Dorastałyśmy w jednym domu, dzieliłyśmy się sekretami i sukienkami. Kiedy w moim małżeństwie z Markiem zaczął się trudny czas – ciche dni, nadgodziny i brak czułości – to właśnie do niej dzwoniłam jako pierwszej. Agata zawsze miała czas. Przyjeżdżała z winem, słuchała moich płaczów i głaskała mnie po ręce, powtarzając: „Zobaczysz, Martusiu, wszystko się ułoży. On cię kocha, tylko się pogubił”.
Czułam się taka szczęśliwa, iż mam kogoś tak bliskiego. „Agata to anioł”, mówiłam mamie. Nie wiedziałam wtedy, iż ten anioł buduje swoje szczęście na gruzach mojego życia.
Marek stawał się coraz bardziej nieobecny. Twierdził, iż musi brać dodatkowe zlecenia, żebyśmy mogli wyjechać na wymarzone wakacje. Agata wspierała mnie w tych chwilach jeszcze mocniej. Czasem zostawała u nas na noc, żeby „nie było mi smutno”, gdy Marek rzekomo pracował do rana w biurze.
Pamiętam jeden wieczór, gdy siedziałyśmy w kuchni. Narzekałam na samotność, a ona z taką empatią w oczach powiedziała:
— Wiesz, Martuś, Marek to trudny człowiek, ale bardzo wartościowy. Może on po prostu potrzebuje więcej ciepła, którego ty mu teraz, przez te nerwy, nie dajesz?
Wzięłam to do siebie. Czułam się winna. Nie podejrzewałam, iż w tym samym czasie, gdy ja wylewałam łzy na jej ramieniu, ona już planowała, jak to ciepło mu dostarczyć.
Prawda wyszła na jaw w najmniej oczekiwany sposób. Marek wyjechał na „konferencję” do Gdańska. Agata, jak zwykle, zaoferowała, iż wpadnie do mnie na wieczór, ale w ostatniej chwili odwołała spotkanie, wymawiając się potworną migreną.
W nocy moje dziecko dostało wysokiej gorączki. W panice zaczęłam dzwonić do Marka – abonent był niedostępny. Zadzwoniłam do Agaty – cisza. Postanowiłam pojechać do niej, wiedząc, iż ma zapasowe kluczyki do mojego auta (moje się zatrzasnęły).
Pod jej domem stał samochód mojego męża. Ten charakterystyczny, porysowany bok, którego nie dało się pomylić z żadnym innym. Serce zaczęło mi bić tak mocno, iż myślałam, iż rozsadzi mi klatkę piersiową. Weszłam po schodach, otworzyłam drzwi swoimi kluczami, które kiedyś dała mi „na wszelki wypadek”.
W sypialni nie było migreny. Nie było też „konferencji w Gdańsku”. Był mój mąż i moja najlepsza przyjaciółka. Widok ich razem, w mojej ulubionej pościeli, którą jej kiedyś podarowałam, był jak uderzenie obuchem w głowę.
Agata choćby nie próbowała się zasłaniać. Spojrzała na mnie z tą samą łagodnością, którą pokazywała mi w dzień, i powiedziała spokojnie:
— Przecież mówiłam ci, Martuś, iż on potrzebuje ciepła. Skoro ty go nie doceniałaś, ja to zrobiłam. Miałam serce dla was obojga. Tobie dawałam siłę w dzień, jemu wsparcie w nocy. Powinnaś mi podziękować, iż tak długo utrzymywałam wasze małżeństwo w całości.
Te słowa zabolały bardziej niż sama zdrada. To wyrachowanie, ta pewność siebie... Zrozumiałam, iż jej „wielkie serce” to była tylko maska, pod którą kryła się drapieżna zazdrość o wszystko, co miałam.
Dziś jestem po rozwodzie. Marek i Agata są razem, choć słyszałam, iż już zaczynają się u nich pierwsze kłótnie. Ja zostałam z blizną, która nigdy się nie zagoi. Najtrudniej było mi wybaczyć nie mężowi, ale jej. Bo mąż to tylko mężczyzna, ale kuzynka... kuzynka to miała być krew z mojej krwi.












