Dziś znowu usłyszałam ten żałosny, przeszywający głos w słuchawce, choć komórka leżała na przeciwległym końcu stołu. No Pawełku, błagam, przyjedź, woda leje się strumieniami, zaleję sąsiadów, a ta sąsiadka spod spodu mnie chyba zje żywcem! Ręce mi się trzęsą, nie mam pojęcia, gdzie zakręcić wodę! krzyczała Julia.
Odłożyłam delikatnie widelec na porcelanowy talerz dźwięk przebiegł przez naszą kuchnię jak sygnał do startu w kolejnej rundzie tej walki, która toczy się od trzech lat. Naprzeciwko siedział mój mąż, Paweł, niepewnie zagryzał wargi, spoglądając raz na niedojedzony bigos, raz na jaśniejący ekran telefonu.
Julia, spokojnie, mruczał do słuchawki. Gdzie ten zawór? Pod zlewem czy w łazience? Spróbuj zakręcić główny.
Nie wiem gdzie, Pawełku, proszę Cię! Boję się! Może to gorąca woda, ja sama sobie nie poradzę!
Podniósł na mnie wzrok mieszanka bezradności i prośby, którą widuję coraz częściej.
Sylwio, słyszysz? Zaleje mieszkanie. Julia nie zna się na takich rzeczach. Muszę jechać.
Rozumiem, pewnie, powiedziałam spokojnie, choć ściskało mnie w środku. Przecież to nie nasza rocznica ślubu. Nie planowaliśmy wieczoru przez dwa tygodnie. Nie spędziłam trzech godzin nad obiadem. Jedź, Paweł. Ratuj Julię. Przecież ona nie przeżyje bez Twojej pomocy.
Oj, nie zaczynaj… wyrwał się, gwałtownie chwytając za kluczyki do auta. To przecież kumpela z podstawówki. W potrzebie trzeba pomóc. Wymienię uszczelkę i wracam. Tylko schowaj mi bigos do piekarnika, żeby nie wystygł.
Trzask drzwi. Zostałam sama, w mieszkaniu przesyconym zapachem świątecznej kolacji i gorzkim smakiem zawodu. Podeszłam do okna, zobaczyłam, jak auto Pawła wyjeżdża w ciemność.
Julia. Imię, które stało się trzecim bohaterem naszego małżeństwa. Kumpelka z dzieciństwa, niby swój chłop. Pojawiła się nagle, zaraz po rozwodzie, i od tej pory była nieodłączna. Zaczęło się od drobnych prośb: przeprowadzka, komputer, wymiana zamka. Mój mąż złota rączka i dobry duszek oczywiście zawsze pędził na pomoc.
Ale apetyt rośnie w miarę jedzenia. Prośby Julii zaczęły przypominać katastrofy to guma w aucie, to półka się urwała, to szafa się rozleciała i nie mam gdzie żyć. I zawsze wtedy, gdy mieliśmy plany.
Nigdy nie byłam zazdrosna ani histeryczna. Wierzyłam w przyjaźń. Ale kobieca intuicja alarmowała tu chodzi o coś więcej niż zepsute kurki. Julia zadbana, zmysłowa, z tym swoim spojrzeniem i tonem głosu, którym każdy facet czuje się herosem. Zmieniała się w bezbronną dziewczynkę a Paweł wyprostowany, dumny, czuł się rycerzem.
Zgarnęłam biesiadę do lodówki. Apetyt minął. Paweł wrócił po trzech godzinach, umorusany, ale zadowolony.
Uff, udało się! Powódź była blisko. Trzeba było zasuwać do całodobowego po uszczelkę. Julia była przerażona, uspokajała się walerianą…
No, chociaż dała Ci herbaty? spytałam, udając, iż czytam książkę.
Tak, choćby ciastem poczęstowała. Upiekła szarlotkę. Przepraszała, iż wieczór zepsuła.
Ciastem poczęstowała? zanotowałam w głowie. Czyli w czasie zalania piekła szarlotkę. interesująca sytuacja.
Nie powiedziałam nic. Awanturować się nie warto, byłby z miejsca obrażony. Trzeba działać inaczej. Postanowiłam następnym razem pojadę razem z nim.
Ten następny raz nadszedł podejrzanie szybko. W sobotę mieliśmy jechać na działkę. Pogoda wspaniała, majowe słońce, w bagażniku już marynata do karkówki, a w moich wyobrażeniach siedzimy z Pawłem na tarasie, sączymy wino.
Komórka zadzwoniła, gdy pakował węgiel. Ten dźwięk osobny, zarezerwowany niezmiennie dla Julii.
Tak, Julia? Iskrzy? Co iskrzy? Pawłowi zrzedła mina. Dymi się? Dobra, nic nie ruszaj, wyłącz bezpieczniki! Już jadę.
Sylwio…
Bezpiecznik? dopytałam.
Gorzej. Cały licznik iskrzy, śmierdzi spalenizną. Ona boi się, iż się zapali. Elektryka z administracji nie będzie w sobotę, prywatni strasznie drodzy.
Rozumiem, odstawiłam skrzynkę z sadzonkami. Czyli działka przełożona?
Nie, tylko podskoczymy, rzucę okiem, jak coś poważnego zadzwonię po pogotowie, jak drobiazg naprawię. To praktycznie po drodze. Godzinka.
Jadę z tobą.
Paweł zgłupiał.
Po co? Ty się na elektryce nie znasz
Jadę, bo jadę. Razem mieliśmy jechać na działkę. Po drodze wpadniemy do Julii. Dawno jej nie widziałam, przywitam się.
Nie mógł się wykręcić. Całą drogę był spięty, bębnił palcami w kierownicę. Ja udawałam spokój choć w środku pulsowałam niecierpliwością.
Julia otworzyła w jedwabnym szlafroku, ledwie zakrywającym kolana i z perfekcyjnym makijażem. Na widok mnie jej mina zadrżała, ale natychmiast nałożyła szeroki uśmiech.
Silvio! Co za niespodzianka! Jestem taka roztrzęsiona, nieuczesana… Proszę do środka! Pawełku, tam iskrzy, trzeszczy!
W korytarzu faktycznie leciutko śmierdziało przypalonym plastikiem. Paweł natychmiast zabrał się do roboty, wyciągając próbnik.
Silvio, chodź na kawę, pogadamy, w kuchni czeka ciasto, nawoływała Julia, pragnąc odciągnąć mnie z dala od działania.
Zostanę tu, może Pawłowi przyda się pomoc, trzeba podtrzymać latarkę… odpowiedziałam stanowczo.
Latarkę… Haha, Pawełek wszystko naprawi z zamkniętymi oczami! zarechotała Julia.
Delikatnie, ale ostro spytałam: Julka, a czemu nie dzwoniłaś do administracji? Przecież mają całą dobę pogotowie elektryczne, to poważna sprawa.
Oj nie mów! Tam nieuprzejmi, nachlapie pan w butach, nawrzeszczy Paweł to swój człowiek, on wszystko zrobi najlepiej.
Złote ręce mojego męża akcentowałam miały dziś obracać szaszłykami. Mieliśmy jechać na działkę.
Przepraszam, zawsze wszystko zepsuję… jęknęła Julia. Sama sobie nie radzę… Ty to masz szczęście Silvio, chroni Cię Twój mężczyzna.
Paweł uporał się szybko.
Trochę się przypalił przewód, przykręciłem, ale trzeba wymienić wyłącznik. Stary.
O Pawełku, możesz mi to wymienić? Kupię co trzeba, zapłacę!
Paweł nie może, odpowiedziałam. Jeździmy dziś na działkę, a za tydzień mamy bilety do teatru. Zamów elektryka, Paweł napisze ci model na kartce.
Julia spojrzała z jawną niechęcią, ale natychmiast znowu zwróciła się do Pawła:
Napijcie się kawy, mam eklerki, Pawełku!
Dzięki, jesteśmy najedzeni, ucięłam, chwytając męża pod ramię. Nie mamy czasu.
Na schodach Paweł westchnął, zaczynając bronić Julii:
Sylwio, czemu jesteś taka niemiła? Przecież ona w dobrej wierze…
W dobrej wierze? Ona kręci się wokół Ciebie, szlafroczek, oczka Potrzebuje nie pomocy, tylko Twojej uwagi.
Przestań wymyślać! Jesteśmy przyjaciółmi od dziecka!
No właśnie. Taki brat, co i gniazdko naprawi, i ego pogłaszcze. Bardzo wygodny brat.
Pojechaliśmy na działkę, ale niesmak pozostał. Wiedziałam, iż to nie koniec Julia nie ustąpi tak łatwo. Lubi mieć władzę, pociągać za sznurki i wywoływać reakcje.
Rozwiązanie przyszło dwa tygodnie później. Paweł był na delegacji, miał wrócić w piątek wieczorem. Szykowałam kolację, odliczałam godziny. O szóstej dzwoni: Sylwia, trochę się spóźnię. Już jestem w mieście, ale Julia pilnie prosi wypadek.
Co tym razem? Meteoryt? powiedziałam lodowatym głosem.
Nie, kupiła karnisz, ciężki, z kutego żelaza. Spadł jej na stopę, palec spuchł, karnisz leży na środku. Prosi, bym wpadł, przestawił, wyskoczył do apteki po maść. gwałtownie to załatwię…
Głęboko wciągnęłam powietrze.
Paweł, posłuchaj mnie. Wracaj do domu. Do Julii pojadę JA.
Ty? Po co?
Bo jestem kobietą i wiem, jaką maść kupić. Pomogę, opatrzę, ty odpocznij po trasie. Rozgrzej kolację, wrócę za godzinę.
No… skoro chcesz. Tylko nie kłóć się z nią, wiesz, iż jej i tak przykro.
Rozłączyłam się i zaczęłam działać. Zamiast lecieć do Julii leczyć palec, zamówiłam przez internet Złotą rączkę wybrałam najsurowszego majstra z Krakowa z najlepszymi opiniami. Zamówiłam online z apteki maść i bandaż na jej adres.
Pojechałam autem.
Przed blokiem Julia już czekała na ratownika kurier z apteki właśnie dzwonił do domofonu. Odebrałam paczuszkę, weszłam po schodach. Drzwi otwarte evidentnie czekała na Pawła.
W salonie półmrok, na stoliku butelka wina i dwa kieliszki, Julia leży na kanapie w tym samym jedwabnym szlafroku. Karnisz rzekomo spadł na podłogę, wyglądał na starannie ułożony.
Ledwo weszłam, wymamrotała miękko:
Pawełku, to ty? Przyniosłeś maść?
Zapaliłam główne światło. Scena straciła urok.
Julia zerwała się na równe nogi.
Sylwia?! Co Ty tu robisz? Gdzie Paweł?
Paweł w domu, je kolację, powiedziałam spokojnie, zostawiając paczkę na stoliku. Ja Ci przywiozłam lekarstwa i pomoc.
Jaką pomoc? Miał przyjechać Paweł! On silny, powiesi karnisz!
Karnisz powiesi fachowiec, odparłam.
W tym momencie rozległ się dzwonek. Otworzyłam. Na progu stanął szeroki pan w ogrodniczkach z narzędziami.
Złota rączka, karnisz do powieszenia. Który pokój?
Tam, proszę bardzo. Właścicielka pokaże.
Majster rzucił fachowym okiem, wyjął wiertarkę. Beton, będą potrzebne dyble, wszystko mam. Proszę podać drabinę.
Julia siedziała czerwona jak burak, patrząc na mnie z jawną nienawiścią. Ty… po co to zrobiłaś? syknęła pod odgłos wiertarki.
Pomagam, rozłożyłam ręce. Chciałaś pomocy masz i lekarstwa, i fachowca. Paweł się napracował, potrzebuje odpoczynku. A Ty zawsze możesz zadzwonić po specjalistę. Chyba iż chodziło nie o karnisz, a o mojego męża?
Julia podniosła się błyskawicznie, zapominając o zranionej stopie.
Wynoś się! wrzasnęła. Robisz z siebie świętą, a Pawłowi już niedługo znudzi się twoja poprawność! On potrzebuje luzu!
Może i tak, przyznałam. Ale wybiera mnie. A Ty co tydzień kombinujesz nowe atrakcje, żeby go zwabić. Sama się nie brzydzisz? Jesteś atrakcyjna, poszukaj sobie wolnego faceta i nie podkradaj mężów.
Wynoś się! zapiszczała.
Oczywiście. Majster kończy za dwadzieścia minut. Wszystko opłacone. Zdrowiej, Julia, i oszczędzaj tę nogę, bo jakoś żwawo biegasz jak na kontuzjowaną.
Wyszłam, czując ulgę niewiarygodną. Nie zrobiłam awantury, nie wyzwałam nikogo. Pokazałam po prostu prawdę.
W domu Paweł czekał z niepokojem.
I jak? Bardzo stopa spuchnięta? Próbowałem dzwonić, nie odbiera.
Usiadłam naprzeciw, nalałam herbatę.
Ze stopą świetnie. Bardzo sprawnie biegała po mieszkaniu. Karnisz zakłada fachowiec z ogłoszenia, opłaciłam.
Fachowiec? Ale po co? Ja mógłbym
Paweł, usiądź.
Posłusznie usiadł.
Powiedz mi uczciwie: naprawdę nie zauważyłeś, co się dzieje? Świece, wino, szlafrok, idealnie dopasowane telefony, kiedy mnie nie ma czy mamy plany?
Paweł poczerwieniał, spuścił wzrok, zaczął kruszyć chleb.
Domyślałem się chyba Ale nie chciałem wierzyć. Myślałem, iż jak będę udawał, iż nie widzę, to minie. Głupio mi było odmawiać. Samotna, słaba…
Słaba? zakpiłam. Manipulowała tobą, a ty, pomagając jej, kradłeś nasze rodzinne chwile. Widziałam dziś wszystko wino, świece czekała na Ciebie, nie na hydraulika.
Zmarkotniał. Przypominał sobie wszystkie przypadkowe dotknięcia, te spojrzenia, komplementy, zawsze przy moim umniejszaniu.
Przepraszam, jestem głupcem.
Trochę. Ale dobrym głupcem. Kocham Cię, ale od dziś, Paweł, pomoc Julii się kończy. Ma telefon do Złotej rączki. Jak coś jej wymaga naprawy dzwoni tam. Jak się nudzi dzwoni do koleżanek. Ty już nie skaczesz na telefon. Zgoda?
Zgoda powiedział stanowczo. Już zrozumiałem. Dziękuję, iż tam pojechałaś. Gdybym zobaczył te świece Byłoby dużo gorzej.
Julia więcej nie dzwoniła. Ani za tydzień, ani za miesiąc. Duma nie pozwalała kontaktować się z ludźmi, którzy odkryli jej grę.
Pół roku później spotkałam ją w galerii. Szła pod rękę z eleganckim facetem, taszczyła luksusowe torby, wyglądała na zadowoloną. Skrzyżowałyśmy spojrzenia. Julia uniosła podbródek i przeszła obok, udając, iż mnie nie zna.
Uśmiechnęłam się. Byłam zadowolona w końcu znalazła kogoś, kto legalnie będzie jej montował karnisze. U nas za to zapanował spokój. Wieczorami piliśmy herbatę, planowaliśmy urlop i wiedzieliśmy jeżeli już zdecydowaliśmy się na działkę, to tam dotrzemy. Granic swojej rodziny trzeba pilnować choćby gdy intruz udaje najbardziej bezradne stworzenie świata.











