byłem pocieszającymi komentarzami, iż „nie grali aż tak źle”, jakby w tym turnieju spodziewano się udziału kompletnych patałachów. Będąc w gościnie, widziałem jeden mecz, z Austrią, niezbyt jestem na bieżąco z tą grą, ale za cholerę nie zauważyłem u biało-czerwonych woli walki, jakiej bym się spodziewał w meczu o wszystko. Radziłbym popatrzeć na archiwalne mecze podopiecznych trenera Wenty, jeżeli wiecie, co mam na myśli.

Wracając do Miasteczka, podczas zbierania materiałów o tragedii sprzed ćwierć wieku zorientowałem się, iż pozostali przy życiu mistrzowie drugiego planu przez cały czas nie wiedzą, czym się chwalić, a czego się wstydzić, np. z duma ze współpracy z gangsterami jest przez cały czas dość powszechna. Ale nic, cieszę się, iż dostałem wreszcie spójną wersję wydarzeń i może zamienię to w coś interesującego, zwłaszcza od strony społecznej i etycznej, zatem mimo pewnych rozczarowań, pobyt uważam za interesujący. Dodatkowo, zupełnym przypadkiem trafiłem na przedstawienie pantomimy, na którym ku mej euforii spotkałem dwie najważniejsze osoby mające wpływ na życie kulturalne Miasteczka: burmistrza i dyrektora domu kultury. Smutną zaś obserwacją była frekwencja: jakieś 20 osób wraz z krewnymi ekipy teatralnej, mimo iż za darmo i w samym sercu rynku.

Jerzy Stuhr – Kontrabasista.

Po powrocie do teściów było jeszcze kilka dni relaksu, trochę dobrej kawy, trochę Wrocławia. I takie to wspomnienia przywieźliśmy z Polski i Czech, a teraz już Irlandia i opieka nad bardzo niesfornym pieskiem w domu przyjaciół, którzy wyjechali na trzytygodniowy urlop. Zasmuciła nas wiadomość o śmierci Jerzego Stuhra, dużo o nim rozmawialiśmy. W ogóle dużo gadamy. Czuję się trochę, jakbym podrywał własną żonę, bo randkujemy niemal codziennie. Dziwadła z nas!

Na zdjęciach Teatr Mimo – Pan i pani O!

Idź do oryginalnego materiału