Przywiozła Halinka do wsi narzeczonego, a ten wyskoczył z warunkiem…
Mały Jasiu wypatrzył zbliżający się po wyboistej, wiejskiej drodze autobus i rzuciwszy piłkę pognał do przystanku, aż mu koszula w kratę rozchełstana powiewała za plecami, a jasne włosy tańczyły na wietrze. Mama, mama przyjechała! to było wszystko, o czym Jasiu mógł myśleć, biegnąc co sił.
Ale Halinka wysiadła z autobusu nie sama u boku miała lekko korpulentnego pana w jasno-popielatym garniturze. Szli razem, on dyndał elegancką aktówką niczym naczelnik z Warszawy. Jasiu podbiegł do mamy i złapał ją za rękę, patrząc na nią radośnie spod jasnej grzywki.
No cześć, Synku powiedziała trzydziestoletnia Halina, pochylając się i całując Jasia w czubek głowy.
Siema, młody! zagrzmiał pan i od razu wsadził wielką łapę w jasne kłaki Jaśka. Rękę miał ciężką, aż chłopak się zachwiał od tej gorącej powitalnej piątki.
Zapraszamy do stołu uprzejmie zapraszała pani Stanisława, mama Halinki.
Dziękuję, dziękuję, mamo odparł z namaszczeniem pan Roman, sunąc wzrokiem po suto zastawionym stole.
No, widać, iż wieś wskazał na stół. W mieście wszystko na kartki, reforma goni reformę, a tutaj gospodarstwo i już. Swoją kiełbasę, swoje jajka.
Mleczko swoje, śmietanka, ogóreczki z ogródka prawie śpiewnie dodała pani Stanisława.
Póki zdrowie pozwala, trzymamy swoje odezwał się cicho pan Władek, ojciec Halinki, typowy chłop, szczupły i oszczędny w słowach, który pół życia zjeździł traktorem po polach PGR-u.
No, ale my też nie gęsi, kartki kartkami, a ja u siostry w GS-ie zawsze coś po znajomości załatwię, delicje wręcz! pochwalił się Roman, gładząc łysinę, Halinę tu smakołykami zaopatruję!
Jasiu obserwował nieznajomego, kombinując, jak tu podejść, żeby pogadać. W mieście, gdzie mieszkał z mamą, chodził do szkoły i grał z chłopakami w piłkę na blokowisku, często patrzył na ojców kolegów, próbując sobie wyobrazić, jaki byłby jego tata. Rozmyślał, czy byłby jak tata Pawła Zawady albo Piotrka Drapińskiego, albo zupełnie inny.
A teraz, kiedy przy matce rozsiadł się ten okrągły jegomość, Jasiu pomyślał: jak przyjechał z mamą do wsi, to pewnie będzie moim ojcem!
Chłopak chwycił drewniany samolocik, który dziadek Władek sam wystrugał, wygładzając skrzydła, by wyglądał jak prawdziwy, i podszedł do już podkutego po jedzeniu Romana.
Proszę, zobaczy pan, jaki samolot! powiedział nieśmiało, wręczając zabawkę gościowi.
Łał, patrzcie państwo Roman chapnął samolot i dał palcem po śmigle, które dziadek Władek wystrugał tak, iż się kręciło. Śmigło od razu odpadło!
Ech, taki rachityczny ten twoj samolocik burknął, zwracając go Jasiowi.
Chłopak podniósł śmigło z podłogi i spojrzał na dziadka.
Spokojnie, naprawimy mruknął dziadek.
A pan Roman to nasz kierownik przerwała temat Halinka. Zawiaduje transportem u nas na fabryce.
Roman spuchł jeszcze bardziej z dumy i prychnął pobłażliwie: Tak jest, szef to szef.
Trzydziestoletnia Halinka, krawcowa z fabryki, pierwszy raz w życiu szykowała się do zamążpójścia, ciesząc się, iż narzeczony poważny, starszy, może mądrzejszy. Dopychała talerze pod nos Romana smażoną rybką, plackami ze śmietaną i ogórkami.
Kiedy wyszli na ganek, Roman rozłożył ręce i zawołał:
No czy tu nie jest bosko?! A powietrze, panie kochany!
Romku, podoba ci się?
Jeszcze jak!
No to wypoczniemy, a jutro wracamy do miasta, Jasia zabierzemy, musimy mu mundurek do szkoły kupić.
A po co wieźć chłopaka do miasta? Nie ma tu szkoły?
Tu tylko do czwartej klasy…
I dobrze, jeszcze tylko rok, niech się uczy na wsi, w nowym roku zabierzemy do miasta. Zrobimy remont, kupimy meble, bo u ciebie to wszystko pamięta Gierka
Na te słowa pani Stanisława spojrzała z przerażeniem na męża. Pan Władek rozegrał wąsem, co oznaczało potężną dezaprobatę i zamyślenie.
Jak to tak, Romku… szkoła, rzeczy trzeba wozić…
A co tam, tu zdrowe powietrze, mleko, warzywa, wyrośnie jak na drożdżach. A babcia z dziadkiem popilnują, w mieście i tak nie mamy kiedy. Nam rok nie zrobi różnicy. A potem, Halinko, my się weźmiem za siebie, spokojnie się urządzimy!
To nie propozycja tylko warunek mruknął pan Władek.
Następnego dnia, kiedy Halinka tłumaczyła dlaczego nie zabiera Jasia, chłopak kiwał głową, ale choćby nie pisnął. Gdy Roman i Halinka poszli na autobus, Jasia zniknął. Pani Stanisława szukała go wszędzie strych, szopa dziadkowa nigdzie go nie było.
Gdzie on się podział, jeszcze przed chwilą był. Rower stoi
Znajdzie się, pewnie z chłopakami pognał machnął ręką Roman.
Halinka jeszcze raz zaniepokojona obeszła cały obejście i wyszła za furtkę. Jasiu tymczasem siedział ukryty w węglu, patrząc przez szparę. Bardzo chciał wybiec do mamy i złapać ją za rękę, ale powstrzymał się. Wyczuwał całym sobą, iż odkąd pojawił się ten łysawy pan, zrobił się zbędny.
Trzymał w rękach rozbity samolocik, a po policzkach płynęły mu łzy. Nie był płaczliwy choćby gdy dziadek dał mu po łydkach za uwolnienie łódki i samowolny rejs po rzeczce, nie uronił ani łzy wiedział, iż dziadek niesprawiedliwie nie karci. Ale teraz, kiedy nikt choćby go nie dotknął, łzy zaczęły kapać i ścierał je, zawstydzony, małymi pięściami.
Znalazł się! krzyknęła babcia, gdy Roman i Halinka już pojechali. Nie martw się, wnuczku, mama przyjedzie za miesiąc, jak obiecała. W międzyczasie ogarniemy ci mundurek choćby w powiatowym, a z dziadkiem fajnie ci tu, co?
Jasiu spuścił głowę, grzywka spadła mu do oczu. Myślał o kolegach z klasy, chłopakach z podwórka w bloku chciał do nich wrócić. Tu miał też przyjaciół, ale dobrze wiedział, iż lato jest u dziadków, a jesienią wraca do miejskiego życia, które też lubił.
Minął tydzień. Jasiu, bawiąc się z wiejską paczką, coraz rzadziej myślał o tym, iż mama zostawiła go na wsi.
Pani Stanisława omal nie rozlała wiadra, gdy zobaczyła przy furtce Halinkę.
Córciu, choćby się ciebie nie spodziewaliśmy!
Halinka zmęczona usiadła na ławie:
Miałam być za miesiąc, a jestem po dwóch tygodniach. Przyjechałam po Jasia.
Jak to? Przecież ustaliliśmy, iż zostaje. Czy pan Roman się rozmyślił?
To ja, mamo, się rozmyśliłam. Nie będę dzieckiem handlować. A Roman… eee, już się zaczął kręcić przy Zdziśce z księgowości i jej teraz zawozi produkty, co dostaje od siostry z hurtowni. Ona nie ma dzieci. A ja, jak mówi, mam przydatek w postaci Jaśka i stawia mi warunki: nie zabierasz dzieciaka do miasta!
Pani Stanisława patrzyła na córkę ze smutkiem. Chciała jej szczęścia, ale nie z kimś takim jak Roman.
Może i lepiej, córciu…
Lepiej, mamo, lepiej! Zabieram Jasia, kupię mu nową teczkę, mundurek, zaprowadzę do drugiej klasy i wszystko będzie po staremu. Żyliśmy bez kartkowej kiełbasy i przeżyjemy dalej. Mamo, mnie nie smakołyki interesowały, tylko rodzina żeby mój syn miał ojca, a ja męża
W bramie pojawił się Jasiu, stanął zaskoczony, a potem wystrzelił do matki, nie pamiętając już żadnej urazy:
Maaamooo!
Synku! Jak ja tęskniłam! Halinka mocno go przytuliła i spojrzała na jego opalone policzki. Przyjechałam po ciebie, niedługo szkoła!
Jasiu patrzył na nią z niedowierzaniem.
Będziemy żyć tak jak dawniej, uczyć się, ja ci będę sprawdzać lekcje, zapiszesz się do kółka, do szkółki piłkarskiej, jak zawsze chciałeś!
Jasiu pakował do plecaka wszystko, co się dało, żeby mama nie musiała dźwigać.
Synku, już starczy!
Nie ma mowy! Silny jestem!
Dziadek z babcią odprowadzili Halinkę i Jasia na przystanek. Autobus, połyskując światłami, zajechał na zakurzoną drogę, zatrzymał się z piskiem, rozchylił drzwi.
Jasiu usiadł przy oknie i machał dziadkom, aż zniknęli za winklem. W dłoniach trzymał naprawiony samolocik od dziadka i co chwilę zerkał na mamę. Jechał do domu i czuł to dziecięce szczęście, dumę i ulgę, iż najważniejszy człowiek siedzi obok mama.












