Zerknęłam na zegarek. Było już późno, spóźniona jak zwykle, pędziłam po dziecko po pracy, z głową pełną listy zadań: zakupy, pranie, obiad, składka na klasowe mikołajki, bo przecież już końcówka listopada... Wbiegłam do szkoły, otworzyłam drzwi świetlicy i wtedy to usłyszałam.
– A do mnie Mikołaj nie przyjdzie, bo mama nie ma pieniędzy.
Głosik był cichy, bez żalu. Bardziej jakby mówił fakt, który jest oczywisty, jak to, iż jutro też będzie środa. Drugie dziecko próbowało go pocieszyć:
– To może coś znajdziesz pod poduszką.
– Nie, u nas Mikołaj nie ma jak wejść. Nie mamy kominka.
I nagle wszystko, co miałam w głowie – święta, obowiązki, terminy – straciło sens. Poczułam wstyd. I bezsilność. Bo przecież tak łatwo zapomnieć, iż nie dla wszystkich grudzień to radość.
Święta w świecie nierówności
Nie wiem, czy to kwestia wieku, czy po prostu doświadczenia, ale coraz trudniej mi cieszyć się tym „świątecznym szałem”. Wystawy błyszczą, reklamy kuszą, a w świetlicach i domach dzieją się małe, ciche dramaty. Dzieci porównują się, opowiadają o prezentach, o planach na wyjazdy. I są takie, które milczą.
– Widać to szczególnie przed świętami – mówiła mi później nauczycielka ze świetlicy. – Dzieci rozmawiają o paczkach, listach do Mikołaja, a niektóre tylko słuchają. Czasem próbują udawać, iż też coś dostaną. Czasem wymyślają prezenty, których nie będzie.
To właśnie wtedy, przy tych stołach z kredkami i papierem, widać, jak różne mamy światy. I jak bardzo nasze dzieci czują więcej, niż nam się wydaje.
„Bo mama jest zmęczona”
Kilka dni później znów czekałam w tej samej świetlicy. Dzieci kleiły aniołki z papieru. Słyszałam, jak dziewczynka pyta koleżankę:
– A ty pomagasz mamie w kuchni?
– Nie. Mama nie robi pierników. Mówi, iż jest zmęczona.
I znów te zwykłe słowa uderzyły mnie jak coś ważnego. Bo przecież to też obraz świąt – mam, które robią, co mogą, ale nie mają siły na magię. Mam, które nie kupią nowego obrusu, nie zapalą świeczek, nie wystawią karpia, bo same czują się jakby zgasły.
To nie jest historia o braku prezentów. To historia o braku spokoju, o zmęczeniu i poczuciu winy, które zjada od środka.
Dzieci słyszą więcej, niż myślimy
Te rozmowy ze świetlicy wracają do mnie przed każdym grudniem. Kiedy widzę reklamy o „idealnych świętach”, myślę o tamtym chłopcu, który mówił o Mikołaju, i o dziewczynce, której mama była „zbyt zmęczona na pierniki”.
Dzieci chłoną rzeczywistość jak gąbki. Wiedzą, kiedy rodzice martwią się o pieniądze. Czują napięcie. I czasem, zamiast cieszyć się na Wigilię, boją się, iż nie zasłużyły na prezenty. A przecież one nie potrzebują wiele. Potrzebują poczucia, iż są ważne. Że ktoś ich widzi, słyszy, przytula.
Czego naprawdę potrzebują dzieci przed świętami
Kiedy wróciłam do domu, długo siedziałam przy stole. Zastanawiałam się, jak opowiedzieć moim dzieciom, iż święta to nie tylko paczki pod choinką. Że to też wdzięczność, bliskość, czas razem.
Nie wiem, czy mi się udało. Ale wiem, iż od tamtej pory staram się mniej kupować, a bardziej być. Bo czasem największym prezentem jest to, iż ktoś w końcu ma czas – posłuchać, przytulić, po prostu pobyć.
Świetlica, w której usłyszałam tamte słowa, przypomniała mi coś ważnego: dzieci uczą się świata nie z reklam i nie z książek. Uczą się z tego, co widzą w naszych oczach. A jeżeli w nich jest spokój, to może choćby Mikołaj nie musi przychodzić.










