Przepis na szczęście… Cała klatka schodowa obserwowała, jak nowi lokatorzy wprowadzają się do mi…

polregion.pl 6 dni temu

Przepis na szczęście…

Cała klatka schodowa z zaciekawieniem patrzyła, jak do mieszkania na drugim piętrze wprowadza się nowa rodzina. Była to rodzina kierownika wydziału zakładów, które miały ogromne znaczenie w małym, prowincjonalnym miasteczku.

Ciekawe, czemu zdecydowali się zamieszkać w starym budynku? zastanawiała się emerytka Zofia Dobrowolska, zwracając się do swoich przyjaciółek. Przy takich znajomościach pewnie łatwo by dostali mieszkanie w nowoczesnym bloku.

Mamusiu, nie sądź innych po sobie! skarciła ją córka, trzydziestoletnia, niezamężna Małgorzata, która odważnie się malowała. Po co im nowe budownictwo? U nas w tej kamienicy jest wysoki sufit, wielkie, przechodnie pokoje, przestronny korytarz, a balkon to dosłownie jak drugi pokój… Poza tym od razu podłączyli im telefon. W całym bloku tylko trzy mieszkania mają telefony na dziewięć rodzin…

Tobie to tylko do telefonu, by plotkować, zganiła Małgorzatę matka. Sąsiadom już tymi rozmowami się przejadłaś. choćby nie myśl, żeby chodzić do nowych. To poważni, zapracowani ludzie…

Nie tacy poważni, młodzi są. Mają córeczkę, Hanię, ma dziewięć lat odpowiedziała Małgorzata, ze złością patrząc na mamę. Są niemal w moim wieku, może pięć lat starsi.

Nowi mieszkańcy okazali się mili i uprzejmi. Pani Dorota pracowała w bibliotece szkolnej, a pan Wojtek miał już dziesięcioletni staż w fabryce.

Małgorzata relacjonowała wszystko mamie i sąsiadkom, kiedy wieczorami wychodziły usiąść na ławce przed blokiem.

Skąd ty już to wszystko wiesz? pytały ją kobiety z niedowierzaniem. Ty to byś była świetną prokuratorką.

Chodzę do nich zadzwonić. Oni mi pozwalają, w przeciwieństwie do niektórych puentowała z przekąsem, wspominając jak czasem sąsiedzi nie otwierali jej drzwi, kiedy wiedzieli, iż znowu będzie długo plotkować przez telefon.

Tak poznała się Małgosia z nowymi lokatorami i regularnie korzystała z telefonu, do pracy, do koleżanek. Odwiedzała ich czasem w nowych ubraniach, czasem w domowej koszuli i szukała wyraźnie kontaktu z młodym małżeństwem.

Pewnego dnia zauważyła, jak Wojtek demonstracyjnie zamknął drzwi do pokoju, by oglądać telewizję, gdy tylko przyszła zadzwonić. Potem powtarzało się to coraz częściej. Małgorzata uśmiechała się do Doroty i dziękowała jej, zaglądając na kuchnię, ale Dorota odpowiadała tylko krótkim skinieniem głowy i prosiła, by domknąć za sobą drzwi.

Nie mogę zamknąć, mam ręce w mące pokazywała Dorota a mamy tu taką klamkę, co sama się zamyka francuską.

O, a cóż pani piecze? Znowu drożdżówki? Naprawdę, u was zawsze coś się piecze, a ja w ogóle nie umiem… wzdychała Małgosia.

Tak, będą rano serniczki z twarogiem. Rano nie mam czasu, więc piekę teraz… uśmiechała się Dorota, po czym zajmowała się ciastem.

Małgosia robiła kwaśną minę i wychodziła, rozczarowana, iż nie ma ochoty na żadne bliższe znajomości.

Dorota, wiem, iż ci niezręcznie, ale nasz telefon jest wieczorami ciągle zajęty przez nią. Moi koledzy nie mogą się dodzwonić. Radzę ci powiedz jej jak jest powiedział pewnego dnia Wojtek.

Rzeczywiście, coraz odważniej się tu pojawia, siada na telefon jak u siebie… przyznała żona.

Tego wieczoru Małgosia, odświętnie ubrana, usiadła na taborecie w przedpokoju z telefonem przy uchu, długo rozmawiając z koleżanką.

Małgorzato, długo jeszcze rozmawiasz? Czekamy na istotny telefon upomniała ją po dziesięciu minutach Dorota.

Małgorzata skinęła głową, odłożyła słuchawkę i nagle wyciągnęła tabliczkę czekolady.

Dziś mam coś słodkiego! Zapraszam na herbatę, z okazji poznania się.

Weszła do kuchni i położyła na stole słodycz.

Proszę pani, schowa pani to. Hania zobaczy, a ona nie może słodyczy, bo ma alergię. Słodycze u nas są zakazane powiedziała Dorota.

Co? Zakaz? Małgorzata się zaczerwieniła. Chciałam się odwdzięczyć…

Nie potrzeba nam podziękowań. Ale nie przychodź już tak często na wspólne rozmowy chyba, iż w wyjątkowych okolicznościach, do lekarza, po karetkę lub straż. To rzecz święta choćby w środku nocy. Bez urazy, ale mój mąż musi odbierać służbowe telefony, Hania odrabia lekcje, staramy się nie robić hałasu dodała Dorota z wysiłkiem.

Małgosia spakowała słodycze i wyszła w milczeniu. Pewna, iż Dorota zwyczajnie jest o nią zazdrosna.

Jest o mnie zazdrosna, bo jestem młodsza i ładniejsza. Chciałam tylko po ludzku się zaprzyjaźnić… tłumaczyła matce. choćby herbaty nie podała, chociaż przyniosłam czekoladę.

Jesteś uparta i głupiutka odparła Zofia. Źle cię wychowałam. Nie wtrącaj się w czyjeś sprawy pod byle pretekstem. Twoje telefony im niepotrzebne. W ich domu nie ma przepustki. A ty się jeszcze obrażasz! Lepiej poszukaj sobie męża, załóż telefon i wtedy sama zapraszaj sąsiadów na plotki.

Ostatnią próbę zaprzyjaźnienia się Małgosia podjęła, przynosząc zeszyt.

Przyszłam prosić panią o przepis na te wasze drożdżówki z serem. Czas się czegoś nauczyć… poprosiła.

Lepiej zapytaj mamę zdziwiła się Dorota. Nasze mamy tyle wiedzą! A ja i tak wszystko robię na oko, nie mam dokładnych miar. Ręce same wiedzą, jak się zagniata. Poza tym spieszę się, muszę wychodzić. Tak więc, do mamy!

Małgosia speszona wróciła do siebie. Wiedziała przecież, gdzie mama ma swój stary, brulionowy zeszyt. Tam były przepisy na sałatki, kotlety, zupy, a także na słynną rybę po żydowsku. Przepisów na ciasta było tam najwięcej.

Pieczone samodzielnie nie wychodziły Małgosi najlepiej, a mama już przestała piec, bo walczyła z nadwagą.

Mimo to, Małgorzata sięgnęła po zeszyt i po kilku chwilach znalazła dokładnie ten przepis, którego szukała, ku zdziwieniu mamy.

Ty chcesz coś upiec? zdumiała się Zofia.

A dlaczego cię to dziwi? odparła Małgorzata, zakładając kartkę na odpowiedniej stronie.

Może jednak dogadujesz się z tym Sławkiem? dopytywała matka. Myślałam, iż już po wszystkim i jak zwykle…

Wcale nie, nic się jeszcze nie skończyło. Jak będę chciała, to wróci złościła się Małgorzata.

No to chciej! Czas iść za mąż. A tak przy okazji, może ci coś pomóc z przepisem?

Nie trzeba, na razie się przygotowuję psychicznie odpowiedziała córka.

Parę dni później, gdy mama wróciła z krótkiego spaceru, z daleka poczuła zapach wypieków.

No po prostu nie wierzę, ciasto pieczesz! wykrzyknęła radośnie. Chyba naprawdę jesteś zakochana, to do ciebie niepodobne…

Cicho, nie rozgłaszaj Małgorzata uśmiechnęła się, nakrywając czysty stół. To nie ciasto, tylko tradycyjne polskie drożdżówki z serem. Zapraszamy!

Na kuchence gotował się czajnik, na stole pachniały jeszcze gorące serowe bułeczki.

Rękę do tego masz przyznała mama. Myślałam, iż wszystko już zapomniałaś, a tu ci się udało. Dobrze to smakuje, córciu.

Mamo, powiedz uczciwie: dobre? dopytywała Małgorzata.

Sama próbuj! To przecież pycha! odpowiedziała Zofia. Przypomniały jej się słowa zmarłego już męża: To się da zjeść takie zawsze było w ich domu najwyższe uznanie.

Kiedyś zaproszę Sławka na takie bułeczki. Sądzi pani, iż mu posmakują?

Z pewnością! Twój tata te drożdżówki uwielbiał, a ze mną nici by nie było, gdybym ich nie piekła zaśmiała się mama. Piek, zapraszaj, a ja pójdę wtedy do sąsiadki na film. Dobrze, iż w końcu się za siebie wzięłaś. Uroda to nie wszystko!

Do Małgosi zaczął przychodzić Sławek. Więcej się już nie kłócili, a Zofia przywykła, iż córka dużo czasu spędza teraz w kuchni, a Sławek jej chętnie pomagał. W domu częściej rozbrzmiewał ich radosny śmiech.

Kiedy Małgorzata oznajmiła, iż składają z Sławkiem papiery do Urzędu Stanu Cywilnego, mama aż się wzruszyła.

Zmieniła się, schudła przed ślubem. Sławek z żalem pytał:

Przestałaś piec te bułeczki? A na wesele upieczesz ciasto?

Przed ślubem pomagały już trzy osoby: Małgorzata, mama i ciocia, siostra Zofii. Pieczenie i gotowanie trwało dwa dni, choć gości miało być nie więcej niż dwudziestu, głównie rodzina.

Po ślubie młodzi zamieszkali w dużym pokoju trzypokojowego mieszkania. niedługo w każdym mieszkaniu założono telefon. Małgosia była szczęśliwa. Dzwoniła teraz częściej, ale rozmowy były krótsze.

Reniu, muszę kończyć. Ciasto mi rośnie, a Sławek zaraz wraca z pracy. Do usłyszenia!

Spieszyła do kuchni, gdzie ciasto wyrastało w misce jak puszysta poducha. Oczekiwała dziecka, więc szykowała się do urlopu macierzyńskiego, ale nie zwalniała tempa: gotowała, piekła, by zaspokoić męża, i cieszyła się tym sama. Najbardziej kochała własnoręcznie robione, pachnące drożdżówki z twarogiem! Sławek uwielbiał jej wypieki i troskę.

Takie proste szczęście dzieli się z innymi, a wszystko wraca z podwójną siłą. Dlatego warto czasem spojrzeć na siebie, a zamiast szukać szczęścia u innych, stworzyć je własnymi rękami i sercem.

Idź do oryginalnego materiału