Z życia wzięte. "W oczach teściowej byłam marną partią dla jej ukochanego synka": Każde nasze spotkanie kończyło się dla mnie bolesną czkawką

zycie.news 32 minut temu

Nie powiedziała tego wprost pierwszego dnia. O nie, ona była zbyt wyrafinowana na taką prostotę. Zamiast tego zmierzyła mnie wzrokiem od butów po czubek głowy, uśmiechnęła się jak ekspedientka w drogim butiku i rzuciła:

– Na żywo wyglądasz… inaczej niż na zdjęciach.

To „inaczej” wisiało między nami, ciężkie jak ołów.

– Mamo… – próbował ją uciszyć Adam.

– Co „mamo”? – odparła słodko. – Ja tylko mówię, iż na żywo kamera cię nie kocha, kochanie. Musisz się częściej malować, takie czasy.

Już wtedy powinnam była zrozumieć, iż każde spotkanie z nią będzie mi się odbijało czkawką. Ale byłam zakochana. W jej synu. Głupio wierzyłam, iż miłość wystarczy, iż z czasem się do mnie przekona.

Nie przekonała się.

Z czasem wizyty u niej zaczęły przypominać egzamin, do którego nikt nie podał mi pytań.

– Z czego jest ten sos? – pytała, gdy przyniosłam własnoręcznie zrobiony obiad.

– Z cukinii, czosnku, trochę śmietany… – odpowiadałam niepewnie.

Marszczyła nos.

– Adam nie lubi czosnku. – Spojrzenie w jego stronę. – Prawda, synku? Zawsze cię po nim piecze.

– Mamo, jest w porządku – wymamrotał.

– A ty skąd niby możesz wiedzieć, co dla niego dobre? – zwalała wzrok na mnie. – Znam go dłużej.

Przy świętach było jeszcze gorzej.

– U nas w domu to barszcz był klarowny – komentowała, patrząc na mój zupą. – I pierogi całkiem inne. Ale trudno, dzieci teraz wszystkiego się uczą z internetu.

„Dzieci” – miałam trzydzieści lat.

Każde spotkanie kończyło się tym samym: ja wracająca do domu z bólem głowy, żołądkiem ściśniętym jak pięść, sercem roztrzęsionym jak po wypadku. Adam powtarzał:

– Przesadzasz, ona taka już jest. Nie zmieni się.

Tylko iż ja się zmieniałam. Na gorsze.

Najgorsze zaczęło się, gdy się pobraliśmy.

– Gdzie planujecie mieszkać? – zapytała niby niewinnie.

– Myśleliśmy, iż na razie wynajmiemy kawalerkę – odpowiedział Adam. – Potem może kredyt…

– Kredyt? – prychnęła. – Z twoją pensją i jej umową-zleceniem? – rzuciła na mnie spojrzenie. – Taka z niej partia, iż choćby nie ma normalnej umowy.

Poczułam, jak robi mi się gorąco.

– Pracuję – odpowiedziałam cicho. – I staram się…

– Starają się wszyscy – ucięła. – Ale nie wszystkim wychodzi. Zastanów się, synku, zanim na dobre się wpakujesz.

„Na dobre” – czyli ze mną.

Od tego dnia każde nasze plany przechodziły przez jej filtr.

– Dziecko? – prychnęła rok później, gdy się wygadałam, iż myślimy o tym z Adamem. – Najpierw niech ona sobie znajdzie porządną pracę. Nie będę utrzymywać wnuków, bo ktoś sobie księżniczkę wziął.

Adam siedział cicho. W jego milczeniu było gorzej niż tysiąc słów. Widziałam, jak waha się między mną a nią. I coraz częściej przechylało się w tamtą stronę.

Z czasem teściowa zaczęła dzwonić do niego coraz częściej.

– Ona znowu zrobiła to i to…
– Synku, ty na to pozwalasz?
– Ja ci dobrze radzę, nie zmarnuj sobie życia…

Nie słyszałam tych rozmów, ale widziałam, jak wraca po nich Adam. Zaciśnięta szczęka, krótkie odpowiedzi, rosnący dystans.

– Co ona ci nagadała? – pytałam.

– Przestań – irytował się. – Nie wszystko kręci się wokół ciebie.

A ja czułam, jak moje życie zaczyna się właśnie wokół niej kręcić. To, co ubieram na święta („Czy nie masz czegoś bardziej eleganckiego?”), to jak mówię („Możesz mówić ciszej? Ona się męczy.”), to co gotuję („Mój synek nie jadł takich dziwnych rzeczy w domu.”).

Zaczynałam nienawidzić dni, w których mieliśmy się z nią spotkać. Wieczorem, przed wyjazdem, bolał mnie żołądek. W drodze powrotnej – głowa. Po powrocie – serce.

– Może byśmy rzadziej do niej jeździli – odważyłam się powiedzieć raz. – Źle się tam czuję.

Adam spojrzał na mnie, jakbym zażądała od niego amputacji.

– To moja matka – syknął. – Nie każ mi wybierać.

Ale prawda była taka, iż wybór już dawno zrobił. Tylko nie miał odwagi go nazwać.

Któregoś dnia, po kolejnej wizycie, podczas której teściowa przez dwie godziny opowiadała o „porządnych dziewczynach z dobrych domów”, padło zdanie, które przelało czarę.

Wyszłam na chwilę do łazienki. Wróciłam cicho, drzwi do salonu były lekko uchylone.

– Synku – mówiła. – Ty jeszcze możesz to odkręcić. Nie macie dzieci, kredytu razem też jeszcze nie wzięliście. Pomyśl, czy naprawdę chcesz z nią spędzić życie? Ona tylko ciągnie cię w dół.

– Mamo, daj spokój… – wymamrotał Adam.

– Ja ci tylko mówię – naciskała. – Stać cię na lepszą partię.

Stałam w korytarzu, jakbym właśnie została rozebrana do naga. Nie płakałam. choćby nie weszłam do pokoju. Po prostu odwróciłam się, wzięłam płaszcz i wyszłam.

Do domu wróciłam sama. Adam zadzwonił po dwóch godzinach.

– Gdzie ty jesteś?! – krzyczał. – Co za teatr urządzasz?!

– Słyszałam – powiedziałam spokojnie. – Wszystko. O „odkręcaniu”, „lepszej partii” i mnie „ciągnącej cię w dół”.

Po drugiej stronie słuchawki zapadła cisza.

– Przesadzasz – rzucił w końcu. – Wiesz, jaka ona jest, po co podsłuchujesz?

– Nie podsłuchiwałam – odparłam. – Weszłam do własnej rodziny. A poczułam się jak szlam, który trzeba z ciebie zmyć.

Tej nocy po raz pierwszy pomyślałam, iż może największym dramatem nie jest to, iż teściowa mnie nie akceptuje. Tylko to, iż mąż pozwala jej na to, milcząc.

Bo każde jej słowo nie zostawało w jej domu. Wracało z nami. Odbijało mi się czkawką przy każdym naszym sporze, każdej decyzji, każdym jego „a moja mama mówiła…”.

Zrozumiałam coś, co bolało bardziej niż wszystkie jej docinki:

Nie jestem kiepską partią. Jestem tylko niewygodna dla kogoś, kto chciał mieć synka na wyłączność.

A każde spotkanie z nią będzie mnie truło dotąd, dopóki to ja będę piła podaną przez nią truciznę – i udawała, iż to tylko niestrawność.

Idź do oryginalnego materiału