To ja zaproponowałam ten układ. On siedział wtedy na kanapie w swoim wynajętym mieszkaniu, z pustym wzrokiem wbitym w ścianę, wokół pudła po ekspresie do kawy, przewrócone krzesło, kubek z resztką zimnej herbaty. Facet po czterdziestce, a wyglądał jak zagubione dziecko.
– Mamo, wszystko się rozsypało – powiedział. – Nie umiem sam.
Te słowa przebiły mnie na wylot. Przez tyle lat czekałam, żeby w czymś być mu jeszcze potrzebna. Kiedyś bandaże na kolano, potem kanapka na drogę, później pieniądze na studia. Teraz – obecność.
– Spakuję się i przyjadę – odparłam. – Pomogę ci stanąć na nogi.
Mówiłam to szczerze. Nie wiedziałam, iż stanę się kimś, po kim będzie się chodzić.
Na początku było inaczej. Dziękował za wszystko.
– Mamo, dzięki, iż jesteś.
– Mamo, nie wiem, co bym bez ciebie zrobił.
– Mamo, uratowałaś mi życie.
Gotowałam mu obiady, sprzątałam, zajmowałam się wnuczką, gdy przywoził ją po weekendach. W pracy brałam mniej dyżurów, żeby być w domu, kiedy wracał zły, zrezygnowany. Siedziałam, słuchałam o tym, jaka była okropna jego była żona, jak go nie doceniała, jak wszystkiego wymagała.
– Jestem z tobą – powtarzałam. – Ale pamiętaj, ona też jest matką twojego dziecka.
Nie słuchał.
Z każdym tygodniem coraz bardziej zatapiał się w swojej krzywdzie. A ja… w obowiązkach.
Pierwszy raz coś mnie ukłuło, gdy pewnego wieczoru wrócił z pracy, rzucił kurtkę na krzesło i wchodząc do kuchni rzucił:
– Co na obiad?
Bez „cześć”, bez „jak się czujesz”.
– Zupa jarzynowa i schabowe – odpowiedziałam.
Skrzywił się.
– Znowu zupa? Mamo, ile można jeść zupę, ja nie jestem dzieckiem.
Poczułam, jak mi coś zaciska się w środku.
– To możesz jutro coś ugotować – zaproponowałam. – Ja mam zmianę do późna.
Machnął ręką.
– Nie mam do tego głowy. Ty i tak siedzisz w domu.
Zatkało mnie. „Siedzisz w domu” – jakbym odpoczywała. Jakbym od szóstej rano nie latała z odkurzaczem, praniem, zakupami, wnuczką i jego pretensjami.
Potem doszły drobiazgi. Takie, które same w sobie nic nie znaczą, ale układają się w obraz.
Gdy poprosiłam, żeby wyrzucił śmieci:
– Zrobię później, teraz jestem zmęczony.
Gdy odmówiłam prasowania koszul:
– Serio? Masz tyle czasu, mamo, co to dla ciebie pięć koszul?
Gdy po raz pierwszy od miesięcy umówiłam się z koleżanką na kawę po pracy:
– A kto odbierze małą z przedszkola?
– Może ty, Paweł? To twoja córka.
– Mamo, nie rób scen. Wiesz, iż mam teraz ciężki okres.
Zaczęłam odwoływać swoje plany. „Bo on ma ciężko”. Jakby ja nie mogła mieć.
W pewnym momencie zauważyłam, iż każdy mój dzień składa się z jego „mamo, zrób”. Mamo, kup. Mamo, załatw. Mamo, przypilnuj. Mamo, posprzątaj, bo ja mam dosyć bałaganu.
Bałaganu, który sam zrobił.
Przełom przyszedł w sobotę.
Od rana sprzątałam. On siedział przed telewizorem, przeskakiwał kanały. Wnuczka bawiła się klockami w salonie. O trzynastej obiad był gotowy, o czternastej zmyte naczynia. O piętnastej padłam na kanapę.
– Paweł – spojrzałam na niego – wyniesiesz śmieci?
Nawet nie oderwał wzroku od ekranu.
– Mamo, teraz mecz.
– To po meczu – odparłam. – I posprzątaj w swoim pokoju, bo syf straszny.
Wzruszył ramionami.
– Mamo, możesz to zrobić? Jesteś w tym lepsza. Poza tym to chyba normalne, iż matka pomaga synowi, jak ma ciężki czas?
Poczułam, jak mnie zalewa fala gorąca.
– Ciężki czas? – powtórzyłam. – Miesiące mijają. Już rozwód jest prawomocny, już macie ustalone alimenty, widzenia, wszystko. A ja dalej robię za sprzątaczkę, kucharkę i darmową opiekunkę. Myślisz, iż nie mam swojego życia?
Odwrócił się do mnie powoli.
– Mamo, przestań dramatyzować – powiedział chłodno. – Gdyby nie ja, siedziałabyś sama w tamtym mieszkaniu i gniła. U mnie przynajmniej masz zajęcie. I rodzinę.
Te słowa uderzyły we mnie mocniej niż jakakolwiek obelga.
„Masz zajęcie”. Jakbym była wolontariuszką na własnym grobie.
Tej nocy nie spałam. Słuchałam, jak chrapie za ścianą mój dorosły syn – ten sam, dla którego jak był mały, przedzierałam się przez śnieg po antybiotyki, dla którego pracowałam po godzinach, żeby miał na obóz. Teraz ten człowiek mówił mi, iż powinnam być wdzięczna, iż mogę mu podawać obiad.
Rano wstałam wcześniej, spakowałam trochę rzeczy do torby. Dokumenty, najpotrzebniejsze ubrania, telefon, książkę. Kawałek mojego życia.
Paweł wszedł do kuchni, przecierając oczy.
– Co robisz? – zmarszczył brwi.
Postawiłam mu przed nosem kartkę. Rozpisane były obowiązki: poniedziałek – on zakupy, wtorek – on wnuczka z przedszkola, środa – on śmieci i łazienka. Bez mojego imienia.
– Co to ma być? – prychnął.
– Plan – odpowiedziałam. – Plan na twoje dorosłe życie.
Spojrzał na torbę.
– A to?
Wzięłam głęboki oddech.
– To znaczy, iż wracam do siebie – powiedziałam. – Przyjechałam tu cię wesprzeć, nie wyręczać w byciu odpowiedzialnym człowiekiem. Przyszłam jako matka. Ty zrobiłeś ze mnie popychadło.
Zaczął protestować.
– Mamo, przesadzasz, jak zwykle.
– Naprawdę? – przerwałam mu. – Powiedz mi, kiedy ostatni raz zapytałeś, jak się czuję. Kiedy zrobiłeś mi herbatę. Kiedy powiedziałeś „dziękuję”. – Spojrzałam mu prosto w oczy. – Nie pamiętasz? Bo nie było.
Zamilkł. W jego twarzy zobaczyłam chłopca, który zgubił się w sklepie. Szkoda, iż tak późno.
– Poradzisz sobie – dodałam miękko. – Masz dwie ręce, dwie nogi, pracę i dziecko, które cię potrzebuje. Nie potrzebuje służącej, tylko ojca.
Wzięłam torbę, pocałowałam wnuczkę w czoło. W drzwiach odwróciłam się jeszcze raz.
– Jak będziesz chciał ze mną porozmawiać jak z matką, nie z obsługą, wiesz, gdzie mieszkam.
Zamknęłam za sobą drzwi. Na klatce schodowej pierwszy raz od dawna odetchnęłam pełną piersią.
Zamieszkałam z synem, bo chciałam go wesprzeć po rozwodzie. W ramach wdzięczności zrobił ze mnie popychadło. Dramat nie jest w tym, iż on się tak zachował. Dramat był w tym, iż tak długo pozwalałam, by ktoś, kogo kocham najbardziej na świecie, traktował mnie jak kogoś do noszenia siatek. I iż dopiero teraz zrozumiałam, iż miłość bez szacunku to tylko ładnie zapakowana krzywda.











