

Na półkach sklepowych i straganach pojawiają się w połowie maja, a prawdziwy boom kończy się już z początkiem lipca. Dla konsumentów truskawki to esencja lata i krótka, ale słodka chwila dla podniebienia. Dla plantatora? 200 dni ciężkiej pracy, walki z kaprysami pogody, chorobami roślin i rynkiem, który potrafi być bezwzględny.
O blaskach i cieniach tej profesji opowiada nam dziś lokalny plantator, Maciej Kucharski.
Zajęcie tylko dla wytrwałych
Większość z nas widzi tylko gotowy, czerwony owoc w kobiałce. Kupujemy je chętnie, narzekamy czasem na ceny, ale rzadko zastanawiamy się, co dzieje się na polu, gdy sezon dawno się skończy. Maciej Kucharski, plantator z Nowych Płoniaw, nie ukrywa, iż uprawa truskawek to zajęcie dla wytrwałych.
– Trzeba przy tym chodzić niemal cały rok. Truskawki należy odpowiednio pielęgnować, pielić, nawozić, a na jesieni przykryć specjalną włókniną, żeby nie zmarzły w zimie. Od listopada do marca truskawka śpi. A my razem z nią. Dobrze gdy jest okryta włókniną. Wiosną zabawa zaczyna się od nowa – rano trzeba krzaki odkryć, a wieczorem znowu zabezpieczyć. Gdy gospodarstwo działa na pełnych obrotach, praca trwa od świtu do nocy.
W poszukiwaniu wody
Jednym z największych wyzwań w rolnictwie jest pogoda, a w naszym regionie – wszechobecna susza.
– Przy truskawkach bez wody nie ma mowy o sukcesie. A tu deszcze ostatnie w odpowiedniej ilości to padały pięć lat temu. Obok przecież znajduje się miejscowość, która nazywa się Suche i wiadomo już, iż nie bez powodu – stwierdza nasz rozmówca.
Pan Maciej na swoim gospodarstwie wybudował duży zbiornik, przypominający basen, o pojemności tysiąca metrów sześciennych. Droga do znalezienia wody nie była łatwa.
– Przed posadzeniem pierwszych krzaków przeszliśmy z ekspertami pięć kilometrów w poszukiwaniu odpowiedniego źródła. Pod ziemią kryło się czterdzieści metrów gliny i kolejne dwieście metrów iłu. Pierwszy poszukiwacz wskazał miejsce pod brzozą, nie było jej jednak ani tam, ani w siedmiu innych wyznaczonych miejscach – opowiada.
– Kolejni dwaj wygenerowali tylko wielkie koszty, a odwierty do osiemdziesięciu metrów nie przynosiły żadnego rezultatu. Jeden utopił rurę na 40 metrach i uciekł, bo nie dało rady jej wyciągnąć – dodaje nasz rozmówca.
Raz na wodzie, raz pod wodą
– Wodę znaleźliśmy przypadkowo, obserwując naturę. Za siatką u sąsiada była kukurydza. Piękny łan – 500 metrów długości. I w tym łanie, było miejsce gdzie rośliny były żółte i niższe o 2 metry. Stojąc z daleka pan Zbyszek, który wiercił kolejny otwór, zwrócił uwagę na tą różnicę. Tam był pokład wodonośny piachu. I na 24 m wykręcił studnię.
Uprawa truskawek na wielką skalę to też jak się okazuje wzloty i upadki. – Jak to w życiu – mówi pan Maciej. – Raz jest świetnie, by za chwilę wszystko się popsuło.
Nasz rozmówca upadek zaliczył wyjątkowo bolesny. Jeszcze bowiem kilka lat temu gospodarstwo tętniło życiem na areale dwudziestu czterech hektarów. W szczycie sezonu na polach pracowało choćby sto sześćdziesiąt osób, a wzdłuż drogi ciągnął się sznur samochodów, motocykli i rowerów pracowników.
Rolnik współpracował z instytutami we Włoszech, testował nowe odmiany i latał na międzynarodowe targi. Wtedy pojawiła się Olimpia – piękna truskawka o potężnych kwiatach zdolnych dać owoce ważące choćby dwieście gramów. Zapowiadał się rekordowy plon, z każdego krzaka miała być cała łubianka. Niestety, w rolnictwie jeden błąd, czasem niezależny od gospodarza, potrafi zrujnować wszystko.
Nowe nasadzenia, korporacyjne standardy i trzy lata zakazu
Włoska niewielka firma dostarczająca sadzonki została przejęta przez korporację, która drastycznie obniżyła standardy jakości. Pan Maciej zainwestował w nowe nasadzenia, nawozy, nowoczesne linie kropiące. Okazało się jednak, iż sadzonki były chore.
– Oddaliśmy próby do laboratorium w Skierniewicach, pani doktor powiedziała wprost, iż wszystko trzeba skasować. Gospodarstwo dostało trzy lata zakazu produkcji truskawek na tym terenie. To był potężny cios.
Próba ratowania sytuacji uprawą cukinii i fasoli szparagowej dla pośrednika Biedronki zakończyła się kolejną katastrofą. Wszystko bowiem zbiegło się w czasie z pandemią. Obiecany odbiór warzyw zaplanowany na kilka miesięcy skończył się po trzech tygodniach. Odbiorca zostawił ogromny dług i setki ton warzyw na polu.
Uprawa tak, ale na mniejszą skalę
Mimo gigantycznych problemów, gospodarstwo Macieja Kucharskiego zawsze słynęło z bezkompromisowej jakości i staranności. Chętnych odbiorców, propozycji kontraktów (głównie na Łotwę) wciąż więc nie brakuje.
Dziś Maciej Kucharski odbudowuje swoją truskawkową plantację, ale jak sam przyznaje, do uprawy na tak wielką skalę nie chce już wracać. Jest na to zbyt zmęczony, a na rynku brakuje rąk do pracy. Skupia się więc na dużo mniejszej powierzchni.
Syn architekta, którego pasją są uprawy roślin
Co ciekawe, pan Maciej, jak sam o sobie mówi „z pochodzenia jest mieszczuchem” – z drugiego piętra bloku”, synem architekta. – Bakcyla rolniczego odziedziczyłem prawdopodobnie w genach po pradziadku – śmieje się nasz rozmówca.
Ukończył studia rolnicze w Olsztynie i otrzymał dobrą ofertę pracy w Ministerstwie Ochrony Środowiska. – Nie podjąłem się tego, przeprowadziłem się do teściów i tam zacząłem przygodę z rolnictwem i trwało to jakieś 25 lat. Przez większość tego czasu uprawiałem warzywa. O truskawkach choćby nie chciałem słuchać. Kojarzyły mi się z uprawą u teściów i wiecznymi z nią kłopotami, bo a to mróz, a to gnicie, zawsze coś.
Jednak wrodzony charakter, chęć uczenia się nowych rzeczy, poznawania świata ostatecznie pana Macieja z truskawką połączyły na dobre. Uprawa na większą skalę zaczęła się gdy poznał Litwinów, którzy zainteresowali się jej odbiorem.
Postawił na biologię i naturę
Naukowe zacięcie z kolei sprawiło, iż od pięciu lat na jego plantacji stosowanie chemii ogranicza do minimum. Zamiast tego pan Maciej postawił na zaawansowaną biologię i naturę.
Zamiast truć glebę sztucznymi opryskami, plantator wprowadza do gleby przez linie kroplujace w trakcie nawadniania, naturalnego grzyba, który żywi się białkiem szkodników i likwiduje żarłoczne larwy chrząszcza majowego, które potrafią zdziesiątkować uprawy, wygryzając korzenie od środka. – To działa też na opuchlaki, ale lepsze są nicienie. Też podawane z wodą – wyjaśnia.
Z kolei w walce z szarą pleśnią plantację chroni wodą utlenioną ze srebrem, a potem biologicznymi preparatami – mieszankami grzybów, które rozwijają się na truskawce, blokując dostęp grzybom chorobotwórczym.
Zagraniczni odbiorcy i ludzie z pierwszych stron gazet
Pan Maciej przyznaje, iż taka naturalna ochrona jest dużo droższa, a bez chemii walka z chwastami przy braku ludzi to katorga. Podkreśla jednak, iż jest chory na punkcie jakości i wierzy w zasadę: produkuje się dla efektu i zadowolenia klienta. A to z czasem daje i euforia i pieniądze.
To właśnie ta jakość do pana Macieja przyciąga od lat nie tylko zagranicznych odbiorców, ale również ludzi z pierwszych stron gazet. Na plantacji gościł między innymi znany nieżyjący już kucharz, Tomasz Jakubiak. Po wielogodzinnym spacerze wśród rzędów krzaków, w gospodarstwie pana Macieja odbył się kulinarny finał. Jakubiak, postawił wówczas na genialną prostotę. Pan Maciej przyniósł świeżo zerwane z pola, pachnące słońcem truskawki, kucharz pogniótł je, połączył ze śmietaną i wspólnie zjedli najprostsze, a zarazem najpyszniejsze letnie danie bezpośrednio na gospodarstwie: truskawki z makaronem.
Alba, Azja, Roksana, Malwina, Frederica
Przez lata nasz rozmówca stał się prawdziwym miłośnikiem truskawek. Dziś godzinami potrafi opowiadać o konkretnych uprawach, wszystkich zagrażających im chorobach i robakach, o kwiatostanach, kształtach i smaku rozmaitych odmian o wyjątkowo wdzięcznych imionach jak Alba, Azja, Roksana, Malwina czy Frederica. – Ta ostatnia to bardzo fajna i pyszna odmiana. Ma jedną wadę. Krótkie ogonki w kwiatostanie. W trakcie zbioru pierwszych bardzo dużych owoców często odpadają kolejne owoce. Nie ma gdzie włożyć palca, żeby oderwać owoc – mówi.
To o czym powinni pamiętać konsumenci, to jak przekazuje, fakt, iż prawdziwy sezon na gruntową truskawkę w naszym regionie startuje na początku czerwca, zwykle około piątego dnia tego miesiąca, i kończy się w połowie lipca, kiedy owocuje późna odmiana.
– Wszystko, co kupujemy w połowie maja, to zwykle uprawy szklarniowe o przyspieszonym wzroście – mówi.
Najistotniejsza jest technika
Ważna jest też sama technika zbioru. – Truskawkę należy zrywać wyłącznie za szypułkę, bo zbiór za owoce, tak zwane dojenie, sprawia, iż palce zostawiają ślady, zgnieciona zostaje skórka, często robią się ciemne plamy – przekazuje.
– Dlatego najlepsza metodą jest zbiór za ogonki. Szczególnie ważne jest to przy eksporcie. Gdy owoce jadą np. do Rygi, a przecież wysyłaliśmy owoce także do Moskwy – dodaje.
Jak nie dać się oszukać kupując truskawki? – pytamy. – Truskawki z eksportu mają kilka dni. To normalne. Np. Grek zbiera w ciągu dnia całe auto 12 ton. Wyjeżdża z Grecji do Polski, jedzie powiedzmy 3 dni, truskawka stoi w chłodni. Oni mają skrzyneczki 4-5 kilogramowe. I po przyjeździe do Polski, taki importer, kupuje polskie łubianki i przesypuje do nich towar, oszukując, iż owoce są niby polskie. Ale ogonek i przylistki – ta zielona szypułka się starzeje. Listki tracą świeżość, są zwiędnięte. Koniec ogonka robi się brązowy i zaschnięty. Po tym najłatwiej jest poznać, iż mamy do czynienia z towarem z eksportu.
– Do tego większość owoców z Hiszpanii, Grecji, Egiptu to odmiany powtarzające, sadzone w grudniu. Te odmiany w większości są białe, albo jasno różowe w środku. Nasze truskawki są zawsze różowe lub czerwone. Do tego, owoce po pięciu dniach tracą wigor, nie są takie jędrne, elastyczne, robią się trochę gumowate – przekonuje.
Truskawki ciągle kocham
Mimo kaprysów pogody, czy rynkowych zawirowań, Maciej Kucharski nie wyobraża sobie życia w miejskim biurze. – Ja truskawki ciągle zwyczajnie kocham. A praca na roli, kontakt z ziemią i możliwość obserwowania efektów własnej pracy, wynagradzają wszystkie trudne chwile – podsumowuje.

ren











