Przywiozła Zuzanna do wsi narzeczonego, a on postawił jej warunek…
Dawno temu, na wiejskiej drodze wysypanej żwirem, mały Adam wypatrzył nadjeżdżający autobus. Porzucił piłkę i rzucił się biegiem w stronę przystanku, ile sił w nogach. Kraciasta koszula rozchyliła się na wietrze, jasne włosy uniosły się lekko.
Mama, mama przyjechała! tylko tę myśl miał w głowie, mknąc po kurzu. Ale Zuzanna nie wysiadła sama obok niej szedł tęgawy mężczyzna w jasno-popielatym garniturze, z solidną teczką w ręku, przypominając miejski personel wyższego szczebla. Adam dopadł mamy i ściskał ją za rękę, radosnym spojrzeniem szukając jej wzroku.
No witaj, synku! Zuzanna, trzydziestoletnia kobieta, pocałowała go czule w czuprynę.
Cześć, młody! zaburczał obcy pan i od razu przejechał tłustą dłonią po włosach Adama. Dłoń miał ciężką, aż chłopiec się zachwiał od tego serdecznego powitania.
Zapraszam do stołu powiedziała z szacunkiem pani Stefania, mama Zuzanny.
Dziękuję, dziękuję, mamusiu poważnie odpowiedział pan Marcel, rozglądając się po stole zastawionym swojskim jadłem.
No, wieś to wieś! pokazał na stół. W mieście wszystko na kartki, wszędzie ograniczenia, a tutaj ludzie z własnej gospodarki żyją własne mięso, swoje jajka…
I mleko, i śmietana swoja, i warzywka też z ogródka, zaśpiewała niemal pani Stefania.
Dopóki siły, trzymamy swoje dodał Stanisław, ojciec Zuzanny człowiek szczupły, prawie cały czas mrukliwy, przez całe życie prowadził kombajn w PGR-ze.
Ale my też nie tacy najgorsi wtrącił pan Marcel z dumą, przeczesując łysiejącą głowę. Kartki są, ale ja czasem u szwagierki w magazynie na boku coś załatwię, zaopatruję Zuzę w rarytasy…
Adam obserwował nieznajomego, próbując wymyślić powód, żeby podejść bliżej. W Poznaniu, gdzie mieszkał z mamą, chodził do szkoły i bawił się z chłopakami na podwórku, często przyglądał się tatom kolegów. Myślał, jaki mógłby być jego ojciec.
Marzyło mu się, iż pójdą razem do zoo albo zagrają w piłkę. Wyobrażał sobie, iż jego tata może być podobny do taty Tomka Cichego albo może zupełnie inny.
Gdy obok mamy siedział teraz ten tęższy pan, Adam poczuł, iż jeżeli narzeczony mamy przyjechał na wieś, to pewnie zostanie jego ojcem.
Chłopiec wziął drewniany samolocik, który własnoręcznie wystrugał dziadek Staszek, pieczołowicie wyszlifowawszy skrzydła, aby wyglądało jak prawdziwy samolot. Adam podszedł nieśmiało do rozgrzanego jedzeniem pana Marcela i powiedział:
Proszę, zobaczy pan, jaki samolot! i podał zabawkę gościowi.
Łał! pan Marcel chwycił ją pewnie i uderzył mocno palcami w śmigło, które dziadek tak sprytnie wykonał, iż mogło się kręcić. Jednak po tym uderzeniu śmigło odleciało w róg izby. Słaba ta zabawka stwierdził pan Marcel i wetknął ją Adamowi do rąk.
Chłopiec podniósł część samolotu z podłogi i spojrzał na dziadka.
Naprawimy, nie martw się odezwał się dziadek Staszek.
A pan Marcel to u nas kierownik zmieniła temat Zuzanna. Kieruje mechanikami na naszej fabryce.
Marcel nadął bardziej policzki, spojrzawszy na Zuzę z pobłażaniem:
No, stanowisko zobowiązuje.
Zuzanna, od lat krawcowa w zakładzie, po raz pierwszy miała wyjść za mąż cieszyła się, iż trafiła jej się taka partia: dojrzały, na stanowisku, życiowy.
Przysuwała panu Marcelowi kolejne talerze: smażoną rybę, naleśniki ze śmietaną.
Kiedy wyszli na ganek, Marcel rozłożył szeroko ramiona i zawołał:
Ależ tu pięknie! Ten zapach, to powietrze!
Podoba ci się, Marcel? spytała z uśmiechem Zuzanna.
Jak to się nie podobać! odpowiedział.
Odpoczniemy tu trochę, a jutro do Poznania wrócimy, Adama zabierzemy do szkoły nowy mundurek muszę mu kupić.
A powiedz, Zuza, po co chłopca ciągniesz do miasta? Tu szkoły nie ma?
Jest, ale tylko podstawowa…
I dobrze, niech w wiejskiej się uczy jeszcze rok. My dokończymy remont, mebli dopróżnimy, bo u ciebie w domu same starocia.
Usłyszawszy słowa pana Marcela, pani Stefania spojrzała z niepokojem na Stanisława. Ten poruszył wąsem, wyraźnie niezadowolony z zamysłu narzeczonego córki.
Ależ Marcel, to trzeba ustalić z dyrekcją szkoły, rzeczy chłopcu tu przywieźć…
To co, zabierze się całą walizkę! Zobacz, jakie tu warunki świeże mleko, warzywa, owoce. Chłopak jak na drożdżach urośnie. Dziadek z babcią popilnują, a my będziemy pracować. W mieście nie będziemy mieli na niego czasu. Rok minie szybko. Ty i ja się pobierzemy, urządzić trzeba mieszkanie… No i jak, Zuza, podoba ci się taki pomysł?
No ładne rzeczy! wymamrotał Stanisław i nerwowo poruszył wąsem. To nie propozycja, to warunek.
Na drugi dzień, kiedy Zuzanna tłumaczyła synowi, czemu zostaje na wsi, chłopiec kiwał głową, milcząc. Gdy Marcel z Zuzanną wsiadali do autobusu, długo nie mogli Adama znaleźć. Pani Stefania zaglądała na strych i do warsztatu dziadka nigdzie go nie było.
Gdzież on mógł się podziać? Przecież był przed chwilą. Rower stoi.
Z pewnością pobiegł z kolegami zbył sprawę Marcel.
Zuzanna raz jeszcze przebiegła wzrokiem cały podwórzec i wyszła przez furtkę. Adam, schowany w ciemnym kącie przy węglu, przez szparę obserwował wszystko. Bardzo chciał wybiec i przytulić się do mamy, ale powstrzymał się sercem dziecka wyczuwał, iż w jednej chwili stał się zbędny przez tego łysiejącego pana.
Ściskał w dłoniach popsutą zabawkę i łzy ciekły mu po policzkach. Adam nie był płaczliwym dzieckiem, choćby gdy dziadek ukarał go rózgą za przewróconą łódkę, nie płakał. Wiedział, iż dziadek nigdy nie skrzywdzi niesłusznie. Ale teraz, gdy nikt go nie tknął, łzy płynęły same, a on próbował gwałtownie je otrzeć.
Jest! wykrzyknęła babcia, gdy Zuzanna i pan Marcel odjechali. Nie martw się, wnuczku, mama przyjedzie za miesiąc, jak obiecała. A my ci w powiatowym sklepie kupimy szkolny mundurek będzie ci dobrze u nas z dziadkiem.
Adam zsunął głowę, jasne włosy opadły mu na czoło. Przypomniał sobie kolegów z klasy, podwórka, jak bardzo chciałby do nich wrócić. Oczywiście, tutaj też miał kolegów, a babcię i dziadka kochał, ale już dawno zrozumiał, iż lato to u dziadków, a jesień i zima z mamą w Poznaniu.
Tydzień minął gwałtownie grając z chłopakami, Adam zapominał, iż mama go nie zabrała. Myślał o tym coraz rzadziej.
Pani Stefania, dojąc krowę, aż upuściła wiadro, gdy ujrzała córkę na furtce.
Córeczko, a my cię nie spodziewaliśmy się…
Zuzanna usiadła ciężko na ławce:
Obiecałam przyjechać za miesiąc, a wróciłam po dwóch tygodniach. Przyjechałam po Adama.
Ale przecież mieliśmy zostawić go u nas. Marcel zmienił zdanie?
Nie, mamo to ja się rozmyśliłam. Nie będę rozdrabniać się moim dzieckiem. A Marcel cóż, już zaczął się kręcić koło Hanki księgowej; jej nosi wiktuały z magazynu, nie mnie. U mnie, mówił, to „przydano” w postaci Adama, ale postawił mi warunek: nie zabierać go z wsi.
Pani Stefania spojrzała na córkę z mieszanką ulgi i smutku. Chciała dla Zuzy szczęścia, ale nie takiego jak przy boku Marcela.
Może i lepiej, córeczko.
Lepiej, mamo. Wrócimy z Adamem do naszego życia. Kupię mu mundurek, dam mu nowy tornister, odprowadzę do drugiej klasy i wszystko wróci do dawnego porządku. Nie żyliśmy źle sami i dalej damy radę. Mamo, mnie nie były potrzebne jego rarytasy z bazy, ja szukałam rodziny żeby Adam miał ojca, a ja męża.
Na podwórku pojawił się Adam i na widok mamy zatrzymał się. Tak był zaskoczony, iż zapomniał o dawnych żalach i rzucił się jej na szyję:
Maaamo!
Synku, jakże ja się za tobą stęskniłam! Zuzanna mocno go przytuliła, patrząc w jego opalone policzki. Przyjechałam po ciebie, bo już niedługo szkoła.
Adam z niedowierzaniem patrzył na mamę.
Jak żyliśmy, tak dalej będziemy. Ty się będziesz uczył, ja będę sprawdzać twoje lekcje. I zapiszę cię na koło, i na trening, jak chciałeś.
Adam próbował zapakować jak najwięcej swoich rzeczy do plecaka, żeby mama nie dźwigała dużej torby.
Synku, już starczy, za ciężko ci będzie.
Dam radę, jestem silny!
Dziadek z babcią odprowadzili Zuzannę i Adama aż na przystanek. Autobus zabłyszczał światłami na zakurzonej drodze, zatrzymał się i otworzył drzwi z charakterystycznym sykiem. Adam przy oknie machał jeszcze długo, dopóki babcia i dziadek nie zniknęli za zakrętem.
W rękach ściskał samolocik, który dziadek naprawił, a czasem zerkając na mamę, czuł w sercu dumę i szczęście bo jechał do domu, a obok była ona, najbliższa z bliskich.











