A gdzie jest napisane, iż to twoje powietrze? Klatka schodowa to wspólna przestrzeń. Chcę palę, chcę pluję. Poznaj prawo, kobieto!
Dwudziestoletnia Ola, córka sąsiadki Grażyny, wydmuchnęła gęstą chmurę landrynkowego dymu prosto w twarz pani Elżbiecie Nowak. Obok dziewczyny, rozpartych na parapecie między piętrami, rechotało dwóch chłopaków. Na betonowej podłodze walały się niedopałki, puste puszki po energetyku i skorupki po pestkach słonecznika.
Pani Elżbieta, główna księgowa wielkiej fabryki w Poznaniu, ani nie zakaszlała, ani nie zaczęła machać rękami, jak nastolatki się spodziewały. Poprawiła tylko okulary i spojrzała na Olę takim spojrzeniem, iż drżą plecy choćby kierownikom na audycie.
To miejsce wspólne, Aleksandro powiedziała lodowato. Co oznacza, iż się tu nie pali, nie śmieci i nie robi chlewu. Masz pięć minut na posprzątanie tego burdelu, inaczej pogadamy inaczej.
Ojej, strasznie się boję! skrzywiła się Ola, demonstracyjnie strzepując popiół na dopiero co umytą przez sprzątaczkę podłogę. Idź się napij melisy, bo ci żyłka pęknie. Pobiegłabyś poskarżyć się mamie? To właśnie ona mi pozwoliła tu posiedzieć, żebym w domu nie smrodziła!
Chłopaki aż rechotały. Drzwi pani Elżbiety trzasnęły, odcinając hałas klatki.
Z korytarza dobiegał zapach smażonych ziemniaków i starego drewna swojski, domowy aromat, który teraz zagłuszała woń tanich fajek przeciskająca się przez dziurkę od klucza. W kuchni, przygarbiony nad stołem, siedział Paweł.
Pawłowi stuknęło trzydziestka dwa, ale wyglądał na dobrą czterdziestkę przez wcześniejsze łysienie i pochyloną figurę. Siostrzeniec zmarłego męża pani Elżbiety mieszkał z nią już dziesięć lat. Cichy, potulny, z lekkim jąkaniem pracował w warsztacie zegarmistrzowskim i bał się własnego cienia. Dla sąsiadów był tym trochę dziwnym, idealnym obiektem do docinków.
E-elżbieto, oni znowu tam są? Paweł zgarbił się jeszcze bardziej, gdy usłyszał śmiechy zza drzwi.
Jedz, Paweł. To nie twoja sprawa odcięła Elżbieta, nakładając mu ziemniaki. Ale w środku aż ją gotowało.
Wieczorem poszła do Grażyny. Sąsiadka otworzyła drzwi w szlafroku, z telefonem w jednej ręce i maseczką na twarzy.
Grażyna, twoja córka urządziła knajpę pod moimi drzwiami. Dym leci do mieszkania, hałas do późna. Żądam, byś coś z tym zrobiła.
Grażyna aż wywróciła oczami, nie odrywając telefona od ucha:
Elka, daj spokój! Młodzi są, niech gadają. Na dworze zimno. Przecież to nie jacyś menele, tylko rozmawiają. Przymknij oko, nie masz własnych dzieci, to się czepiasz. A twój Paweł, to choćby nie zauważy, przecież to taki ciapek
Atak był celny i podły. Elżbieta powoli wypuściła powietrze z płuc.
Młodość młodością. A mój Paweł ci przeszkadza? Dobrze, Grażyna. Usłyszałam.
Wróciła do siebie, usiadła do biurka i wyjęła teczkę z dokumentami. Emocje są dla słabych. Silnych wspiera Kodeks Cywilny i ustawa o wykroczeniach.
Kolejny tydzień Elżbieta była cicha jak mysz. Ola uznała, iż stara jędza odpuściła i zupełnie zajęła piętro. Przeniosła choćby jakieś stare fotelisko spod śmietnika, a muzyka dudniła do pierwszej w nocy.
Punktem kulminacyjnym był piątek.
Paweł wracał z pracy z reklamówką zakupów i małym pudełkiem zamówienie dla klienta. Gdy mijał ekipę z piętra, jeden z chłopaków Oli, zwany przez wszystkich Sokół, podstawił nogę.
Paweł potknął się. Reklamówka pękła, jabłka rozleciały się po brudnej podłodze między niedopałki. Pudełko z mechanizmem zegarka trzasnęło o ścianę.
Patrzcie, struś poleciał! zaśmiał się Sokół.
Ola leniwie wydmuchała dym:
Słuchaj, nieudaczniku, mógłbyś patrzeć pod nogi. Syfisz tu, tylko powietrze psujesz. Zbieraj, póki jestem miła.
Paweł, czerwony jak burak, trzęsącymi się rękoma zbierał jabłka, łzy wściekłości w oczach. Był przyzwyczajony. Zawsze można go było kopnąć, nikt się nie ujmie.
Drzwi się otworzyły. W progu stanęła pani Elżbieta. Nie z miotłą, nie z wałkiem do ciasta, tylko ze telefonem kamera wymierzona w Sokoła.
Wandalizm, obrażanie i zniszczenie mienia powiedziała wyraźnie. Wszystko nagrane. Dzwonię po dzielnicowego, a jutro idę na policję z kompletem materiałów.
Odstaw pani ten telefon! burknął Sokół, ale bliżej nie podszedł spojrzenie pani Elżbiety było groźniejsze niż setka policjantów.
Paweł, wstań rzuciła bez patrzenia na siostrzeńca. Wejdź do mieszkania.
A-ale jabłka wyszeptał.
Zostaw. To śmieci. Jak wszystko, co jest teraz na klatce.
Gdy drzwi się zamknęły za Pawłem, Elżbieta zwróciła się do zbladłej Oli.
Posłuchaj uważnie, dziewczyno. Myślałaś, iż przez tydzień nic nie robiłam? Zbierałam papiery.
Jakie papiery niby? Ola próbowała się śmiać, ale głos jej zadrżał.
Skontaktowałam się z właścicielem mieszkania. Twoja mama tu tylko mieszka, prawda? Mieszkanie należy do twojego taty z Warszawy. Tego, który jest przekonany, iż jego córeczka to grzeczna studentka medycyny, a nie królewna podwórka z kolegami i fajkami.
Ola pobladła jak kartka. Ojciec nie był surowy. On był despotą. Utrzymywał je z mamą pod warunkiem, iż córeczka jest święta.
Nie zrobisz tego wyszeptała.
Już zrobiłam. Otrzymał zdjęcia i nagrania dziesięć minut temu. Razem z zawiadomieniem na policję i do spółdzielni z datami, godzinami, zdjęciami. Niech się teraz odpowiedni ludzie tym zajmą. Dzielnicowy ma wpaść za pół godziny, a twój tata zadzwonił, iż jutro rano będzie osobiście.
W sobotę rano klatką zatrzęsło męskie basso.
Pani Elżbieta spokojnie piła herbatę, kiedy zadzwonił dzwonek. W drzwiach stanął wysoki, postawny mężczyzna w drogim płaszczu ojciec Oli, Mirosław Borowski. Obok, ze spuszczoną głową, szlochała Grażyna; Oli w ogóle nie było widać.
Pani Elżbieto? mężczyzna mówił grzecznie, ale stanowczo. Przepraszam za zachowanie córki i byłej żony. Bałagan sprzątają już panie od spółdzielni. Remont ścian opłacam ja. Ola idzie do akademika. Wstrzymuję im przelewy.
Elżbieta skinęła głową, przyjmując przeprosiny jak coś oczywistego.
Tak powinno być. Ale pozostało jeden temat.
Zawołała Pawła. Ten wyszedł z pokoju skulony, jakby czekał na kolejne kłopoty.
Pański gość ubliżył wczoraj mojemu siostrzeńcowi powiedziała spokojnie Elżbieta. Psuł mu pracę. Paweł jest unikatowym mistrzem. Naprawia zegarki, których zegarmistrzowie w Szwajcarii się boją.
Mirosław spojrzał z zainteresowaniem na Pawła.
Zegarmistrz?
R-restaurator wyjąkał Paweł.
Proszę, proszę Mężczyzna zrobił krok naprzód, a Paweł odruchowo się cofnął. Ale Mirosław wyciągnął dłoń. Mam kolekcję kieszonkowych Breguetów. Jeden zepsuł się rok temu, trzy serwisy odmówiły. Zajrzałbyś?
Paweł podniósł wzrok. Pierwszy raz ktoś patrzył na niego jak na fachowca, nie na dziwaka.
Ja spróbuję. J-jeśli sprężyna cała.
Umowa stoi Mirosław mocno uścisnął chudą dłoń Pawła. Wybacz mi za córkę. Przegapiłem wychowanie. Nie miej urazy. Odszkodowanie będzie i zlecenie.
Po zamknięciu drzwi Paweł długo wpatrywał się w własną rękę. Wyprostował się. Po raz pierwszy od lat rozprostował ramiona.
Ciociu Elu odezwał się twardo, prawie się nie jąkając. Chyba sam te jabłka posprzątam. Szkoda jedzenia wyrzucać.
Elżbieta odwróciła się do okna, żeby nie zobaczył łez.
Sprzątnij, Paweł. I nastaw czajnik. Dziś mamy święto.
Na klatce było cicho i czysto. Unosił się zapach chloru i świeżej farby. Z mieszkania Elżbiety dochodziła woń drożdżowego ciasta i spokojny, pewny głos Pawła, który tłumaczył jej zasady działania tourbillonu.
Palenia na klatce już nigdy nie było.











