Dziennik, 17 maja
Wróciłem dziś rzeczy należące do mojej byłej dziewczyny. Niby miało być prosto, wręczyć karton, odejść bez słowa, nie wracać myślami. No, ale życie zwłaszcza moje uwielbia komplikacje. Nazywam się Jakub Czajka, mam 31 lat i pracuję jako kierownik budów w Łodzi. Trzy tygodnie temu zakończyłem czteromiesięczny związek z Martą Dąbrowską.
Nasze rozstanie nie było burzliwe raczej ciche, jak powietrze uciekające z opony przez mikroszczelinę, powolne staczanie się do nieuchronnego końca, o którym niemal zapominasz, aż nagle orientujesz się, iż już zupełnie nie jedziecie razem. Cztery miesiące to niby mało, ale wystarczy, by codzienne drobiazgi zaczęły cię drażnić, kiedy nie do końca pasujecie. Został mi po Marcie karton rzeczy, który patrzył na mnie codziennie z kąta mieszkania, świadectwo spraw niezałatwionych.
Pisałem do Marty parę razy, żeby wpadła odebrać swoje rzeczy. Zawsze miała być za chwilę, ale nigdy nie przychodziła. W końcu, w czwartek po pracy, wrzuciłem karton do bagażnika, nie zdejmując choćby roboczych butów, i pojechałem czterdzieści minut do Zgierza, do domu jej mamy. Marta wróciła tam po wygaśnięciu umowy najmu. Opowiadała, iż dom jest spory, okolica spokojna, ogród zadbany.
Wyobrażałem sobie kobietę w wieku mojej mamy, w okularach do czytania, może mieszająca zupę na kuchence. Zapukałem raz. Kroki do drzwi powolne, bez pośpiechu. Gdy drzwi się otworzyły, zapomniałem, po co tam przyjechałem. Alicja Dąbrowska, mama Marty, stała w progu ledwie okryta krótkim, jedwabnym szlafrokiem. Rozpuszczone, jeszcze wilgotne od prysznica kasztanowe włosy opadały jej na ramiona. Była zdumiewająco spokojna, nie sprawiała wrażenia zaskoczonej czy skrępowanej. Spojrzała na mnie tymi jasnymi, brązowymi oczami i powiedziała po prostu: Musisz być Jakub. Odpowiedziałem coś w stylu Tak, chociaż nie pamiętam, czy mówiłem językiem czy raczej tylko w myślach.
Uśmiechnęła się szerzej, otworzyła drzwi szerzej i oznajmiła, iż Marta pojechała po zakupy i wróci za godzinę. Zapytała, czy mam ochotę poczekać w środku. Powinienem był zostawić karton na ganku, podziękować grzecznie i wyjść. Ale wszedłem. Alicja zamknęła za mną drzwi, zniknęła na zapleczu domu, jakby gość z kartonem i ona w szlafroku to był idealny obrazek czwartku.
Stałem w przedpokoju, dom był ciepły nie tylko fizycznie, ale czuło się w nim zamieszkanie oraz srogi porządek. Na parapecie zielone, bujne storczyki, na stole porzucone puzzle (mapa polskich parków narodowych), a na półkach tak gęsto powtykane książki, iż niektóre leżały na wierzchu, bo już brakowało miejsca. Gdy Alicja wróciła, miała już na sobie dżinsy i zwiewną lnianą bluzkę z podwiniętymi rękawami. Włosy przez cały czas wilgotne, odgarnięte z twarzy. Miała w sobie luz, przez który kuchnia wydawała się mniejsza, bardziej przytulna. Przyniosła dwie szklanki herbaty z cytryną, wręczyła mi jedną bez pytania, czy mam ochotę, i wskazała stół. Siadaj. Była stanowcza, ale nie szorstka. Usiadłem.
Zapytała, jak długo byłem z Martą. Odpowiedziałem: cztery miesiące. Kiwnęła głową, tak jak robią ludzie, którzy słyszą potwierdzenie własnych przypuszczeń. Zapytałem, co Marta jej o mnie powiedziała. Alicja spojrzała na swoją herbatę. Tyle, iż rozstaliście się po cichu, żadna afera i nie jesteś złym człowiekiem. Potem spojrzała na mnie i dodała: Resztę oceniam sama. Trochę mnie to speszyło, więc zmieniłem temat i zapytałem o puzzle z mapą parków. Powiedziała, iż układa ją już trzeci tydzień, bo co chwilę gubi fragmenty kanapa. Przyznałem, iż jestem dobry w puzzle. Spojrzała na mnie z nieco uniesioną brwią. Ci, którzy są naprawdę dobrzy, nie chwalą się tym od razu. Zaśmiałem się szczerze, bez zastanowienia. Uśmiechnęła się lekko do swojej herbaty.
Siedzieliśmy przy kuchennym stole przez czterdzieści pięć minut. Dowiedziałem się, iż Alicja ma 53 lata i od dwóch lat jest po rozwodzie po dwudziestu latach małżeństwa. Opisywała to bardzo precyzyjnie jak rozdział w książce, ważny, ale już zamknięty. Został jej dom, rok temu założyła własną działalność ogrodniczą, jest fanką starych, polskich płyt jazzowych i ma silną opinię na temat jedynego słusznego przepisu na żurek.
Opowiedziałem jej o mojej pracy, jak przypadkowo zacząłem karierę na budowach przez wakacyjny staż w wieku siedemnastu lat i zostałem. Słuchała uważnie nie przez grzeczność faktycznie słuchała, zapamiętywała szczegóły i wracała do nich w rozmowie. Po niespełna godzinie, gdy Marta zadzwoniła, by powiedzieć, iż zakupy zajmą jej jeszcze półtorej godziny, Alicja stwierdziła spokojnie: Mogę odgrzać coś do jedzenia, jeżeli jesteś głodny. Zacząłem protestować, iż nie chcę być problemem, ale otworzyła lodówkę. Siedzisz przy moim stole, pijesz moją herbatę za późno na skrupuły. Zjadłem z nią kolację, zwykły kurczak z ryżem. Było prosto, smacznie i bardzo domowo; cisza za oknem, domowe światło.
W pewnym momencie przestałem myśleć o Marcie, o kartonie czy powrocie. Po prostu byłem bez spięcia, zupełnie swobodnie z kobietą, którą poznałem dopiero godzinę wcześniej. Gdy w końcu usłyszałem, iż Marta podjeżdża pod dom, rozmawialiśmy właśnie o tym, czy jazda po mieście czy w trasie bardziej stresuje. Alicja bez wahania rzuciła: W trasie wszyscy jadą w jednym kierunku, w mieście każdy kombinuje. To nie dawało mi spokoju jeszcze długo.
Marta weszła do środka, zauważyła karton, potem mnie przy stole z jej mamą i zamarła. Spojrzała wymownie to na Alicję, to na mnie i na dwie brudne talerze obok zlewu. Jedliście razem? spytała. Alicja przytaknęła. Marta powoli odstawiła torby z zakupami, jakby musiała rozłożyć wszystko, zanim coś powie. Potem spytała beznamiętnie: Jak długo tu jesteś? Spojrzałem na zegarek Dwie godziny i jedenascie minut, choć tylko pomyślałem, na głos rzuciłem: Chwilę. Patrzyła na matkę, na mnie, potem wycofała się do kuchni z torbami. Czułem się głupio, więc pożegnałem się grzecznie z Alicją i podziękowałem za kolację. Odprowadziła mnie do drzwi, stanęła w futrynie, luźno założywszy ręce, mówiąc, iż nie miałem żadnego kłopotu. Wyszedłem na ganek, wieczorny chłód w powietrzu, lampa nad drzwiami zamrugała dwa razy.
Zauważyłem wtedy, iż żarówka ma poluzowaną obudowę. Zapisałem sobie w głowie, by nie zapomnieć, i ruszyłem do samochodu. Obejrzałem się za siebie; Alicja stała przez cały czas w drzwiach, niby ukradkiem mnie obserwując. Ostrożnie wracaj, Jakubie rzuciła jeszcze za mną. Całą drogę do domu myślałem o niej. Choć nie powinienem.
Przez cały piątek tłumaczyłem sobie, iż nie zamierzam wracać do tego domu, iż to nie było żadne nieprzyzwoite spotkanie ot, kolacja i rozmowa o jeździe po mieście. Ale głowa swoje, serce swoje po tej kuchni i sposobie, w jaki Alicja bez pytania podała mi herbatę nie mogłem przestać o niej myśleć. Powtarzałem sobie, iż to minie, jeszcze w pracy na budowie na osiedlu w Bałutach próbowałem się skupić i nie rozpraszać. Dałem z siebie wszystko, by nie skupiać się na Alicji Dąbrowskiej, tylko cztery razy mi się to udało.
W sobotę z rana poszedłem po części do remontu tarasu do kolegi Kuby. Gdy przechodziłem koło regału z lampami, przypomniała mi się lampa na ganku u Alicji, ta z luzem w oprawce. Nie wykonałem telefonu, nie uprzedziłem po prostu kupiłem nową oprawkę, wmawiając sobie, iż to odpowiedzialność, nie ciekawość. Kupiłem też dwie kawy z pobliskiej kawiarni. Pojechałem do Zgierza, z narzędziami.
Alicja otworzyła drzwi w spodniach ubrudzonych farbą i za dużej, flanelowej koszuli rękawy do łokci, na przedramieniu pasek jasnoniebieskiej farby, nieświadomie rozmazany także na szczęce. Z jednej ręki zwisał pędzel. Nie odezwała się przez chwilę, patrząc na moje narzędzia i kubki z kawą. Potem rzuciła: Żarówka w lampie. Przytaknąłem zauważyłem luz w czwartek, a deszcz zapowiadają. Jej pytające spojrzenie dopowiedziało: „A kawa?” tej już nie wyjaśniałem. Wpuściła mnie; malowała akurat pokój gościnny, która przemalowywała już od roku. Wnętrze w świeżym, bladoniebieskim kolorze, meble na środku przykryte folią, ona z pędzlem przy listwach.
Pokazała mi, co jeszcze ma do poprawek. Naprawa lampy zajęła mi dwadzieścia minut w tym czasie wyjęła mi kawę i usiadła na ganku. Nie zalewała ciszy zbędnymi słowami, po prostu była, spokojna i skupiona. Pracowałem zdecydowanie wolniej, niż powinienem. Potem, umywszy ręce, zajrzałem do jej pokoju malowała równo, uparcie własnoręcznie, nie narzekając. Zapytałem, czy potrzebuje pomocy. Nie potrzebuję. Wiem. odpowiedziałem, na co rzuciła: Ta ściana potrzebuje drugiej warstwy, więc jeżeli masz stać bezczynnie Chwyciłem wałek i dołączyłem do pracy.
Malowaliśmy w tej samej spokojnej atmosferze, która była przy kolacji bez spięcia, bez przeszkadzania sobie. Dziwiło mnie, jak gwałtownie można zgrać się w rytmie z kimś, kogo adekwatnie się nie zna. W pewnym momencie zapytała: Jak ci naprawdę leci? nie to grzecznościowe Co słychać?, tylko prawdziwą ciekawość. Zamiast odpowiedzi połowicznej, przestawiałem wałek i powiedziałem, iż ostatni rok przeszedłem trochę jak w zamgleniu. Niby ok, ale pod spodem wszystko jakby wyciszone i bez radości. Rozstanie z Martą boli mnie adekwatnie tylko przez to, iż chyba choćby nie przeżywaliśmy tego po drodze jakby mnie nie było na serio. Alicja zamyśliła się przez chwilę, po czym rzuciła: To jest właśnie to uczucie, kiedy przez tyle lat robisz tylko to, co rozsądne, iż zapominasz, czy cokolwiek jeszcze naprawdę czujesz. Staliśmy chwilę przy ścianie, a to zdanie zostało ze mną głęboko. Spytałem, skąd to zna. Spojrzała na mnie poważnie: Bo mieszkałam w tym uczuciu dwanaście lat, a trzy kolejne próbowałam je nazwać.
Dokończyliśmy pokój, ona myła pędzle, ja segregowałem folie i przesuwałem meble. Zatrzymała się w drzwiach, patrzyła na nowo pomalowane ściany oceniała nie mnie, tylko efekt. Znacznie lepiej mruknęła, raczej do siebie. Przytaknąłem: Znacznie. W kuchni zaproponowała prosty obiad i zostawiła wybór, czy mam zostać, czy wyjść bez presji. Zostałem. Przy zupie pomidorowej z puszki i grzankach z żółtym serem zapytała o swoją firmę opowieści o trudnych klientach, o tym, iż chciała udowodnić sobie, iż potrafi pracować na własnych zasadach. Przyznała, iż czasami czuje, iż ogarnia, a czasem dalej improwizuje. Zażartowałem, iż mnie to też dotyczy. Roześmiała się takim spokojnym, autentycznym śmiechem, w którym słychać było ulgę. Telefon na blacie rozświetlił się kolejny raz. Ułożyła go ekranem do blatu. Nie pytałem, ale zauważyłem.
Są w moim życiu rzeczy, które jeszcze ogarniam powiedziała. Chcę, żebyś to wiedział, zanim coś się wydarzy. Patrzyła w swoją zupę z dłońmi zaciśniętymi na łyżce. Powiedziałem, iż się nie spieszę, i wtedy podniosła wzrok znalazła w nim chyba wystarczająco tego, czego szukała, bo kiwnęła głową i uspokojona zjadła dalej.
Wracałem do domu z farbą na rękawie czując, iż przeszedłem niewidzialny próg nie chodziło już o lampę. W tym wszystkim czułem, iż żyję bardziej niż od dawna. To ona zadzwoniła pierwsza. Nie spodziewałem się tego wtorkowy wieczór, 19:10, czekałem w samochodzie na kebaba z budki przy Wólczańskiej (nie chciało mi się dziś gotować). Telefon imię Alicji na ekranie. Cisza, a potem: Zacięła się furtka od ogrodu, jutro rano mam wizytę klienta, muszę dziś ustawić donice. Tłumaczyła, iż próbowała wielokrotnie, nie da rady ruszyć zamka. Podpytałem, czy drewno nabrzmiało od deszczu nie pomyślała o tym. Powiedziałem, iż za kwadrans podjadę.
Przyjechałem parę minut przed ósmą, wieczorne niebo granatowe, jeszcze niezupełnie ciemne. Alicja była w roboczych butach i lekkiej kurtce, układała już kwiaty wokół płotu. Już z daleka zobaczyłem, iż dolny róg furtki spuchł od wilgoci. Przyniosłem strug, którym zjechałem brzeg drewna; Alicja w tym czasie znów przekładała donice, układała, poprawiała, aż była zadowolona. Po dwudziestu minutach furtka działała płynnie. Testowała ją i kręciła głową z uznaniem Nie sądziłam, iż manualne narzędzia przez cały czas się przydają. Stwierdziłem, iż są niedoceniane. Przeniosłem ciężką donicę na wybrany przez nią koniec ogrodu poprawiła ją jeszcze cztery centymetry w bok. Zaśmiałem się, skwitowała: Blisko liczy się tylko w rzutkach. Staliśmy obok siebie w ogrodzie, patrząc na równiutko ustawione kwiaty wyglądały profesjonalnie i estetycznie. Powiedziałem jej to wprost. Uśmiechnęła się, dumnie, wdzięczna.
Powinienem był wtedy wyjść, ale zaproponowała, byśmy chwilę posiedzieli na werandzie. Nie miałem nic pilniejszego niż ta chwila na drewnianym krześle, obok niej. Ona z wodą, ja z pustymi rękami. Oferowała coś do picia, odmówiłem, na co z przekąsem stwierdziła, iż za często tak odpowiadam. Używasz wszystko dobrze jak drzwi, żeby nie zaglądać do środka. Zamyśliłem się, w końcu powiedziałem: Nie jest dobrze. Już dawno nie było dobrze, ale tutaj jest trochę lepiej. To tylko tyle, ale to prawda.
Alicja przyjęła to w ciszy. Tylko skinęła głową i spojrzała w ogród. Wtedy samochód wjechał na podjazd, światła przecięły ogród i coś w jej postawie zesztywniało. Wysiadł mężczyzna, może po pięćdziesiątce, siwy, postawny, w eleganckiej koszuli. Gdy nas zobaczył, miał ten grymas zaskoczenia połączonego z niechęcią. Alicja wstała, mówiąc spokojnie: Robert, mogłeś zadzwonić. Odpowiedział wygładzoną kurtuazją: Byłem w okolicy. Zapytał o mnie, więc usłyszał: Pomagał przy furtce. Podałem mu rękę, uściskał z pewnym przesadnym naciskiem, odpłaciłem mu tym samym, ale nie na siłę. Alicja przez cały czas miała w oczach spokój i czujność. Rozmowa dotyczyła jakiegoś rozliczenia po rozwodzie wspólne konto, sprawa dla prawników. Po kilku minutach Robert odjechał. Alicja wróciła na krzesło, długo siedzieliśmy w milczeniu. W końcu powiedziała: To mój były mąż. Lubi się przypominać. Kiedyś tego się bałam. Teraz mniej. Nie komentowałem, po prostu zostałem. Po chwili podziękowała, stwierdzając, iż nie musiałem odpowiedziałem: Wiem. Siedzieliśmy jeszcze chwilę, zanim wróciłem do domu; noc objęła nas spokojem.
Gdy się żegnaliśmy, była już nieco inna niż pierwszy raz mniej dystansu, więcej decyzji w spojrzeniu. On będzie wracał. rzuciła. Poradzę sobie ze skomplikowanym odparłem, patrząc jej w oczy. Przyjdź w sobotę, zrobię kolację, taką prawdziwą. Odpowiedziałem: Będę. Do samochodu już się nie oglądałem wiedziałem, iż stoi w drzwiach.
Tydzień minął mi na wyczekiwaniu soboty. Gdy w końcu nadszedł wieczór, pojawiłem się punktualnie o 18:00, z butelką wina wybraną przez pół godziny. Drzwi otworzyła mi Alicja w prostej zielonej sukience. Straciłem na chwilę głowę. Na widok wina uśmiechnęła się: choćby się wystroiłeś. Popatrzyłem na schludną koszulę To tylko koszula. Uśmiechnęła się szczerze: I dobrze ci w niej. W domu pachniało pieczonym mięsem, czosnkiem i ziołami domowo, spokojnie. Kuchenn stół nakryty prawdziwymi serwetkami i świeczką, w tle jazz z adaptera.
W kuchni rozmawialiśmy lekko, o jej klientach, o tym, jak klientka z wizyty w środę zapragnęła więcej projektów i zaproponowała jej kolejne zlecenia. Wspomniała o Robercie, który znowu dał o sobie znać przez prawników, nigdy bezpośrednio, zawsze przez kogoś. Zamiast pocieszać, po prostu pozwoliłem jej mówić. Kolacja była niespieszna, pieczony kurczak z warzywami i chleb z osiedlowej piekarni. Siedzieliśmy naprzeciw siebie, w świetle świecy, czując, iż to już nie żadne udawanie zwyczajności.
Pytała o pracę, czy budowa w Bałutach mnie naprawdę cieszy czy tylko przyzwoicie wykonuję swoje obowiązki. Odparłem, iż różnie, iż czasem bardziej, czasem mniej i dla niej to była wystarczająco uczciwa odpowiedź. W połowie butelki jej telefon znów się rozświetlił; tym razem, nie patrząc na mnie, powiedziała: Robert. Może poczekać. Po czym odłożyła widelec i dodała: Mam coś ważniejszego do roboty. To ciepło zostało mi gdzieś w środku.
Po kolacji wyszliśmy na ganek z winem. Przez ewentualny deszcz rozciągnęła nowy łańcuch lampek całość wyglądała przepięknie. Przyznałem jej to. Powiedziała, iż zrobiła je dla siebie, spontanicznie, po dobrej współpracy z klientką. Usiadła blisko, nie dotykając mnie, ale miejsce pomiędzy nami było już wyborem, nie przypadkiem.
Opowiadała o swoim małżeństwie, nie ogólnikami, ale szczegółami. O tym, jak przez lata robiła się coraz cichsza, zmniejszała obecność, rezygnowała z drobiazgów dla świętego spokoju. Jak trzy lata przed rozwodem spojrzała w lustro i nie poznała siebie. Wysłuchałem do końca. W pewnym momencie przyznała: Jesteś bardzo łatwy do rozmowy. To trochę kłopotliwe. Zażartowałem, iż postaram się być trudniejszy. Roześmiała się po raz pierwszy swobodnie i do końca.
Zamilkła ale tym razem tę ciszę poprzedzało coś nowego gotowość. Patrzyła w ogród, na rzędy donic wzdłuż płotu. Cicho powiedziała: Długo nie pozwalałam sobie czegoś chcieć. Tak było bezpieczniej. A teraz? spytałem. Odwróciła się, spojrzała mi w oczy i powiedziała: Teraz mam dość bezpieczeństwa. Powoli chwyciłem jej dłoń. Nie od razu ostrożnie, z szacunkiem. Spojrzała na nasze ręce, potem na mnie nie zabrała ręki. Pochyliłem się, pocałowałem ją spokojnie, pewnie, bez niepewności. Odwzajemniła pocałunek, a potem została blisko, ramieniem przy moim, z cichym westchnieniem. Marta będzie miała z tym problem zauważyła. Możliwe. Mój były mąż jeszcze większy. Niech sobie radzi. Spojrzała na mnie uważnie: Nie wystraszyłeś się? Pokręciłem głową: Ani trochę. Splecione dłonie i tak już zostaliśmy na ganku długo, słuchając jazzu przez uchylone okno.
Przez kolejne miesiące furtka nie zacinała się ani razu wymieniłem całą ramę na nową, przy czym Alicja z kubkiem kawy w ręku dyrygowała z ogrodowego fotela, z miną surowego, ale dumnego szefa. Marta zadzwoniła do matki z rozbudowanym komentarzem, po czym przyznała, iż nie widziała Alicji tak spokojnej od lat. Robert jeszcze dwukrotnie próbował nachodzić, ale Alicja nie oddzwaniała jej prawnik załatwił całą sprawę, a życie wróciło do równowagi.
Któregoś wieczoru, gdy smażyła ser żółty na grzankach (i oczywiście przypaliła, bo śmiała się na cały głos z mojego nieporadnego żartu), przeklęła pod nosem i kazała mi dokończyć. Gdy przyszła do kuchenki, zażartowała, iż nie jestem taki bezużyteczny, jak myślała. Odpowiedziałem, iż cieszę się, iż dała mi szansę. Szturchnęła mnie ramieniem i powiedziała, iż ona też się cieszy.
Za oknem ganek oświetlała ta sama lampa, którą naprawiliśmy razem żadnych iskier, żadnych luzów. Światło stałe, pewne. Nie wszystko trzeba z czasem poprawiać czasem wystarczy zrobić coś raz, a dobrze.













