W domu Wysockich zawsze pachniało czystością i drogimi perfumami. Pani domu, Marzena, była chodzącym wzorem perfekcji. Choć miała czterdzieści pięć lat, spokojnie można jej było dać trzydzieści pięć. Prowadziła blog kulinarny śledzony przez milion osób i była żoną Pawła znanego warszawskiego architekta.
Mieli dwójkę dzieci: szesnastoletniego Włodka, kapitana szkolnej drużyny piłkarskiej, i dwunastoletnią Jagodę, istną prymuskę. Patrząc z zewnątrz, rodzina wyglądała jak żywa reklama ubezpieczeń pełen obrazek szczęśliwego domu z folderu.
Marzena, pamiętasz, iż dziś wieczorem mamy kolację z moimi wspólnikami? Paweł dopinał spinki do mankietów, stojąc przed lustrem w przedpokoju. Załóż tę niebieską sukienkę. I powiedz Włodziowi, żeby nie mądrzył się przy stole.
Marzena, poprawiając kołnierz męża, uśmiechnęła się rutynowo:
Oczywiście, kochanie. Wszystko będzie idealnie.
Paweł wyszedł, trzaskając drzwiami swojego drogiego SUV-a. Marzena została w przedpokoju. Uśmiech nie zniknął z jej twarzy po prostu zamarł, jak maska z wosku. Spojrzała na dłonie trzęsły się delikatnie.
W pokoju Jagody trzasnęły drzwi. Dziewczynka wyszła z plecakiem, blada jak ściana.
Mamo, znowu boli mnie głowa Mogę dzisiaj nie iść do szkoły?
Jagódko, córeczko, tata się zdenerwuje. Wiesz, iż oczekuje od ciebie samych piątek i szóstek. Weź tabletkę i idź, bądź dzielna.
Jagoda spojrzała na matkę spojrzeniem zupełnie nie na swój wiek i wyszła bez słowa.
W porze obiadowej zadzwonili ze szkoły. Włodek się pobił. Tak, znowu. W gabinecie dyrektora było duszno. Włodek siedział rozparty na krześle, z rozciętą wargą i spojrzeniem ostrym jak brzytwa.
Pani Marzeno, westchnął dyrektor Włodek to zdolny chłopak, ale ta jego agresja Pobił kolegę o jakąś błahostkę. jeżeli to się powtórzy, będziemy zmuszeni rozważyć usunięcie go ze szkoły.
Marzena odwoziła syna do domu w śmiertelnej ciszy.
Po co to zrobiłeś, synu? odezwała się w końcu. Tata będzie wściekły. Ma dziś istotny kontrakt.
Chłopak rzucił w jej stronę spojrzenie:
Tata będzie wściekły. Tata się zdenerwuje. Co powie tata?. Mamo, słyszysz siebie? Kompletnie cię nie obchodzi, dlaczego to zrobiłem! Liczy się tylko, żeby ładnie wyglądało na zewnątrz. istotny jest twój blog i ten cały obrazek idealnej rodziny!
Ja tylko chcę, żebyśmy byli normalną rodziną
My nie mamy rodziny! wykrzyknął To teatr jednego aktora, gdzie tata jest reżyserem, a my tylko dekoracją. Wiesz, dlaczego Jagoda nie śpi po nocach? Bo boi się odgłosu jego kroków na korytarzu. Boi się, iż znowu przyjdzie, żeby sprawdzać zeszyty i wrzeszczeć, jeżeli napisze krzywo. A ty tylko pieczesz swoje przeklęte ciasta i się uśmiechasz!
Marzena zacisnęła mocno dłonie na kierownicy. Te słowa bolały gorzej niż niejedna głośniejsza uwaga Pawła którą od czasu do czasu sobie pozwalał, gdy uznawał, iż Marzena go wyprowadza swoją głupotą.
Wieczorem dom lśnił. Stół nakryty zgodnie ze sztuką. Niebieska sukienka leżała perfekcyjnie na Marzenie. Goście partnerzy Pawła z żonami zachwycali się wnętrzami i przystawkami.
Paweł, naprawdę ci się poszczęściło z żoną! śmiał się jeden z mężczyzn. Jaka gospodyni, jaka kobieta! A dzieci złoto!
Paweł dumnie się uśmiechał i obejmował Marzenę z reżyserką czułością, lekko za mocno ściskając ją za ramię taki dyskretny znak, iż wszystko jest pod kontrolą.
Zawsze powtarzam: porządek w domu to podstawa sukcesu.
Jagoda siedziała cichutko, dłubała widelcem w sałacie. Włodek ostentacyjnie milczał.
Jagoda, opowiedz wujkowi Andrzejowi o swojej wygranej na matematycznej olimpiadzie, polecił Paweł miękkim, ale stalowym głosem.
Dziewczynka spojrzała na ojca i zadrżały jej usta.
Ja nie wygrałam, tato. Zajęłam trzecie miejsce.
Przy stole zapadła grobowa cisza. Paweł powoli odstawił kieliszek z winem.
Trzecie? Przecież się umawialiśmy. Całe lato się uczyłaś.
Paweł, może nie teraz szepnęła Marzena.
A kiedy? spojrzał na nią zimno. Kiedy Jagoda stanie się przeciętna jak wszyscy? Marzena, nie przypilnowałaś jej nauki. Chyba twoje ciasta zabierają ci za dużo czasu.
Włodek nagle gwałtownie wstał, krzesło zapiszczało na terakocie.
Wystarczy. Przestań ją gnębić. Przestań z nas robić idiotów.
Siadaj, gówniarzu syknął Paweł.
Nie. Włodek spojrzał na matkę. Mamo, powiedz mu. Czy będziemy dalej siedzieć przy tym stole i gryźć tę sałatę, dopóki nas nie przeżuje do końca?
Marzena patrzyła na swoje dzieci. Na Włodka gotowego rzucić się ojcu do gardła, broniąc własnej dumy. Na Jagodę skuloną w sobie, czekającą na znowu czy to ryk, czy może coś gorszego. I nagle zobaczyła siebie samą. Nie piękną kobietę w niebieskiej sukni, a małą przerażoną dziewczynkę, która lata temu postanowiła, iż lepsza fasada niż rozbite serce.
Marzena powoli wstała. Goście oniemieli, nie bardzo wiedząc, gdzie patrzeć.
Paweł, powiedziała. Jej głos nie był już martwy. Był prawdziwy. Dzieci mają rację. Ten obiad właśnie się kończy.
Marzena, opanuj się usiądź i przeproś gości.
Podeszła do stołu, chwyciła talerz ze swoim słynnym sernikiem i odwróciła go do góry nogami na śnieżnobiałym obrusie. Tłusty krem zaczął spływać po materiale.
Przesoliłam sernik, Paweł. Jak i całe nasze życie. Państwo wybaczą, ale wieczór uważam za zamknięty. Mój mąż potrzebuje czasu, żeby zrozumieć, iż już nie jest dyrektorem naszego więzienia.
Zwariowałaś Paweł rzucił się z krzesła z pięścią w powietrzu. Goście z krzykiem poderwali się do wyjścia.
Ale Włodek już stał pomiędzy nimi.
Tylko spróbuj, syknął.
Proszę państwa, idźcie już powiedziała spokojnie Marzena. Proszę.
Kiedy zamknęły się drzwi za ostatnim gościem, Paweł rzucił się na meble. Krzyczał o niewdzięczności, o tym, jak to wszystko zapewnił i iż bez niego są nikim.
Masz rację Marzena ściągała kolczyki i rzucała je na stół. W tym domu nie jesteśmy nikim. Ale poza nim jesteśmy ludźmi. Dzieci, pakujemy się, jedziemy do babci. Natychmiast.
Nie wyjedziesz! zatarasował jej drogę. To mój dom! Mój samochód! Moje konto! Zostaniesz z niczym!
Wiesz, Paweł Marzena spojrzała na niego ze współczuciem. Po tylu latach życia w strachu, nic to cały wszechświat możliwości.
Wyjeżdżali nocą, starym fiatem, wyśmiewanym przez Pawła jako trup na kółkach. W bagażniku walizki, zeszyty i Włodkowa piłka.
Noc, szosa pod Warszawą. Jagoda zasnęła na tylnym siedzeniu, opierając się o brata. Włodek patrzył w okno, pierwszy raz od miesięcy nie zaciskając pięści.
Za kierownicą Marzena. A ona po raz pierwszy od lat czuła nie tylko kierownicę i pedały czuła powietrze.
Mamo? odezwał się chłopak.
No co, synku?
A co będzie jutro?
Uśmiechnęła się. Ta uśmiech nie był już woskowy. Był krzywy, zmęczony, ale prawdziwy.
Jutro, synu, spalę ten durny przepis na sernik. Kupimy najtańszą pizzę na Pradze. A potem potem będziemy się uczyć żyć tak, żeby nie potrzebować lustra, by wiedzieć, iż istniejemy.
Po pół roku Marzena była kucharką w kameralnej kawiarni. Jej blog nie był już o idealnym życiu, tylko o tym, jak poskładać serce z tanich składników. Miała dziesięć razy mniej obserwatorów, ale znała imię każdego, kto pisał do niej ciepłe słowo.
Jagoda poszła do plastycznej. Okazało się, iż matematyki nie znosi, ale maluje mocne, dziwne prace. Bóle głowy minęły.
Włodek przestał się bić. Poszedł do straży ochotniczej i rozładowuje energię, robiąc coś dla innych.
Mieszkali w małym mieszkanku, nie zawsze wysprzątanym, ze szkicami Jagody na ścianach, zamiast drogich reprodukcji. I już nie pachniało w nim lodowatym lękiem.
Paweł próbował ich odzyskać: groźbami, potem kwiatami i obietnicami poprawy. Aż któregoś dnia Marzena spokojnie powiedziała przez telefon:
Paweł, widzisz My nie uciekliśmy od ciebie. My po prostu wreszcie wróciliśmy do siebie. Na ciebie miejsca tu już nie ma. Dopóki się nie nauczysz być człowiekiem, a nie architektem cudzych życiorysów.










