1/48 Focke-Wulf FW 190D-9
Mimetal Prod
Advance Kit
MiniArt – 48048
Długo czekałem na nowe opracowanie Fw 190 D. Długo, bo pomimo obietnic, wydana przez Eduarda jeszcze w 2010 roku Dora, czyli Długa Foka, nie doczekała się nowego opracowania (takiego, jak 190A). Skoro czeski producent nie pochylił się nad tym tematem, to zrobiła to firma… no właśnie ukraińska czy polska? Bo przecież adres Miniartu to zgodnie z danymi na pudełku to Warszawa. No i właśnie pudełko. Sporych rozmiarów, z przyciągającą oko ilustracją Piotra Forkasiewicza.

Na jego boku znajdziemy 3 wersje malowania jakie to wydanie oferuje i co zawsze miłe, logo włoskiej firmy Cartograf czyli czołowego producenta kalkomanii.

W środku o dziwo jest luźno, inaczej niż w przypadku P-47 tego producenta.

A konkretnie mamy tutaj 17 ramek z szarego plastiku.
Zanim przejdziemy do ich omówienia drobna uwaga, w niniejszej recenzji nie dotykam kwestii merytorycznych czyli tego jak model leży w planach. Nie podejmę się też porównania tego zestawu z modelem Eduarda.




Jedną ramkę z oszkleniem.

Blaszkę fototrawioną.

Broszurę o nazwie “General Instruction” i zestaw kalkomanii
Instrukcja rozpoczyna nasza przygodę z tym modelem niejako od końca, czyli od propozycji malowań. Jak wspomniałem, dostajemy 3 wersje Dory. Niestety plansze ze schematami absolutnie nie zachęcają do wykonania któregokolwiek z nich. Kolorystyka jest co najmniej dziwna. Pomijając kwestie merytoryczne. W malowaniu numer dwa, czyli czarnej 10 z JG26 producent opisuje kolor na boku kadłuba i na płacie jako ten sam RLM76 i jednocześnie na planszy barwnej prezentuje go jako niebieski i brudno brązowy. Zdaje sobie sprawę, iż dla doświadczonego modelarza, a do takiego skierowana jest seria Advance Kit, nie ma to może większego znaczenia. Jednakże może być mylące i… no nie zachęca do budowy.

Do tych wybranych wersji malowań dołożono kartonik z kalkomaniami. Na skromnym arkuszu zmieściły się oznaczenia dla 3 wersji…

…oraz napisy eksploatacyjne. Wszystko wygląda porządnie, druk jest wyraźny bez przesunięć.


Nie wiem dla kogo przeznaczone są kalkomanie “wyposażenie wnętrz” kokpitu.
Z drugiej strony po nałożeniu niczym się nie będą się różnić od blaszek fototrawionych Eduarda.

Oczywiście wiatraczki adolfa podzielono tak, aby nikogo nie drażnić i móc sprzedawać model niemieckiego samolotu w … Niemczech.

Podążając za instrukcją, pierwszym krokiem jest wykonanie kokpitu. Kabina pilota w każdym Focke -Wulfie w gruncie rzeczy wygląda tak samo: wanna, fotel z zaokrąglonym oparciem, tablica przyrządów


Fotel pilota otrzymujemy w dwóch wersjach – z pasami odlanymi w plastiku i bez. Dobrze prezentuje się ściana za fotelem.


Tablica przyrządów i boczne panele w zbliżeniach nie wyglądają zachęcająco, ale ten kokpit będzie ciasny i ciemny więc ich “mydlane” wykończenie jest akceptowalne.


Kolejnym krokiem w budowie jest silnik. Poziom szczegółowości i wykończenia detali jest więcej niż akceptowalny w tej skali. Silnik Dory był dość toporny wizualnie, co udało się oddać w plastiku w pełnej krasie.



Miniart zadbał o to, abyśmy mogli zamknąć przedział silnika bez konieczności budowania go w całości. W osobnych ramkach znajdziemy te w elementy, które będą widoczne przez wnęki podwozia. Oczywiście są one uproszczone i służyć mają temu, aby widać było iż coś tam jest.


Podobnie w dwóch wersjach, otwartej i zamkniętej, przygotowany został przedział uzbrojenia.

Tutaj na uwagę zasługują świetnie zdetalowane miniatury karabinów maszynowych. Co ciekawe, bez końcówek luf, które wklejamy osobno do górnej osłony silnika.

Mając już kokpit i przedział silnika gotowy, możemy przejść do etapu łączenia połówek kadłuba. Dzieje się tutaj kilka interesujących rzeczy.

Zacznijmy od samego kadłuba w wersji z zamkniętym i otwartym silnikiem. Obie wersje to w gruncie rzeczy to samo i obie mają ten sam problem, który sygnalizowaliśmy przy okazji recenzji P-47 tego producenta, tj różnice w intensywności odtworzenia szczegółów.



Kółko ogonowe możemy zamontować jako jedną część lub złożyć z trzech elementów.


Niestety wydechy wymagają nawiercenia lub wymiany na żywiczny odpowiednik.


Niespodzianką jest to, jak producent potraktował celownik Revi. Szybki celownika wklejamy jako osobny element do osłony tablicy przyrządów.

O ile imitacja celownika na osłonie wygląda tak iż można ją w tej skali zaakceptować.

O tyle od strony wewnętrznej celownik wymagać będzie pracy.

Kolejnym elementem, który możemy zamontować w wersji otwartej lub zamkniętej są zaluzje chłodnicy.



Kolejny drobiazg, który cieszy to jakość wykonania wnętrz pokryw silnika i przedziału uzbrojenia.


Kadłub zamknięty zatem pora na płat i wnękę podwozia głównego

Skrzydła prezentują się lepiej niż kadłub, jeżeli chodzi o intensywność lini podziału i nitowania. Niestety, ich powierzchnia wymagać będzie polerowania.




Aby móc skleić połówki skrzydeł, musimy wpierw wyposażyć wnęki podwozia. Sufit tychże wygląda rewelacyjnie, jak na element plastikowy. Mamy tutaj blachy na zakładkę i imitacje śrub. Naprawdę wygląda to dobrze.

Podobnie rzecz się ma z elementami żebrowania wnęk

Po sklejeniu skrzydeł pora na elementy usterzenia, które zaczynamy od klap. Składają się one z kilku plastikowych elementów i dodatku na blaszce fototrawionej.



Żeby nadać odpowiedni kształt blaszce producent dołączył do zestawu specjalne narzędzie.

Na pierwszy rzut oka taśmy na lotkach wyglądają na przemyślane fakty w skali.

Niestety efekt psuje drugi rzut oka, bo rzeczone taśmy paskudnie zanikają na spodzie lotki.

Na szczęście zarówno stery kierunku jak i wysokości nie zaliczyły podobnych wpadek.


Ostatnim elementem do wklejenia, po połączeniu kadłuba i skrzydeł, jest dolna cześć kadłuba, odlana jako osobny element. Dzięki temu – mam nadzieję – da się uniknąć żmudnego szpachlowania i odtwarzania lini podziału blach i nitów

Nasz model jest prawie gotowy – to czego brakuje to min. podwozie.

Zarówno golenie podwozia głównego jak i pokrywy wygadają bardzo dobrze.


Producent wyposażył ten zestaw w 3 wersje kół podwozia. Jak na plastikowy wtrysk, wszystkie trzy wyglądają bardzo dobrze, ale oczywiście nie przebiją one kół odlewanych w całości z żywicy.


Do końca naszej wirtualnej budowy zostały nam dwa kroki. Przedostatni to montaż śmigła i oszklenia.

W zestawie otrzymujemy 3 wersje kołpaków.

I jedno śmigło.

Oszklenie wygląda lepiej niż to z P-47, ale wciąż wymagać będzie szlifowania.

I ostatni krok wg instrukcji Miniartu czyli montaż zbiornika paliwa lub bomby.

I tu na sam koniec przyjemne zaskoczenie, bo te elementy z reguły w modelach wtryskowych wołają o żywiczny zamiennik. W przypadku zestawu Miniartu, spokojnie można zostać z tym, co producent dał w wypraskach.




I to by było na tyle. Jak oceniam ten zestaw? Pozytywnie, choć nie bez zastrzeżeń. Widzę tu potencjał na udaną miniaturę.
Karol Konwerski
P.S. Standardowo po więcej zapraszam na Facts in Scale
P.S. jeżeli podoba Ci się co piszę i pokazuje tutaj i chciałbyś mieć pewność iż nigdy nie zabraknie mi cienkiego kleju, możesz kupić mi kawę ( bo kleju ci u mnie dostatek), w serwisie
Model do recenzji przekazał do recenzji Miniart







