Wiesz co, powiem Ci szczerze zorientowałam się, iż mój były mąż mnie zdradza, bo zaczął zamiatać ulicę. Brzmi głupio, ale właśnie tak było. On był elektrykiem, prowadził własną działalność w garażu, wszystko robił u nas w domu. Zawsze miał pełne ręce roboty z przewodami i narzędziami, a klientów przewijało się co niemiara. Nigdy nie należał do tych, którzy sprzątają dom nie to, iż nie potrafił, po prostu nie cierpiał tego robić. choćby jak miał wolny czas, to najchętniej sięgał po pilota do telewizora, pił piwo na tarasie albo rozstawiał grilla. Był raczej spokojny, nie chodził na imprezy, nie wywoływał konfliktów, nie był z tych, którym łatwo byłoby coś zarzucić.
Mieszkaliśmy przy takiej wiejskiej, szerokiej drodze, wysadzonej klonami i lipami. Zawsze były liście, kurz, błoto, regularnie trzeba było zamiatać. zwykle to ja, zanim jeszcze dzieciaki wstały, miałam już śniadanie na gazie i miotłę w ręku. Wszystko zmieniło się, kiedy do domu obok wprowadziła się nowa sąsiadka. Ot, nic szczególnego tamten dom stale był wynajmowany, co chwilę zmieniali się lokatorzy.
Kilka miesięcy po tym, jak się wprowadziła, mój mąż, Piotrek, zaczął mówić:
Nie martw się, dzisiaj ja pozamiatam.
Na początku aż miło się zrobiło miałam czas, żeby wyczyścić łazienkę, ogarnąć kuchnię, czy chociaż trochę posiedzieć z kawą. choćby przez myśl mi nie przeszło, żeby go obserwować. Po prostu nie miałam powodu.
Ale jak się w to wkręcił Codziennie o tej samej porze. Punkt siódma rano. Ani minuty wcześniej czy później. I mnie to zaczęło zastanawiać, bo przecież on nigdy nie miał stałych godzin, chyba iż kiedy umawiał się z klientami. W końcu, z czystej ciekawości, zerknęłam przez firankę.
I co widzę? Piotrek stoi z miotłą, ani liścia nie ruszy, tylko rozmawia, śmieje się. Akurat naprzeciwko nowa sąsiadka, Iwona. Myślę przypadek. Ale następnego dnia to samo. I kolejnego. Dokładnie tak samo jak on wychodził, ona też. Jakby się umówili.
Zaczęłam patrzeć uważniej. Przestało się to kończyć tylko na poranku. W jedną sobotę Piotrek rzuca, iż idzie na piwo z chłopakami. Typowa sprawa. Ale coś mnie tknęło i patrzę przez okno a Iwona w tym samym momencie zamyka furtkę, wrzeszczy przez ulicę:
O, cześć Piotrek! Miłego wieczoru!
A on do niej normalnie, jakby nic się nie działo, a ona:
Idę w tę samą stronę, chodźmy razem!
No i poszli.
Potem, tydzień później, Piotrek mówi, iż idzie grać w piłkę co praktycznie mu się nie zdarzało. Wychodzi, po chwili Iwona zamyka drzwi i z telefonem w ręku, zmierza dokładnie w tę samą stronę.
Nie miałam dowodów. Żadnych smsów, zdjęć, ekranów. Tylko powtarzające się schematy, regularność, która z przypadku przechodziła w rutynę.
W końcu nie wytrzymałam. Nie zapytałam go, tylko od razu powiedziałam:
Wiem, iż jesteś z sąsiadką.
Patrzy na mnie zdziwiony, coś tam bąka, iż nie. A ja mu na to:
Widziałam was. Codziennie. Nie kombinuj.
I wtedy zamilkł, spuścił wzrok i powiedział:
Tak. Z nią jestem. Zakochałem się.
A ja jak w amoku wykrzyczałam mu, żeby się wynosił z domu. Nie mieliśmy dzieci, nie było co ustalać. Najzabawniejsze (albo tragikomiczne) jest to, iż Piotrek przeprowadził się dokładnie do tego domu obok do niej.
Nie posiedzieli tam długo, może ze dwa miesiące. Potem oboje zniknęli, wyprowadzili się z miasta. Nigdy już o nich nie słyszałam. Sąsiedzi gadali, rodzina plotkowała, a ja? Po prostu nie chciałam wiedzieć więcej.








